a smile amidst the ruins: the return of my exquisite curse"
: wt kwie 21, 2026 10:10 pm
1.
Pokój Noe'ego był mauzoleum niespełnionych ambicji. Zamiast prestiżowych legitymacji prasowych czy oprawionych w ramki pierwszych stron gazet, ściany zdobiły jedynie pożółkłe dyplomy z wyróżnieniem i listy polecające od profesorów, które teraz wydawały się jedynie bezwartościowymi świstkami papieru. Na biurku, zamiast rozgrzanej klawiatury w redakcyjnym newsroomie, spoczywały zakurzone podręczniki do reportażu i nietknięty notatnik z gładkimi, białymi stronami – czystymi jak życie, którego nie zdążył zacząć.
W nozdrzach wciąż piekł go żrący zapach formaliny, wżarty w pory skóry po całym dniu spędzonym w piwnicach zakładu. Choć zdjął roboczy fartuch, czuł się, jakby wciąż nosił na sobie niewidzialny całun. Śmierć ojca, nagły, brutalny zawał, stała się dla niego nie tylko rodzinną tragedią, ale i wyrokiem. Zamiast gonić za tematem życia, codziennie pudrował sine policzki obcych ludzi, by matka nie musiała patrzeć na ruinę rodzinnego interesu. Każda chwila w tym pokoju, między marzeniem o wielkim dziennikarstwie a rzeczywistością wypełnioną zapachem śmierci i pyłkiem lilii, była powolnym duszeniem się.
I wtedy, bez żadnego ostrzeżenia, w drzwiach stanęła ona. Gabriela.
Cisza, która zapadła, była tak ciężka, jakby sufit osunął się o kilka centymetrów. Noe zastygł z dłońmi wciśniętymi w kieszenie spodni, czując nagły, paniczny wstyd. Patrzyła na niego dokładnie z tego samego miejsca, w którym sześć lat temu powiedziała mu coś, co złamało mu serce. Wtedy był młodym chłopakiem z głową pełną ideałów i błyskiem w oku; dziś był cieniem samego siebie, z zaciśniętymi szczękami i zapachem kostnicy, którego nie potrafił wywietrzyć z pokoju.
Ciężar tej chwili był nie do zniesienia. Była najpiękniejszym przekleństwem jego młodości, kobietą, która złamała mu serce, zanim jeszcze zdążył je zahartować w prawdziwym świecie. Stała tam, nieświadoma, że jej nagłe pojawienie się jest jak wsypanie soli w świeżą ranę, która nigdy nie miała szansy się zabliźnić.
W powietrzu wisiało wszystko to, czego nie osiągnął. Ta cisza nie potrzebowała słów – pulsowała żalem, niewypowiedzianym pytaniem „dlaczego teraz?” i dławiącą pewnością, że jedna sekunda wystarczyła, by sześcioletni mur obronny rozsypał się w drobny, bezużyteczny pył.
Poczuł, jak mięśnie jego twarzy drętwieją, formując maskę, którą trenował przez lata, by nie przerażać pogrążonych w żałobie klientów. To było odrażające kłamstwo – ta nagła, sztuczna pogoda ducha, którą przywołał na zawołanie, byle tylko nie dostrzegła w nim wraku. Choć w piersi czuł rozrywający ból, jakby ktoś wbijał mu pod żebra zardzewiałe ostrze, jego usta wykrzywiły się w czymś, co z daleka mogło przypominać uśmiech.
— Gabriela? — wyrzucił z siebie, a jego głos, choć podszyty chrypką od dusznego powietrza zakładu, brzmiał niemal swobodnie. — Nie wierzę... Co ty tu robisz po tylu latach?
Ten entuzjazm był pusty, brzmiał jak uderzenie w pęknięty dzwon. Wewnątrz niego trwała krwawa rzeź wspomnień; każda sekunda patrzenia na nią była jak nowa rana zadana na starej bliźnie. Chciał krzyczeć, chciał zapytać, jakim prawem wchodzi w jego życie, teraz gdy pachnie śmiercią i porażką, gdy jego marzenia o dziennikarstwie gniją pod stosem nekrologów. Zamiast tego stał prosto, niemal sztywno, ukrywając drżenie dłoni za oparciem fotela.
Serce biło mu oszalałym rytmem, pompując żal zamiast krwi. Patrzył na rudowłosą przez piekące od alergii oczy, udając, że to tylko blask słońca wpadającego przez okno wyciska mu łzy radości. To była najdoskonalsza forma tortury – grać rolę starego przyjaciela, podczas gdy każdy nerw w jego ciele wył z tęsknoty i nienawiści do samego siebie za to, że wciąż ją kocha.
Stała tam, lśniąca i niemożliwa, a on, gość od trupów — tworzył właśnie swoje największe kłamstwo, udając, że jej obecność nie wywraca mu świata do góry nogami.
Gabriela R. Blais
Pokój Noe'ego był mauzoleum niespełnionych ambicji. Zamiast prestiżowych legitymacji prasowych czy oprawionych w ramki pierwszych stron gazet, ściany zdobiły jedynie pożółkłe dyplomy z wyróżnieniem i listy polecające od profesorów, które teraz wydawały się jedynie bezwartościowymi świstkami papieru. Na biurku, zamiast rozgrzanej klawiatury w redakcyjnym newsroomie, spoczywały zakurzone podręczniki do reportażu i nietknięty notatnik z gładkimi, białymi stronami – czystymi jak życie, którego nie zdążył zacząć.
W nozdrzach wciąż piekł go żrący zapach formaliny, wżarty w pory skóry po całym dniu spędzonym w piwnicach zakładu. Choć zdjął roboczy fartuch, czuł się, jakby wciąż nosił na sobie niewidzialny całun. Śmierć ojca, nagły, brutalny zawał, stała się dla niego nie tylko rodzinną tragedią, ale i wyrokiem. Zamiast gonić za tematem życia, codziennie pudrował sine policzki obcych ludzi, by matka nie musiała patrzeć na ruinę rodzinnego interesu. Każda chwila w tym pokoju, między marzeniem o wielkim dziennikarstwie a rzeczywistością wypełnioną zapachem śmierci i pyłkiem lilii, była powolnym duszeniem się.
I wtedy, bez żadnego ostrzeżenia, w drzwiach stanęła ona. Gabriela.
Cisza, która zapadła, była tak ciężka, jakby sufit osunął się o kilka centymetrów. Noe zastygł z dłońmi wciśniętymi w kieszenie spodni, czując nagły, paniczny wstyd. Patrzyła na niego dokładnie z tego samego miejsca, w którym sześć lat temu powiedziała mu coś, co złamało mu serce. Wtedy był młodym chłopakiem z głową pełną ideałów i błyskiem w oku; dziś był cieniem samego siebie, z zaciśniętymi szczękami i zapachem kostnicy, którego nie potrafił wywietrzyć z pokoju.
Ciężar tej chwili był nie do zniesienia. Była najpiękniejszym przekleństwem jego młodości, kobietą, która złamała mu serce, zanim jeszcze zdążył je zahartować w prawdziwym świecie. Stała tam, nieświadoma, że jej nagłe pojawienie się jest jak wsypanie soli w świeżą ranę, która nigdy nie miała szansy się zabliźnić.
W powietrzu wisiało wszystko to, czego nie osiągnął. Ta cisza nie potrzebowała słów – pulsowała żalem, niewypowiedzianym pytaniem „dlaczego teraz?” i dławiącą pewnością, że jedna sekunda wystarczyła, by sześcioletni mur obronny rozsypał się w drobny, bezużyteczny pył.
Poczuł, jak mięśnie jego twarzy drętwieją, formując maskę, którą trenował przez lata, by nie przerażać pogrążonych w żałobie klientów. To było odrażające kłamstwo – ta nagła, sztuczna pogoda ducha, którą przywołał na zawołanie, byle tylko nie dostrzegła w nim wraku. Choć w piersi czuł rozrywający ból, jakby ktoś wbijał mu pod żebra zardzewiałe ostrze, jego usta wykrzywiły się w czymś, co z daleka mogło przypominać uśmiech.
— Gabriela? — wyrzucił z siebie, a jego głos, choć podszyty chrypką od dusznego powietrza zakładu, brzmiał niemal swobodnie. — Nie wierzę... Co ty tu robisz po tylu latach?
Ten entuzjazm był pusty, brzmiał jak uderzenie w pęknięty dzwon. Wewnątrz niego trwała krwawa rzeź wspomnień; każda sekunda patrzenia na nią była jak nowa rana zadana na starej bliźnie. Chciał krzyczeć, chciał zapytać, jakim prawem wchodzi w jego życie, teraz gdy pachnie śmiercią i porażką, gdy jego marzenia o dziennikarstwie gniją pod stosem nekrologów. Zamiast tego stał prosto, niemal sztywno, ukrywając drżenie dłoni za oparciem fotela.
Serce biło mu oszalałym rytmem, pompując żal zamiast krwi. Patrzył na rudowłosą przez piekące od alergii oczy, udając, że to tylko blask słońca wpadającego przez okno wyciska mu łzy radości. To była najdoskonalsza forma tortury – grać rolę starego przyjaciela, podczas gdy każdy nerw w jego ciele wył z tęsknoty i nienawiści do samego siebie za to, że wciąż ją kocha.
Stała tam, lśniąca i niemożliwa, a on, gość od trupów — tworzył właśnie swoje największe kłamstwo, udając, że jej obecność nie wywraca mu świata do góry nogami.
Gabriela R. Blais