To krótkie spięcie mięśni, kiedy rzuciła mu się na szyję było instynktowne – jak reakcja organizmu na ciało obce, które jednocześnie jest jedynym lekiem, jakiego potrzebował, ale kiedy poczuł jej ciężar, zapach perfum mieszający się z wonią ulicy i tę znajomą energię, jego mur zaczął pękać. To wciąż była Gabriele, ta sama dziewczyna, która potrafiła rozjaśnić ponury dzień, nawet jeśli w sposób kompletnie nieświadomy robiła szkody. Noe poczuł, jak ogarnia go zgubne poczucie bezpieczeństwa. Przez sekundę pozwolił sobie uwierzyć, że te sześć lat to rzeczywiście tylko „krótka przerwa na kawę”, a on nie jest gościem od trupów, tylko znów tym samym chłopakiem, który ma przed sobą całe życie. Uśmiechnął się – tym razem nieco szczerzej, choć wciąż z nutą smutku, której nie potrafił całkowicie wymazać. Noe popatrzył na nią, czując, jak Gabriela powoli zsuwa mu się z ramion, choć wiedział, że to tylko chwilowe złudzenie. Jej bezczelny uśmiech działał na niego jak narkotyk – przerażał go i fascynował jednocześnie. Gdy rudowłosa przejechała palcem po zakurzonej półce, ironicznie komentując „muzealny klimat”, chłopak poczuł impuls, by choć trochę odgryźć się losowi, zachowując przy tym swoją nową maskę.
—
Chyba po prostu udzieliło mi się pewne... zboczenie zawodowe, odkąd zaczął mnie obowiązywać dress code. - Wskazał dłonią na wiszący na oparciu krzesła ciemny, idealnie zawiązany krawat, atrybut jego codziennej pracy przy zmarłych, którego nienawidził każdą komórką ciała. -
Muzeum? Może masz rację — odparł, a w jego głosie, obok wymuszonej swobody, pojawiła się nuta cynizmu, której jeszcze całkiem niedawno w nim nie było. -
To element nowego zajęcia, zapach również - dodał, tajemniczo się uśmiechając. Była inteligentna, na pewno domyśli się co chciał przez to wszystko powiedzieć.
—
Sławny... — powtórzył pod nosem, uśmiechając się krzywo. —
Widzisz, plany mają to do siebie, że czasem trzeba je zmienić. Życie dopisało mi scenariusz, którego nie było w podręczniku szkolnym. - Zrobił krok w jej stronę, ale zatrzymał się w bezpiecznej odległości. —
Chwilowo mam po prostu „inne” priorytety, Gabi. Musiałem przejąć pewne sprawy... obowiązki, których nie mogłem tak po prostu zostawić — powiedział, starannie dobierając słowa, by nie brzmiały gorzko, jednocześnie czując wyrzuty sumienia, że jest niewdzięczny, zmuszając się do pomagania matce, która przecież nie miała poza nim nikogo innego. —
Ale to nie znaczy, że zapomniałem o dawnych planach. Notatnik jest czysty, bo czekam na temat, który będzie wart tego, żeby w końcu go otworzyć. - Tak, prędzej czy później, ale w końcu zacznie szukać pracy w redakcji, jak tylko jego mama się ogarnie.
Poczuł, jak po tych słowach o byciu „muzą” coś boleśnie zaciska mu się w gardle. Patrzył na nią, gdy opierała się o biurko – biurko, które dla niego było porażką, a dla niej po prostu kolejnym meblem do przetestowania.
—
Może faktycznie potrzebuję muzy, żeby w końcu ruszyć z miejsca? Choć znając ciebie, to raczej materiał na artykuł o huraganie Catrina niż na spokojny wywiad. - Podszedł o krok bliżej, ignorując głos rozsądku, który krzyczał mu do ucha, że to stąpanie po kruchym lodzie.
—
Nie namalował cię, bo pewnie nie potrafiłaś usiedzieć w miejscu przez pięć minut — zaśmiał się cicho, a w jego oczach na moment pojawił się ten dawny blask wesołości. —
Usiądź... o ile znajdziesz tu miejsce, które nie wygląda według ciebie jak eksponat.
Patrzył na nią i czuł jak cała nienawiść do samego siebie i żal za zmarnowane marzenia schodzą na dalszy plan. Była tu. Prawdziwa, głośna i bezczelna, choć wiedział, że za chwilę może znów zniknąć, zostawiając go w jeszcze większej rozterce, jednak w tej chwili liczyło się tylko to, że jego świat znów miał kolory.
Oparł się o szafę, starając się zachować dystans. Patrzył, jak ona beztrosko dominuje w jego przestrzeni, jakby nigdy jej nie opuściła.
—
Opowiedz mi o tej Francji — rzucił, próbując odwrócić uwagę od siebie i od faktu, że właśnie jest ciekawy najdrobniejszych informacji o jej przygodach. —
Ktoś cię w końcu namalował, czy skończyło się tylko na obietnicach, jak to zwykle masz w zwyczaju?
Pytanie o energetyka zadziałało jak hamulec bezpieczeństwa. Noe zorientował się, że musi się ruszyć, bo jeśli zostanie w tym bezruchu sekundę dłużej, maska, którą tak starannie nakładał, po prostu pęknie i rozsypie się na oczach Gabrieli.
—
Energetyka? — powtórzył, a jego głos był teraz pozbawiony emocji, jakby system obronny przejął kontrolę nad strunami głosowymi. —
Ile tylko chcesz, zaraz wracam - po tych słowach zniknął za drzwiami, wdzięczny losowi, że chociaż na chwilę pobędzie sam, oswajając się z myślą o jej nagłym powrocie. Otworzył lodówkę, a chłód bijący z wnętrza na moment przyniósł mu ulgę. —
Masz— powiedział, wracając do pokoju i podając jej zimnego redbulla, uważając, by ich palce się nie zetknęły. —
Więc znowu Toronto? — zapytał, próbując nadać rozmowie normalny ton. —
Co cię tu sprowadza tak na serio? Bo nie uwierzę, że po prostu przechodziłaś obok i przypomniałaś sobie o mnie.
Gabriela R. Blais