ODPOWIEDZ
26 y/o
For good luck!
171 cm
logistics data analyst at Avalon Global Industries
Awatar użytkownika
I wonder what will happen
to my heart, starving for love
nieobecnośćnie
wątki 18+tak
zaimkiona/jej
typ narracjitrzecioosobowy
czas narracjiprzeszły
postać
autor

It takes fire to find weakness

Życie w Toronto powoli zaczynało podobać jej się coraz bardziej. Z początku to ogromne miasto sprawiało, że chowała się we własnej skorupie, przerażona samą myślą o wyrażaniu własnego zdania czy opinii, ale z czasem zaczęło otwierać przed nią zupełnie nowe możliwości. Była na swojej pierwszej randce, skradła pierwszy pocałunek z - jak się okazało - kolegą z pracy, chodziła na spotkania ze swoją nową kumpelą Marą, szajbuską, która nie miała absolutnie żadnego filtra, a przy tym analizowała każdy ruch i zachowanie wszystkich ludzi wokół nich. Do tego mieszkanie ze współlokatorką uświadomiło jej, że chyba naprawdę pora zacząć korzystać z tych ostatnich miesięcy wolności najlepiej, jak tylko się da. Później będzie mogła wrócić do bycia porządną, ułożoną córką... ale do tamtego momentu? Mogła przecież trochę zaszaleć, co nie?
Więc po długim zastanawianiu się... zrobiła to. Jako swoją pierwszą zwariowaną rzecz, którą zainicjowała całkowicie sama od siebie, wybrała... uwaga... wynajęcie sali na miesiąc po godzinach na uczelni. No po prostu życie na krawędzi, co nie? Ale właśnie tak to wyglądało dla Syd. Nawet najmniejsza ludzka interakcja była dla niej niczym jazda rollercoasterem. Niezbyt dobrze wyłapywała social cues, zdarzało jej się zaśmiać z czegoś, co dla drugiej strony miało być poważne, bo była przekonana, że to żart. Innym razem ktoś używał sarkazmu, a ona albo go łapała, albo nie - nigdy nie było wiadomo. I jeszcze to, że mówiła wszystko prosto z mostu, kompletnie nie zastanawiając się, czy coś przypadkiem nie będzie nie na miejscu. Tyle że robiła to w tak przemiły sposób, że naprawdę trudno było się na nią gniewać. No... przez większość czasu.

Pędząc na uczelnię po pracy, zatrzymała się jeszcze w domu, żeby przebrać się w takie ciuchy, których nie będzie jej szkoda ubrudzić farbą, gdyby zaszła taka potrzeba. Bo kiedy wpadała w swój zone, naprawdę nie przejmowała się już niczym dookoła. Gdy w końcu dotarła na miejsce, przywitała się z koordynatorem, który zaprowadził ją do odpowiedniego pomieszczenia. Na szczęście opłaciła już z góry fee, dzięki czemu mogła korzystać z przyborów artystycznych tamtejszych studentów sztuk pięknych, więc tylko uśmiechnęła się do mężczyzny, podziękowała mu i od razu zabrała się do roboty. Podeszła do wieży stereo stojącej pod ścianą, podłączyła do niej telefon, a chwilę później muzyka wypełniła całą salę.

''all we ever had on paper was a wild imagination''

Zaczęła mieszać farby na palecie, tańcząc lekko w miejscu przed przeogromnym płótnem. Łączyła kolory, a chwilę później zanurzyła pędzel w barwnej cieczy i płynnym ruchem przeniosła go na płótno, zupełnie pochłonięta muzyką i malowaniem. Cicho nuciła pod nosem tekst piosenki, będąc w końcu naprawdę szczęśliwa. Wolna. Na obrazie zaczęły pojawiać się kontury dwóch postaci. Z początku nie miała żadnej konkretnej wizji, ale z każdym kolejnym ruchem pędzla dochodziła do wniosku, że musi to być coś w rodzaju spotkania dwojga nieznajomych. Jeszcze nie wiedziała, czy to spotkanie będzie czymś dobrym, czy wręcz przeciwnie, ale tylko wzruszyła ramionami, lekko marszcząc nos, po czym wróciła do swoich kocich, tanecznych ruchów. Wytarła pędzel o spodnie, po chwili wsunęła jego końcówkę do ust i w zamyśleniu wpatrywała się w obraz. A potem tak po prostu stwierdziła, że zrobi obrót. I właśnie wtedy zamarła, z oczami rozszerzonymi ze zdumienia, bo w przejściu ktoś stał. I to nie byle kto, ale naprawdę atrakcyjny mężczyzna. - Umm... - Wydusiła z siebie tylko tyle, pędzelek upadł na ziemię... po czym szybko pobiegła do telefonu i zatrzymała piosenkę. Spojrzała na niego z rumieńcem rozlewającym się po twarzy. - Syd Ashford. Zarezerwowałam tę salę do dwudziestej pierwszej, więc... czy mogę panu... ci... w czymś pomóc? - Ugh... muszę się ogarnąć. Dlaczego w takich sytuacjach zawsze przedstawiam się pełnym imieniem?! Wyrzuciła to do siebie w myślach i wymusiła lekki uśmiech, czekając na jego odpowiedź.

old horizons fall to pieces...

pan? on? nieznajomy??
21 y/o
For good luck!
185 cm
student, sprzedawca uniwersytet toronto, cukiernia
Awatar użytkownika
W deszczu zawsze jest coś, co przypomina nam o tym, jak kruche jest życie.
nieobecnośćnie
wątki 18+tak
zaimkiona/jej
typ narracjitrzecioosobowa
czas narracjiPrzeszły
postać
autor

01.

All we ever had to wager was my wild human nature...


Wciąż nie potrafił przywyknąć do Toronto. Tęsknił za gorącym powietrzem Luizjany, za wschodami słońca nad rzeką Missisipi i klimatem Orleanu. Mieszkał tam tylko trzy lata, choć jemu wydawało się, że spędził tam pół życia. Niecały miesiąc temu przemieszczał się wąskimi uliczkami wykładanymi jasną kostką, wzdłuż których rozciągało się pasmo budynków mieszkalnych wybudowanych w stylu hiszpańskim, francuskim i kreolskim. Lubił patrzeć na te kolorowe budynki, które przypominały mu, że nawet jeśli jego życie traciło kolory, to na świecie wciąż istniało ich wiele, a ludzie potrafili być szczęśliwi. Rain rozumiał, że czas, nawet jeśli zatrzymywał się dla niego i tracił na wartości, dla innych wciąż był wyznacznikiem radosnych chwil. Nie był stworzony do odbierania światu jego kolorów. I nie życzył sobie, by ktokolwiek próbował je dla niego odzyskać. Pierwszego dnia pobytu w Toronto, przyłapał się na nerwowości. Czuł spięcie wszystkich mięśni i nie potrafił opanować myśli splatających się w czarne supły. Ciężko znosił pożegnania i przeprowadzki. Poprzednie miejsce zamieszkania udało mu się poznać niemal na wylot. Wiedział, którymi trasami chodzić, by było względnie bezpiecznie, gdzie warto się zatrzymać, żeby zjeść coś dobrego. Toronto nie przypominało Nowego Orleanu. Klimat był zupełnie inny, bardziej chłodny, choć niektórzy zarzekali się, że te temperatury sprzyjały dobremu samopoczuciu. Powietrze pachniało wilgocią i mrozem — mimo rozpoczynającej się wiosny, tutaj wciąż wyczuwał obecność zimy. Zawisła nad miastem jak mroźny obłok i nie chciała ustąpić miejsca przyjaznemu zefirkowi. Pierwszy dzień był najtrudniejszy. Drugi minął szybciej. Trzeciego poszedł na pierwszy wykład. Czas zaczął płynąć jakby szybciej, uniemożliwiając mu nadmierne zamartwianie się i przeżywanie wewnętrznego kryzysu. Pocieszała go myśl, że nie był sam. Przeniósł się tutaj wraz z najbliższą rodziną — ta świadomość podnosiła go na duchu i wzmacniała poczucie bezpieczeństwa.

Powoli przyzwyczajał się do nowego miejsca, choć z cichą tęsknotą, która nie dawała o sobie zapomnieć, wciąż wracał myślami do swojej przyjaciółki. Coraz częściej zastanawiał się, czy powinien się do niej odezwać. A może rozsądniej byłoby zepchnąć to uczucie na samo dno serca, by nie rozdzierać w sobie na nowo tej straty? Pożegnania i upadki były sobie pokrewne; jedno i drugie bolało tak samo mocno. Pożegnanie łamało ducha, upadek kości. Obydwa nieprzyjemne i tak samo przytłaczające.

W uszach chłopaka rozbrzmiewały głośne, ostre dźwięki gitar i perkusji. Wokalista śpiewał o nienawiści zżerającej go od środka i stracie, którą porównywał do spadających jesienią liści. Szedł przez siebie z plecakiem przerzuconym przez jedno ramię. Przemierzając korytarze uniwersytetu, odnosił wrażenie, że wrócił do czasów licealnych. Zgadzałoby się, gdyby nie fakt, że zamiast szkolnego mundurka, miał na sobie czerwoną bluzę z głębokimi kieszeniami i kapturem, który na spokojnie mógłby przysłonić całą jego twarz, gdyby Rain zechciał odciąć się od świata. Korytarz pachniał drewnem, mieszaniną przeróżnych perfum i środkami do czyszczenia podłóg. Za oknem rozciągał się widok na dziedziniec obsadzony drzewkami, które dopiero obrastały liśćmi. Wewnątrz cały ten uniwersytet prezentował się dobrze, lecz Raina urzekł budynek z zewnątrz i przynależące do niego tereny zielone. Wyglądając przez jedno z okien, miał wrażenie, że patrzy na scenę wyjętą wprost z książki i osadzoną w rzeczywistości. Podobał mu się ten widok. Wciąż miał trochę czasu do powrotnego autobusu — nie udało mu się dorobić samochodu. Trochę liczył na to, że dzięki zastrzykowi gotówki, uda mu się w końcu odłożyć trochę pieniędzy. Miał plany. Poza planami potrzebował motywacji, bo chęci, które miał, szybko go opuszczały.

Teraz szedł do swojej ulubionej sali, w której z reguły czekał na autobus.
Znajdywała się na uboczu i z reguły była otwarta. Podejrzewał, że nie tylko on lubił się w niej zaszywać, choć jak dotąd nikogo wcześniej tam nie spotkał. Zamknięty w swoim świecie, ze słuchawkami w uszach i odcięty od dźwięków dobiegających z zewnątrz głośnym muzycznym basem. Otwierając drzwi, nie słyszał dźwięków płynących z wieży. Dopiero po przesunięciu wzrokiem po sylwetce kobiety, która siedziała odwrócona do niego plecami przed sztalugą, dotarło do niego, że tym razem nie był sam. Przyglądał się przez chwilę, oparty bokiem o framugę drzwi, jej tanecznym ruchom. Wyciągnął jedną słuchawkę i zatrzymał muzykę, chcąc usłyszeć piosenkę, do której tańczyła, trzymając między palcami pędzel malarski. Kąciki ust chłopaka uniosły się w delikatnym uśmiechu. Uznał, że to dość urocze. Zsunął plecak z ramienia, przesuwając go nogą po podłodze i zostawił pod ścianą. Gdy się odwróciła, podłapał jej spojrzenie — była zmieszana i zaskoczona. Wątpił, by zamarła z wrażenia na jego widok. Pędzel upadł z niegłośnym trzaskiem na podłogę. Urocza. Cholernie urocza. — pomyślał, przyglądając się jej w bezruchu. Dostrzegł te lekko zaróżowione policzki i był pewien, że poczuł się podobnie, jak ona. Poczuł to lekkie ciepło, zmieszanie, jakby właśnie sobie uświadomił, że nie powinien się tak bezczelnie w nią wpatrywać. I nieważne, że była najsłodszą istotą, jaką przyszło mu zobaczyć. Zmieszany odwrócił wzrok, wbijając go w sufit.
— Mi? Nie. Ja tylko... Po prostu nie wiedziałem, że ktoś tu jest. Często czekam tutaj po zajęciach i na ogół jestem... — urwał, przeczesując włosy w geście, który zdradzał więcej zmieszania, niż chciałby przyznać. Spojrzał na nią kątem oka, z tym nieśmiałym błyskiem, który łatwo było przeoczyć, ale jeśli już się go dostrzegło, trudno było go nie uznać za uroczy. — Sam. Poza tym mów mi Rain. Mogę po prostu usiąść z boku? Nawet nie będę cię zagadywał... — miał wprawę w milczeniu, przynajmniej większą niż w mówieniu. Ruchem podbródka wskazał miejsce pod ścianą, które planował zająć. Znajdywało się tuż obok plecaka. Poza oddychaniem nie miałby jak zwracać na siebie uwagi — i nie sądził, by w ten sposób miał jej przeszkadzać.

little hurricane
Donmachler
Nie lubię postów napisanych przez AI. Czytania w myślach mojej postaci i oczywiście klasyczek największy: utożsamiania postaci z autorem. To dwa oddzielne byty :/
26 y/o
For good luck!
171 cm
logistics data analyst at Avalon Global Industries
Awatar użytkownika
I wonder what will happen
to my heart, starving for love
nieobecnośćnie
wątki 18+tak
zaimkiona/jej
typ narracjitrzecioosobowy
czas narracjiprzeszły
postać
autor

Stała przed nim, przyglądając mu się uważnie. Był o wiele wyższy od niej, a te niebieskie oczy… mogłaby przysiąc, że potrafiły prześwietlić jej całe ciało, z duszą włącznie. Słuchała go, starając się wyłapać najważniejsze informacje. Rain... Miał na imię Rain. Deszcz. Oryginalnie. - Rain. I like it. - uśmiechnęła się lekko. - Czy to znaczy, że lubisz deszcz, czy raczej go unikasz? - wyrzuciła z siebie na głos, choć mogłaby przysiąc, że powiedziała to tylko w myślach. Rozszerzyła oczy w akcie szoku i od razu machnęła ręką. - To znaczy, nie musisz odpowiadać! - dodała szybko, po czym odwróciła się na pięcie, żeby uniknąć dalszego upokorzenia własną osobą. - Tak, siadaj… nie ma sprawy! - Podeszła do sztalugi, wyciągając z pojemniczka nowy pędzelek, i stanęła tam jeszcze przez chwilę, przyglądając się obrazowi. Czuła dziwną presję. Może tremę? Jakby nagle fakt, że ktoś miał się przyglądać temu, co robiła, odebrał jej całą naturalność. Zazwyczaj malowanie było dla niej formą azylu. Izolowaniem się od tego, co działo się w domu. Od ojca fanatyka, który narzucał jej styl życia, który sam sobie wybrał, jednocześnie odbierając jej możliwość wyboru i decydowania za siebie. Sam fakt, że mogła teraz żyć w Toronto, sięgać po życie, po chwile, po własne doświadczenia, był dla niej czymś, za co była przeokropnie wdzięczna swojej matce. Za to, że w ogóle zdołała go namówić. Świadomość jednak, że de facto za jakieś osiem miesięcy będzie skazana na ślub z kimś zupełnie obcym, wcale jej nie pocieszała. Ale była tu i teraz. Na uczelni. Przed płótnem. Malując obraz, który na dobrą sprawę przypominał w pewnym sensie ich spotkanie z Rainem. Jakby ściągnęła go myślami, zanim jeszcze zdążyła nałożyć pierwszą warstwę farby na płótno. Zabawne.

Usłyszała jego kroki i odsuwające się krzesło, ale nawet nie śmiała spojrzeć w jego kierunku. No i co ty odwalasz, Syd? Zamiast zagadać, poznać nową osobę, to zachowujesz się jak tchórz! Beształa samą siebie w myślach, choć zaraz stwierdziła, że może on sam wcale nie miał ochoty na rozmowę. W końcu przychodził tutaj tylko po to, żeby poczekać na coś. Pewnie w ciszy też. I sam powiedział, że nie będzie jej zagadywał. Więc nie chciał rozmawiać. Tak, właśnie o to chodziło. Miało to sens. Tak... Odwróciła się do niego plecami i ruszyła w stronę wieży, żeby wybrać kolejną piosenkę. Może muzyka odciągnęłaby ją od świadomości, że faktycznie miała widownię. Włączyła następny utwór, a gdy melodia znów zaczęła wypełniać ściany pracowni, cicho zanuciła pod nosem, - And you’re too coool… - Odwróciła się z powrotem do płótna, zerkając na niego kątem oka, po czym zanurzyła pędzelek w farbie i chwilę później przeniosła kolor na płótno. Poruszyła biodrami, kołysząc się lekko do muzyki, ale ciągle… ciągle miała wrażenie, że nie korzysta z życia i tej ulotnej szansy tak, jak powinna. Przygryzając dolną wargę, odłożyła paletkę, przy okazji przypadkiem mażąc sobie palce farbą, po czym podeszła do niego. Wyciągnęła dłoń, chwyciła go za przedramię, zacisnęła na nim palce i rzuciła, - Chodź, pomożesz mi to dokończyć. - Pociągnęła go za sobą, wyrywając z miejsca, nawet przez sekundę nie zastanawiając się nad tym, czy miał na to ochotę. Miała problem z wychwytywaniem social cues, co zwykle doprowadzało do niezręcznych sytuacji, ale docierało do niej dopiero po spotkaniach. Cudownie. Klasyczna Syd. Puściła jego ramię, odwróciła się i chwyciła dwa pędzle, po czym jeden podała jemu. W drugiej dłoni trzymała paletkę, a kiedy zerknęła na jego przedramię, zorientowała się, że dosłownie zostawiła na nim ślad farby. - O nie, przepraszam! - jęknęła od razu. - Ja to zaraz wytrę. Albo możesz mi oddać, nie będę zła! - Przysunęła się do niego bliżej, po czym odchyliła głowę i obróciła policzek w prawą stronę. - Tutaj, o. Też mogę robić za canvas - parsknęła pod nosem, tańcząc lekko w miejscu, kompletnie nieświadoma, że ta jej nagła bezpośredniość mogła właśnie zmieszać go bardziej, niż jakakolwiek plama farby na rękawie.

𝐫𝐚𝐢𝐧
ODPOWIEDZ

Wróć do „University of Toronto”