for hell is insignificant and you're Heaven-sent
: wt maja 05, 2026 4:10 pm
cause you were made from perfect stars
and i was built from broken parts
Zamieszanie na środku ulicy przekształciło się w kakofonię dźwięków, w których nie rozpoznawał wartościowych zdań - niczego, co wymagałoby jego dalszej reakcji. Funkcjonariusze zalewali chodnik, pracownica socjalna zajmowała się wrzeszczącym dzieckiem, a on wpatrywał się w Mercer gdy uspokajała starszą kobietę tak, jak wpatrywał się w nią gdy stanęła naprzeciw niego i jej knykcie otarły się o jego dłoń.
Żaden aspekt tego śledztwa go już nie interesował. Śledztwa, które zostało przez nich zamknięte, a teraz winna była w drodze na komisariat. Powinni dopilnować wszystkiego do samego końca, ale ich posada posiadała pewne przywileje - takie jak możliwość przełożenia papierkowej roboty na następny poranek, zamiast męczenia się z nią przez całą noc, w której środku i tak pracowali.
Rozbawienie zamigotało na jego ustach gdy wspomniała o tym, do czego byłaby zdolna - może niestosownie, w kontekście przelewanych przez matkę kobiety łez, ale ta odwróciła się już i powoli dreptała do swojego domu. Nie miał współczucia dla morderczyni, wobec której posiadali niepodważalne dowody.
Chociaż prawdopodobnie powinien go w sobie trochę znaleźć, zważywszy na i c h sytuację.
Gdy znaleźli się w samochodzie, nie pytał o miejsce, do którego zmierzali, podświadomie wiedząc, że żadne z nich nie zamierzało odwieźć drugiego na komisariat. Parkując przed jego mieszkaniem nie odezwał się ani słowem, wychodząc na zewnątrz, na to rześkie i chłodne powietrze, które usiłowało go otrzeźwić.
Dotarli aż do drzwi jego mieszkania gdy zamiast sięgnąć po klucze, wystąpił o krok w jej stronę sprawiając, że plecami zetknęła się z zamkniętym przejściem. Ta niewyobrażalna tęsknota, która znalazła zaledwie odrobinę ujścia w jej samochodzie teraz powróciła z całą siłą, z intensywnością łączącego ich pocałunku, z niedbałością poszukiwania w kieszeni kluczy, które uparcie nie chciały dać się znaleźć.
Nie zamierzał wypuszczać jej ze swoich ramion.
Ani wtedy, gdy przekroczyli próg, wsuwając się do środka mieszkania i pośpiesznie zdejmując z siebie kurtki. Ani gdy znalazła się na kuchennym blacie, zrzucając z niego bardziej lub mniej oficjalne, policyjne akta, których nie sprzątnął od kilku dni. Trzymał ją przy sobie gdy oplatała go swoimi biodrami i pozwalała się zanieść na kanapę i nie wypuszczał z nich gdy znaleźli się w łazience, pod pozorem przeanalizowania wyrzuconych przez niego kosmetyków, które przekształciło się w gorące strugi prysznica otulające ich ciała.
Ani teraz, gdy w półmroku panującym w sypialni leżeli zaplątani w pościel, która w bursztynowym świetle nocnej lampki przypominała barwą złoto. Jego ramię owinęło się wokół niej, trzymało ją blisko przy sobie, choć druga dłoń sięgnęła do stojącej na stoliku szklanki z równie złotym napojem by wypić z niej łyka.
Miesiąc nieobecności wydawał się niemożliwy do nadrobienia, jakby przepaść między nimi trwała znacznie dłużej, jakby potrzeba było większej ilości starań i czasu by zalepić tę dziurę, którą wyrwał z ich serc ten odcinek czasu.
- Widzę, że intensywnie o czymś myślisz - mruknął, spoglądając na jej skupioną minę, palce bezmyślnie błądzące po jego skórze. Kącik jego ust uniósł się w górę gdy uśmiechnął się półgębkiem. - Strach pytać.
margo mercer