006. divorce papers have arrived, bitches
: pn kwie 20, 2026 6:52 pm
Mówię Peach, że idę tylko na moment do Madoxa i zaraz wracam, bo mam super ważną sprawę, która nie może czekać. Głównie dlatego, że już miałem dosyć tego pierdolenia Noriegi i trucia mi dupy trzy razy dziennie, żebym to ogarnął. Już zaczynało mi się śnić po nocach, że idę się wysrać, podnoszę deskę, a tam Madox wyskakuje z pytaniem czy ogarnąłem już rozwód. Niedobrze. W każdym razie zakładam na stopy klapeczki i zamykam za sobą drzwi, po czym ruszam w dół po schodach. Nawet mi się nie chce przebrać, więc mam na sobie swoją starą koszulkę z Nirvaną i krótkie gacie w hawajskie wzory, bo my na mieszkaniu mieliśmy dosłownie gorąco jak w piekle. Peach wiecznie było zimno, ale co się dziwić? Płynęła w niej gorąca hinduska krew, ja, Kanadyjczyk, nosiłem krótki rękaw przy dziesięciu stopniach na dworze, bo przecież to już wiosna. Tak czy inaczej gwiżdżę sobie pod nosem jakąś melodyjkę zasłyszaną w radio i macham wesoło teczką, w której mam przygotowane papiery rozwodowe. Teraz tylko podpisik mój i mojego męża, a potem do sądu i oczekiwanie na rozprawę. Generalnie chcieliśmy to załatwić polubownie, więc powinno pójść gładko, szybkie spotkanie na sali sądowej, albo nawet i nie, przyklepanie przez sędziego i po kolejnych trzydziestu jeden dniach znowu będziemy wolnymi ludźmi. Rozmyślam sobie o tym co zrobię jak zostanę rozwodnikiem, chyba się nawalę ze szczęścia, najlepiej razem z moim byłym już mężem. O, albo może zrobimy ogromną imprezę na dachu kamienicy, gdzie wraz ze wszystkimi znajomymi będziemy świętować odzyskanie wolności. Brzmi nieźle. Po drodze mijam kilku sąsiadów, z którymi się witam i nawet wchodzę w krótką gadkę pod tytułem ładna dziś pogoda, wreszcie trochę ciepełka, generalnie typowy small talk, ale tak to już było jak się znało wszystkich mieszkańców. Poza tym jakby nie patrząc żyliśmy pod jednym dachem, więc warto było zachować jakiekolwiek pozytywne relacje. Albo chociaż neutralne. Już mi wystarczyło to, że jeszcze do niedawna nie mogłem znieść dziewczyny z naprzeciwka, chociaż teraz właściwie chętnie bym do niej zaszedł zobaczyć co robi. Ale najpierw rozwód. Staję przed drzwiami do mieszkania Madoxa i tak jak zresztą zwykle nawet nie raczę zapukać tylko od razu ciągnę za klamkę i od progu się wydzieram - Halo! Mężuś, jesteś?!... - ale zamiast mojego mężusia to na korytarzu wpadam wprost na... Jego narzeczoną. Krzywię się, bo ostatnią osobą, którą chciałem tu spotkać była właśnie Stewart. Już bym wolał to stadko Latynosów, które melinowało u Noriegi po kątach, bo z nimi przynajmniej się normalnie dogadywałem, a z panią policjantką jakoś nie mogliśmy znaleźć wspólnego języka, odkąd wybroniłem typa, którego bardzo chciała władować za kratki. Mierzę ją spojrzeniem od góry do dołu i w drugą stronę, mrużąc przy tym złowrogo ślepia - Cześć, Pilar - syczę przez zęby - Jest Madox? Mam sprawę do niego - rzucam i zerkam jej ponad ramieniem wgłąb mieszkania. Wolałbym uniknąć jej obecności podczas spotkania rozwodowego, ale już chuj, przecież jej nie wyproszę z nieswojego lokum. Szczególnie, że właściwie była tu bardziej na miejscu niż ja, poniekąd. Przez myśl przechodzi mi pytanie czy ona wie, ale znając Madoxa to od razu z tym do niej poleciał, bo nawet jak proponowałem, że wcale nie musi się dowiedzieć, to Noriega od razu, że nie, nie, on Pilar mówi wszystko! Heh, ciekawe czy mu się za to oberwało.
Madox A. Noriega Pilar Stewart
Madox A. Noriega Pilar Stewart