Nie mam żadnego problemu!
: wt kwie 28, 2026 12:46 pm
#1
Siedzenie w gabinecie psychoterapeuty wydawało mu się zbędne. Miał wrażenie, że każde wypowiedziane tam słowo może zostać obrócone przeciwko niemu, a za tym idzie utrata możliwości udziału w czynnej służbie wojskowej. Stąd opór i niechęć względem kobiety, która spokojnie siedziała na swoim fotelu, czekając aż cokolwiek uleci z jego ust. Była niewzruszona tym buntem wewnętrznego dzieciaka, który został postawiony przed faktem dokonanym. Nie miał wyboru, więc jedyne co podpowiada mu głowa to nie ulegnąć, pokazać, że jest ponadto i nie potrzebuje żadnej pomocy. Od dziecka radził sobie sam, nie chcąc martwić rodziców, w końcu jest najstarszy z rodzeństwa i to on musi być odpowiedzialny, zwłaszcza po śmierci ojca. Musiał stać się mężczyzną i pomóc matce, która po jego odejściu kompletnie się załamała.
Teraz? Siedział nerwowo wystukując rytm na fotelu, gdzie codziennie przewija się od kilku do kilkudziesięciu osób, mówiąc o swoich problemach. On ich nie ma. Co jest w tym tak trudnego do zrozumienia? Pierwsze dwa spotkania były nieme. Nie wydał z siebie żadnego dźwięku poza westchnieniem ze zdenerwowania, że musi tu siedzieć. Na trzecim pokazał, że ma jakieś maniery i zdawkowo odpowiadał na wypracowane pytania psycholog która doskonale wiedziała jak je zadać by nie skończyło się na odpowiedzi: tak, nie lub nie wiem. Jednakże gdy przeszła na grząskie tematy tego co widział na wojnie - od razu pojawiał się opór i totalne wyłączenie z rozmowy. Nie był gotów by komukolwiek spowiadać się z tego co przeżył ani jaki wpływ to miało na niego. W czwartym miał wrażenie, że go podeszła, co dopiero zarejestrował po wyjściu z gabinetu. Powiedział za dużo i wiedział, że ta myśl nie da mu spokoju, przez kolejne kilka dni. Tak było. Po nocach odtwarzał rozmowę w głowie, analizując czy wypowiedziane słowa wpłyną niekorzystnie na finalną decyzję.
Miał rację. Po tygodniu od spotkania dostał list - oficjalnie zawiadomienie o zawieszeniu służby. Poczuł jak ściska mu się gardło a do głosu dochodzą najgorsze myśli, Wyszedł na podwórko za domem, razem z kilkoma butelkami piwa. Wypił je w ekspresowym tempie, machając siekierą i rozbijając kolejne pieńki drewna na mniejsza. Wkładał w to pełną siłę. Na dłoniach zostały odciski, które zignorował. Po kilku godzinach wrócił do domu i usiadł na kanapie po raz kolejny czytając ten cholerny list. Czuł jak wzbiera w nim złość i cisnął pobliski wazon o ścianę. Moment później dłonią rozbił szklane drzwiczki od regału z całej siły uderzając w nie pięścią. Nie potrafił tego kontrolować. Następnie przewrócił ów mebel, że wszystkie butelki alkoholu jakie w nim stały rozbiły się w drobny mak. Nie oszczędził lampy, telewizora a nawet głupiego stolika kawowego który kilka dni temu ukończył odrestaurowywać. Salon wyglądał jak pobojowisko a huragan który tam przeszedł miał jego imię, wyryte na każdej zepsutej rzeczy. Ostatecznie usiadł na środku pokoju czując wielką niemoc. Stracił coś co było dla niego najważniejsze.
Piąta wizyta. Pojawił się spóźniony, bo nie zależało mu na szacunku jaki okazywał kobiecie będąc punktualnie. Dłoń z której wyjął kawałki szkła była zabandażowana a on jedynie burknął krótkie dzień dobry. Siedział w ciszy, patrząc uważnie na kobietę. Zrujnowała mu życie. Kim on jest jeśli nie żołnierzem?!
- Dostałem list. - powiedział oschle i poprawił się w fotelu. - Nie mam żadnego cholernego stresu pourazowego. Jestem gotowy do powrotu. Dlaczego mi tego nie ułatwiasz? Nie takie powinno być twoje zadanie? - rzucił szybko nawet porzucając zwrot Pani na rzecz emocji, które aktualnie przejęły na nim kontrolę.
prudence lane
Siedzenie w gabinecie psychoterapeuty wydawało mu się zbędne. Miał wrażenie, że każde wypowiedziane tam słowo może zostać obrócone przeciwko niemu, a za tym idzie utrata możliwości udziału w czynnej służbie wojskowej. Stąd opór i niechęć względem kobiety, która spokojnie siedziała na swoim fotelu, czekając aż cokolwiek uleci z jego ust. Była niewzruszona tym buntem wewnętrznego dzieciaka, który został postawiony przed faktem dokonanym. Nie miał wyboru, więc jedyne co podpowiada mu głowa to nie ulegnąć, pokazać, że jest ponadto i nie potrzebuje żadnej pomocy. Od dziecka radził sobie sam, nie chcąc martwić rodziców, w końcu jest najstarszy z rodzeństwa i to on musi być odpowiedzialny, zwłaszcza po śmierci ojca. Musiał stać się mężczyzną i pomóc matce, która po jego odejściu kompletnie się załamała.
Teraz? Siedział nerwowo wystukując rytm na fotelu, gdzie codziennie przewija się od kilku do kilkudziesięciu osób, mówiąc o swoich problemach. On ich nie ma. Co jest w tym tak trudnego do zrozumienia? Pierwsze dwa spotkania były nieme. Nie wydał z siebie żadnego dźwięku poza westchnieniem ze zdenerwowania, że musi tu siedzieć. Na trzecim pokazał, że ma jakieś maniery i zdawkowo odpowiadał na wypracowane pytania psycholog która doskonale wiedziała jak je zadać by nie skończyło się na odpowiedzi: tak, nie lub nie wiem. Jednakże gdy przeszła na grząskie tematy tego co widział na wojnie - od razu pojawiał się opór i totalne wyłączenie z rozmowy. Nie był gotów by komukolwiek spowiadać się z tego co przeżył ani jaki wpływ to miało na niego. W czwartym miał wrażenie, że go podeszła, co dopiero zarejestrował po wyjściu z gabinetu. Powiedział za dużo i wiedział, że ta myśl nie da mu spokoju, przez kolejne kilka dni. Tak było. Po nocach odtwarzał rozmowę w głowie, analizując czy wypowiedziane słowa wpłyną niekorzystnie na finalną decyzję.
Miał rację. Po tygodniu od spotkania dostał list - oficjalnie zawiadomienie o zawieszeniu służby. Poczuł jak ściska mu się gardło a do głosu dochodzą najgorsze myśli, Wyszedł na podwórko za domem, razem z kilkoma butelkami piwa. Wypił je w ekspresowym tempie, machając siekierą i rozbijając kolejne pieńki drewna na mniejsza. Wkładał w to pełną siłę. Na dłoniach zostały odciski, które zignorował. Po kilku godzinach wrócił do domu i usiadł na kanapie po raz kolejny czytając ten cholerny list. Czuł jak wzbiera w nim złość i cisnął pobliski wazon o ścianę. Moment później dłonią rozbił szklane drzwiczki od regału z całej siły uderzając w nie pięścią. Nie potrafił tego kontrolować. Następnie przewrócił ów mebel, że wszystkie butelki alkoholu jakie w nim stały rozbiły się w drobny mak. Nie oszczędził lampy, telewizora a nawet głupiego stolika kawowego który kilka dni temu ukończył odrestaurowywać. Salon wyglądał jak pobojowisko a huragan który tam przeszedł miał jego imię, wyryte na każdej zepsutej rzeczy. Ostatecznie usiadł na środku pokoju czując wielką niemoc. Stracił coś co było dla niego najważniejsze.
Piąta wizyta. Pojawił się spóźniony, bo nie zależało mu na szacunku jaki okazywał kobiecie będąc punktualnie. Dłoń z której wyjął kawałki szkła była zabandażowana a on jedynie burknął krótkie dzień dobry. Siedział w ciszy, patrząc uważnie na kobietę. Zrujnowała mu życie. Kim on jest jeśli nie żołnierzem?!
- Dostałem list. - powiedział oschle i poprawił się w fotelu. - Nie mam żadnego cholernego stresu pourazowego. Jestem gotowy do powrotu. Dlaczego mi tego nie ułatwiasz? Nie takie powinno być twoje zadanie? - rzucił szybko nawet porzucając zwrot Pani na rzecz emocji, które aktualnie przejęły na nim kontrolę.
prudence lane