tell me what it takes to be your favorite
: czw kwie 23, 2026 1:30 pm
It takes fire to find weakness
Życie w Toronto powoli zaczynało podobać jej się coraz bardziej. Z początku to ogromne miasto sprawiało, że chowała się we własnej skorupie, przerażona samą myślą o wyrażaniu własnego zdania czy opinii, ale z czasem zaczęło otwierać przed nią zupełnie nowe możliwości. Była na swojej pierwszej randce, skradła pierwszy pocałunek z - jak się okazało - kolegą z pracy, chodziła na spotkania ze swoją nową kumpelą Marą, szajbuską, która nie miała absolutnie żadnego filtra, a przy tym analizowała każdy ruch i zachowanie wszystkich ludzi wokół nich. Do tego mieszkanie ze współlokatorką uświadomiło jej, że chyba naprawdę pora zacząć korzystać z tych ostatnich miesięcy wolności najlepiej, jak tylko się da. Później będzie mogła wrócić do bycia porządną, ułożoną córką... ale do tamtego momentu? Mogła przecież trochę zaszaleć, co nie?
Więc po długim zastanawianiu się... zrobiła to. Jako swoją pierwszą zwariowaną rzecz, którą zainicjowała całkowicie sama od siebie, wybrała... uwaga... wynajęcie sali na miesiąc po godzinach na uczelni. No po prostu życie na krawędzi, co nie? Ale właśnie tak to wyglądało dla Syd. Nawet najmniejsza ludzka interakcja była dla niej niczym jazda rollercoasterem. Niezbyt dobrze wyłapywała social cues, zdarzało jej się zaśmiać z czegoś, co dla drugiej strony miało być poważne, bo była przekonana, że to żart. Innym razem ktoś używał sarkazmu, a ona albo go łapała, albo nie - nigdy nie było wiadomo. I jeszcze to, że mówiła wszystko prosto z mostu, kompletnie nie zastanawiając się, czy coś przypadkiem nie będzie nie na miejscu. Tyle że robiła to w tak przemiły sposób, że naprawdę trudno było się na nią gniewać. No... przez większość czasu.
Pędząc na uczelnię po pracy, zatrzymała się jeszcze w domu, żeby przebrać się w takie ciuchy, których nie będzie jej szkoda ubrudzić farbą, gdyby zaszła taka potrzeba. Bo kiedy wpadała w swój zone, naprawdę nie przejmowała się już niczym dookoła. Gdy w końcu dotarła na miejsce, przywitała się z koordynatorem, który zaprowadził ją do odpowiedniego pomieszczenia. Na szczęście opłaciła już z góry fee, dzięki czemu mogła korzystać z przyborów artystycznych tamtejszych studentów sztuk pięknych, więc tylko uśmiechnęła się do mężczyzny, podziękowała mu i od razu zabrała się do roboty. Podeszła do wieży stereo stojącej pod ścianą, podłączyła do niej telefon, a chwilę później muzyka wypełniła całą salę.
''all we ever had on paper was a wild imagination''
Zaczęła mieszać farby na palecie, tańcząc lekko w miejscu przed przeogromnym płótnem. Łączyła kolory, a chwilę później zanurzyła pędzel w barwnej cieczy i płynnym ruchem przeniosła go na płótno, zupełnie pochłonięta muzyką i malowaniem. Cicho nuciła pod nosem tekst piosenki, będąc w końcu naprawdę szczęśliwa. Wolna. Na obrazie zaczęły pojawiać się kontury dwóch postaci. Z początku nie miała żadnej konkretnej wizji, ale z każdym kolejnym ruchem pędzla dochodziła do wniosku, że musi to być coś w rodzaju spotkania dwojga nieznajomych. Jeszcze nie wiedziała, czy to spotkanie będzie czymś dobrym, czy wręcz przeciwnie, ale tylko wzruszyła ramionami, lekko marszcząc nos, po czym wróciła do swoich kocich, tanecznych ruchów. Wytarła pędzel o spodnie, po chwili wsunęła jego końcówkę do ust i w zamyśleniu wpatrywała się w obraz. A potem tak po prostu stwierdziła, że zrobi obrót. I właśnie wtedy zamarła, z oczami rozszerzonymi ze zdumienia, bo w przejściu ktoś stał. I to nie byle kto, ale naprawdę atrakcyjny mężczyzna. - Umm... - Wydusiła z siebie tylko tyle, pędzelek upadł na ziemię... po czym szybko pobiegła do telefonu i zatrzymała piosenkę. Spojrzała na niego z rumieńcem rozlewającym się po twarzy. - Syd Ashford. Zarezerwowałam tę salę do dwudziestej pierwszej, więc... czy mogę panu... ci... w czymś pomóc? - Ugh... muszę się ogarnąć. Dlaczego w takich sytuacjach zawsze przedstawiam się pełnym imieniem?! Wyrzuciła to do siebie w myślach i wymusiła lekki uśmiech, czekając na jego odpowiedź.
old horizons fall to pieces...
pan? on? nieznajomy??
Życie w Toronto powoli zaczynało podobać jej się coraz bardziej. Z początku to ogromne miasto sprawiało, że chowała się we własnej skorupie, przerażona samą myślą o wyrażaniu własnego zdania czy opinii, ale z czasem zaczęło otwierać przed nią zupełnie nowe możliwości. Była na swojej pierwszej randce, skradła pierwszy pocałunek z - jak się okazało - kolegą z pracy, chodziła na spotkania ze swoją nową kumpelą Marą, szajbuską, która nie miała absolutnie żadnego filtra, a przy tym analizowała każdy ruch i zachowanie wszystkich ludzi wokół nich. Do tego mieszkanie ze współlokatorką uświadomiło jej, że chyba naprawdę pora zacząć korzystać z tych ostatnich miesięcy wolności najlepiej, jak tylko się da. Później będzie mogła wrócić do bycia porządną, ułożoną córką... ale do tamtego momentu? Mogła przecież trochę zaszaleć, co nie?
Więc po długim zastanawianiu się... zrobiła to. Jako swoją pierwszą zwariowaną rzecz, którą zainicjowała całkowicie sama od siebie, wybrała... uwaga... wynajęcie sali na miesiąc po godzinach na uczelni. No po prostu życie na krawędzi, co nie? Ale właśnie tak to wyglądało dla Syd. Nawet najmniejsza ludzka interakcja była dla niej niczym jazda rollercoasterem. Niezbyt dobrze wyłapywała social cues, zdarzało jej się zaśmiać z czegoś, co dla drugiej strony miało być poważne, bo była przekonana, że to żart. Innym razem ktoś używał sarkazmu, a ona albo go łapała, albo nie - nigdy nie było wiadomo. I jeszcze to, że mówiła wszystko prosto z mostu, kompletnie nie zastanawiając się, czy coś przypadkiem nie będzie nie na miejscu. Tyle że robiła to w tak przemiły sposób, że naprawdę trudno było się na nią gniewać. No... przez większość czasu.
Pędząc na uczelnię po pracy, zatrzymała się jeszcze w domu, żeby przebrać się w takie ciuchy, których nie będzie jej szkoda ubrudzić farbą, gdyby zaszła taka potrzeba. Bo kiedy wpadała w swój zone, naprawdę nie przejmowała się już niczym dookoła. Gdy w końcu dotarła na miejsce, przywitała się z koordynatorem, który zaprowadził ją do odpowiedniego pomieszczenia. Na szczęście opłaciła już z góry fee, dzięki czemu mogła korzystać z przyborów artystycznych tamtejszych studentów sztuk pięknych, więc tylko uśmiechnęła się do mężczyzny, podziękowała mu i od razu zabrała się do roboty. Podeszła do wieży stereo stojącej pod ścianą, podłączyła do niej telefon, a chwilę później muzyka wypełniła całą salę.
Zaczęła mieszać farby na palecie, tańcząc lekko w miejscu przed przeogromnym płótnem. Łączyła kolory, a chwilę później zanurzyła pędzel w barwnej cieczy i płynnym ruchem przeniosła go na płótno, zupełnie pochłonięta muzyką i malowaniem. Cicho nuciła pod nosem tekst piosenki, będąc w końcu naprawdę szczęśliwa. Wolna. Na obrazie zaczęły pojawiać się kontury dwóch postaci. Z początku nie miała żadnej konkretnej wizji, ale z każdym kolejnym ruchem pędzla dochodziła do wniosku, że musi to być coś w rodzaju spotkania dwojga nieznajomych. Jeszcze nie wiedziała, czy to spotkanie będzie czymś dobrym, czy wręcz przeciwnie, ale tylko wzruszyła ramionami, lekko marszcząc nos, po czym wróciła do swoich kocich, tanecznych ruchów. Wytarła pędzel o spodnie, po chwili wsunęła jego końcówkę do ust i w zamyśleniu wpatrywała się w obraz. A potem tak po prostu stwierdziła, że zrobi obrót. I właśnie wtedy zamarła, z oczami rozszerzonymi ze zdumienia, bo w przejściu ktoś stał. I to nie byle kto, ale naprawdę atrakcyjny mężczyzna. - Umm... - Wydusiła z siebie tylko tyle, pędzelek upadł na ziemię... po czym szybko pobiegła do telefonu i zatrzymała piosenkę. Spojrzała na niego z rumieńcem rozlewającym się po twarzy. - Syd Ashford. Zarezerwowałam tę salę do dwudziestej pierwszej, więc... czy mogę panu... ci... w czymś pomóc? - Ugh... muszę się ogarnąć. Dlaczego w takich sytuacjach zawsze przedstawiam się pełnym imieniem?! Wyrzuciła to do siebie w myślach i wymusiła lekki uśmiech, czekając na jego odpowiedź.
old horizons fall to pieces...
pan? on? nieznajomy??