Mistakes happen
: czw kwie 23, 2026 12:02 am
Dzisiejszy poranek nie był dla niego udany. Budzik, który dzwonił nieprzerwanie od prawie minuty zbudził jedynie psy Colby'ego, a nie samego właściciela. Ledwo otworzył oczy i trafił stopami do kapci, a czworonogi już domagały się spaceru. Z wielką niechęcią wstał z łóżka mając nadzieję, że dalsza część dnia będzie mniej depresyjna niż początek.
Trzymając dwie smycze w jednej dłoni spacerował na pół przytomny po osiedlu. Musiał się jakoś obudzić, ale skoro nawet zimny prysznic nie pomógł to raczej nie znajdzie już lekarstwa na wymęczony organizm. Nie sypiał dobrze, miewał dziwne sny, a fakt że demony przeszłości wracały wcale nie pomagał. Przyznać przed samym sobą, że ma problemy też nie zamierzał, więc trwał w tym zawieszeniu od dobrych kilkunastu miesięcy.
Telefon zadzwonił nagle, niespodziewanie i z zaskoczenia. Colby nie spodziewał się żadnego połączenia ani od znajomych, ani z pracy, bo przecież miał wolne. Podobno. Jego dzień odpoczynku właśnie się skończył, bo w słuchawce usłyszał głos szefa. Musiał pilnie jechać do remizy, bo ktoś wypadł z powodu choroby. Cudowny dzień, nie ma co.
Wchodząc do szatni i zakładając na siebie strój marzył jedynie o tym, by nikt nic nie wykombinował. Żeby dzieciaki nie odpalały żadnych petard, by czujniki czadu nie wykryły żadnych anomalii i żeby stodoły na przedmieściach miały odpowiednie zabezpieczenie. Ale ledwo założył buty, a dźwięk alarmu rozniósł się po całym budynku. Balor tylko westchnął, zawiązał sznurówki i ruszył do wozu witając się po drodze z kumplami z pracy.
- Gdzie tym razem? - Spytał spoglądając na kierowcę, ale ten wskazał jedynie na telefon, który pokazywał najszybszą drogę do celu.
Wieżowce i to nie byle jakie, a jedne z tych najbardziej ekskluzywnych. Colby mógł tylko marzyć, by w takim przebywać, a co dopiero mieszkać. Nie chciał wiedzieć ile ktoś musiał zarabiać, by sobie pozwolić na takie luksusy. Szykowało się równie ciężkie popołudnie co sam poranek.
Na miejsce dojechali dosyć szybko, a przynajmniej w miarę możliwości jakie dawało miasto. Zgłoszenie dyspozytor przyjął od kobiety, która poinformowała go, że w jednym z pokoi firanka zajęła się ogniem i nie jest w stanie sama go ugasić. W momencie w którym Colby spoglądał w okno tego mieszkania wiedział, że całe pomieszczenie będzie do generalnego remontu.
Apartament znajdował się na najniższej kondygnacji, koledzy Balora zajęli się gaszeniem pożaru, a jego samego wysłali do środka, by sprawdził czy wszyscy są bezpieczni. Powiadali, że Colby ma dar do rozmów i uspokajania. On nazwałby to po prostu empatią.
Zanim wszedł do budynku zdążył zauważyć, że mieszkańcy sami się ewakuowali. Jedynie jedna osoba stała w środku, pod drzwiami prowadzącymi do mieszkania w którym aktualnie się paliło.
- Dzień dobry. Nazywam się Colby Balor. Czy to pani jest właścicielką tego apartamentu? - Spytał odsuwając kobietę od drzwi dla bezpieczeństwa. Wiedział, że w środku już praktycznie ogień dogasa, ale bezpieczeństwo poszkodowanych było na pierwszym miejscu. - Czy może mi pani powiedzieć co się stało? - Uczyli go, by nigdy nikomu do końca nie ufać, ale jakoś nie mógł sobie wyobrazić, że ktoś specjalnie podpala tak drogie mieszkanie.
Cora Marshall
Trzymając dwie smycze w jednej dłoni spacerował na pół przytomny po osiedlu. Musiał się jakoś obudzić, ale skoro nawet zimny prysznic nie pomógł to raczej nie znajdzie już lekarstwa na wymęczony organizm. Nie sypiał dobrze, miewał dziwne sny, a fakt że demony przeszłości wracały wcale nie pomagał. Przyznać przed samym sobą, że ma problemy też nie zamierzał, więc trwał w tym zawieszeniu od dobrych kilkunastu miesięcy.
Telefon zadzwonił nagle, niespodziewanie i z zaskoczenia. Colby nie spodziewał się żadnego połączenia ani od znajomych, ani z pracy, bo przecież miał wolne. Podobno. Jego dzień odpoczynku właśnie się skończył, bo w słuchawce usłyszał głos szefa. Musiał pilnie jechać do remizy, bo ktoś wypadł z powodu choroby. Cudowny dzień, nie ma co.
Wchodząc do szatni i zakładając na siebie strój marzył jedynie o tym, by nikt nic nie wykombinował. Żeby dzieciaki nie odpalały żadnych petard, by czujniki czadu nie wykryły żadnych anomalii i żeby stodoły na przedmieściach miały odpowiednie zabezpieczenie. Ale ledwo założył buty, a dźwięk alarmu rozniósł się po całym budynku. Balor tylko westchnął, zawiązał sznurówki i ruszył do wozu witając się po drodze z kumplami z pracy.
- Gdzie tym razem? - Spytał spoglądając na kierowcę, ale ten wskazał jedynie na telefon, który pokazywał najszybszą drogę do celu.
Wieżowce i to nie byle jakie, a jedne z tych najbardziej ekskluzywnych. Colby mógł tylko marzyć, by w takim przebywać, a co dopiero mieszkać. Nie chciał wiedzieć ile ktoś musiał zarabiać, by sobie pozwolić na takie luksusy. Szykowało się równie ciężkie popołudnie co sam poranek.
Na miejsce dojechali dosyć szybko, a przynajmniej w miarę możliwości jakie dawało miasto. Zgłoszenie dyspozytor przyjął od kobiety, która poinformowała go, że w jednym z pokoi firanka zajęła się ogniem i nie jest w stanie sama go ugasić. W momencie w którym Colby spoglądał w okno tego mieszkania wiedział, że całe pomieszczenie będzie do generalnego remontu.
Apartament znajdował się na najniższej kondygnacji, koledzy Balora zajęli się gaszeniem pożaru, a jego samego wysłali do środka, by sprawdził czy wszyscy są bezpieczni. Powiadali, że Colby ma dar do rozmów i uspokajania. On nazwałby to po prostu empatią.
Zanim wszedł do budynku zdążył zauważyć, że mieszkańcy sami się ewakuowali. Jedynie jedna osoba stała w środku, pod drzwiami prowadzącymi do mieszkania w którym aktualnie się paliło.
- Dzień dobry. Nazywam się Colby Balor. Czy to pani jest właścicielką tego apartamentu? - Spytał odsuwając kobietę od drzwi dla bezpieczeństwa. Wiedział, że w środku już praktycznie ogień dogasa, ale bezpieczeństwo poszkodowanych było na pierwszym miejscu. - Czy może mi pani powiedzieć co się stało? - Uczyli go, by nigdy nikomu do końca nie ufać, ale jakoś nie mógł sobie wyobrazić, że ktoś specjalnie podpala tak drogie mieszkanie.
Cora Marshall