Strona 1 z 1

if you turned wrong you forget what's right

: pt maja 01, 2026 1:34 pm
autor: Rhys Madden
i say: look up to the hanging tree
they took my heart and let it bleed
Ucieczki były łatwe. Odwrócenie się, powolne wycofanie z pomieszczenia. Powrót do własnych, czterech ścian i myśli niezmąconych problemami bądź ludźmi, z którymi nie chciało się mierzyć. Tak łatwo było ignorować coś, czego się nie widziało, co nie było na wyciągnięcie ręki i nie domagało się uwagi. Robił tak przecież całe życie - unikał swojego spojrzenia w lustrze, gdy stawało się bolesne. Znieczulał się rozrywką, wnętrzem baru bądź butelki gdy wspomnienia z tamtej nocy nie pozwalały mu spać. Można by rzec, że na tym etapie był już ekspertem od odwracania się od swoich problemów.
Więc dlaczego nie potrafił uciec od n i e j?
Dlaczego tkwiła wraz z nim w samochodzie, gdy zatrzasnął drzwi i ruszył przed siebie? Dlaczego czekała na niego przy biurku komisariatu, do którego wrócił - wyjątkowo - by pomimo późnej pory uzupełnić papierologię, której zwykle unikał jak ognia?
Dlaczego wciąż tkwiła w jego łóżku, w tej połowie posłania, której nie potrafił dotknąć, bo nie należała już do niego?
Miesiąc wydawał się wystarczającym czasem rozłąki wcześniej, teraz, z perspektywy czasu, to założenie było naiwne, o ile nie skrajnie głupie. Potrzebowałby wieczności by zabić w sobie te wszystkie uczucia, które żywił do niej. Nie miał wieczności.
Ale mógł spróbować od paru dni więcej.
Zaginięcie Estelle podniosło raban na komisariacie gdy wyszło na jaw, że wraz z nią, zniknęło również malutkie dziecko. Czym innym był domniemany morderca na wolności, a czym innym ktoś posądzony o niepoczytalność, mający pod swoją pieczą potencjalną, kolejną ofiarę. W ich śledztwo zaangażowali się inni ludzie, inne działy, dzięki temu unikanie jej stało się łatwiejsze. Wychodził, gdy wyczuwał jej nadejście w powietrzu. Wychodził po kawę, gdy słyszał jej kroki w korytarzu, bądź na papierosa gdy docierał do niego dźwięk jej głosu z kuchni.
W tym też planował stać się ekspertem. W ignorowaniu tych podrygów serca, które usiłowały pchnąć go w jej kierunku. Które wspominały kawę, którą wypili w jego rodzinnym domu, sposób, w jaki uśmiechała się serdecznie do jego matki i to, jak pod stołem jej noga sięgała do jego nogi by zakotwiczyć go w miejscu.
Im bardziej o tym myślał, tym bardziej opryskliwy się robił. Nie miał w sobie neutralności względem Margo - nie wtedy, gdy nawiedzała go w jego snach i myślach. Gdy więc odzywała się do niego w komisariacie, miał wrażenie, że nie przerywała długiego czasu milczenia, że zamiast tego dokładała kolejną metodę komunikacji, zaznaczania obecności, której nie potrafił się pozbyć.
Estelle miała pojawić się tego wieczora u swojej matki - obiecała jej to, przez telefon, do którego wcześniej się podpięli. Jedyne, co im pozostało, to wysiedzieć w samochodzie odpowiednią długość czasu i zaczekać na kobietę.
Nie zgodził się, oczywiście, na wspólne czekanie. Uwolnił ich od tego ciężaru, natychmiast proponując, żeby się zmieniali - co robili często partnerzy, by jedno pozostawało świeże i tylko jedno się męczyło. Margo i Rhys nigdy się nie zmieniali.
Do teraz.
Ten wieczór był chłodny. Dostrzegł jej samochód zaparkowany w odpowiedniej odległości od domu matki Estelle, ale z dobrym widokiem na drzwi. Wcześniej to on przyjechał odwiedzić starszą kobietę, uznali więc, że samochód Mercer ma lepszą szansę na bycie nierozpoznanym.
A jego właścicielka miała pierwszą zmianę.
Z sercem podjeżdżającym pod gardło chwycił za klamkę drzwi samochodowych i szarpnięciem je otworzył, wchodząc do środka. Wnętrze pojazdu pachniało jej perfumami i szamponem do włosów, który dwa tygodnie temu wyrzucił ze swojej łazienki.
- Moja kolej - rzucił krótko, ochryple, głosem nieprzyzwyczajonym do rozmowy. Całą jej zmianę tkwił w swoim samochodzie, kilka ulic dalej, niezdolny do funkcjonowania myśląc, że tkwiła tutaj sama. - Możesz iść.

margo mercer

if you turned wrong you forget what's right

: pt maja 01, 2026 8:55 pm
autor: margo mercer
Powrót do miejsca, którego jeszcze kilka dni wcześniej panicznie chciała uniknąć, okazał się zaskakująco prosty. Pierwszy poranek ciążył jej na barkach tak mocno, że przez dłuższą chwilę stała przed wejściem, wpatrzona w odbijające światło szklane drzwi, próbując przekonać samą siebie, że nadal miała prawo je przekroczyć; że to wciąż było jej miejsce, że nie oddała go wraz z wyjazdem, wraz z ciszą, którą po sobie zostawiła.
Kolejne dni odebrały temu momentowi dramatyzm. Dzisiaj weszła do środka niemal automatycznie, bez wewnętrznych negocjacji i bez tego znajomego ścisku w gardle. Usiadła przy biurku, wypiła kawę, uzupełniła zaległy raport i pozwoliła godzinom płynąć swoim rytmem. Komisariat znów stał się przestrzenią pełną hałasu, kroków, urywanych rozmów i stukotu klawiatur. Ludzie wracali do własnych obowiązków, a ona coraz mniej czuła się intruzem.
Nie protestowała, gdy przypadła jej pierwsza zmiana podczas obserwacji. Przyjęła to bez słowa, niemal obojętnie, choć wiedziała doskonale, że ten podział nie był przypadkiem. Rhys chciał ograniczyć ich kontakt do minimum. Chciał zostawiać między nimi dystans, odległość, godziny, które pozwalały mu oddychać bez jej obecności obok.
Nigdy wcześniej nie mieli z tym problemu. Potrafili siedzieć razem godzinami w samochodzie, milcząc albo rozmawiając o wszystkim i o niczym. Teraz nawet wspólne oczekiwanie stało się czymś trudnym do zniesienia.
Bał się czegoś, czego ona nie próbowała unikać. Nie chodziło o sprawę. Nie o pytania, które mogłaby zadać. Nie o przeszłość, która i tak była zamknięta - ciężka, bolesna, pełna ostrych krawędzi, do których nie zamierzała wracać. Nie chciała rozdrapywać tego, co wydarzyło się wcześniej. Wiedziała, że jego lęk miał zupełnie inne źródło.
Bał się rozmowy o n i c h.
O tym, co nadal istniało mimo gniewu. O tym, czego nie udało im się zabić ani czasem, ani odległością.
Kilka godzin spędzonych w samochodzie upłynęło jej bardziej na myśleniu niż na obserwacji. Wpatrywała się w oświetlone wejście do budynku, ale myślami krążyła zupełnie gdzie indziej. Budowała scenariusze, rozgrywała w głowie rozmowy, które nigdy się nie wydarzyły, wyobrażała sobie wersje przyszłości - te najgorsze i te niebezpiecznie dobre.
Wszystkie prowadziły do tego samego miejsca.
Do n i e g o.
Próbowała wmówić sobie po powrocie, że dystans coś zmienił, że wystarczyło kilka tygodni, by emocje osłabły, rozmyły się, stały mniej istotne. Karmiła się tym przekonaniem przez pierwsze dni, powtarzała je sobie uporczywie, aż niemal zaczęło brzmieć wiarygodnie. Teraz już wiedziała, że to nie była prawda. Wciąż wybrałaby jego, bez względu na wszystko.
Wciąż wyciągnęłaby rękę, gdyby zrobił to pierwszy.
Szarpnięcie klamki wyrwało ją z zamyślenia tak gwałtownie, że lekko drgnęła. Zamek kliknął, drzwi otworzyły się szerzej, a on wsunął się do środka z napięciem zapisanym w ruchach. Samą swoją obecnością wypełnił ciasną przestrzeń samochodu - znajomym zapachem, ciężarem sylwetki, ciszą, która natychmiast stała się gęstsza.
Spojrzała na niego krótko, zanim znów odwróciła wzrok. - Zostanę - odpowiedziała spokojnie. Poprawiła kurtkę, zasuwając ją wyżej pod szyję, choć wcale nie było jej zimno. Potrzebowała po prostu zająć czymś dłonie, znaleźć dla nich zajęcie, które ukryje nagłe napięcie.
Zegar na desce rozdzielczej wskazywał prawie dwudziestą drugą. - Jestem prawie pewna, że pojawi się niedługo - dodała ciszej. - Nie chcę tego przegapić - nie patrzyła na niego. Wzrok trzymała wbity w drzwi budynku, choć wcześniej bez celu obserwowała ulicę, przewijała stacje radiowe, zerkała na telefon, pozwalając sobie na rozproszenie. Teraz nie potrafiła skupić się na niczym poza świadomością, że siedział obok.
Podciągnęła nogę pod siebie, próbując znaleźć odrobinę wygody po godzinach spędzonych w bezruchu. - Mogłeś chociaż przynieść kawę - mruknęła po chwili, pozwalając, by głos zabrzmiał lżej. - Albo coś do jedzenia. Jestem potwornie głodna.

Rhys Madden