after the storm
: czw maja 07, 2026 7:59 pm
13
✩ ✩ ✩
Więc na pierwszy rzut oka widać było, że coś się zmieniło — lepiej, Indie po prostu brzmiała, jakby było jej lepiej.
Dzisiejszy dzień miała wolny od pracy w kinie, ale przed wyjściem do odbębnienia miała dwa spacery, więc w mieszkaniu pojawiła się na krótko przed dziewiętnastą. Potrzebowała tylko chwili na przebranie się w coś, co nie nosiło na sobie tony sierści i śladów psiej śliny, więc w ciągu kilku minut była już gotowa do wyjścia. Wydawało jej się, że słyszała współlokatorkę w kuchni, więc właśnie tam skierowała kroki, zatrzymując się w progu pomieszczenia i machając Billie krótko na powitanie.
— Siema, gotowa? — przywitała się z uśmiechem, opierając się o framugę. — Kojarzysz te durne loterie w kinach, w których do wygrania zawsze jest jakaś szpetna Toyota albo inny Mini Cooper? — zagadnęła od razu. Do tej pory umyślnie odmawiała doprecyzowania, gdzie dokładnie wyciągała Billie, ale był to chyba najwyższy czas, żeby uchylić rąbka tajemnicy. — To pa teraz, co się u nas ostało z ostatniej — zapowiedziała, podchodząc do stołu, żeby na blat rzucić dwa wydruki. Niemożliwie pomięte, rzecz jasna, bo nie byłaby sobą, gdyby na przykład złożyła je i włożyła do torby, zamiast po prostu chamsko wcisnąć je w kieszeń. — Na mecz idziemy — oznajmiła dumnie. — Toronto gra z... eee... czekaj — nie pamiętała, z kim, więc musiała przerwać sobie na sekundę i skonsultować się z informacjami na biletach, żeby móc dokończyć: — ...aha, z Miami. Z Inter Miami. — Nawet nie zaznajomiła się ze wszystkimi szczegółami wydarzenia, bo, prawdę mówiąc, mało ją obchodziły — mecz sam w sobie nie był czymś, co budziło w Caldwell większą ekscytację, ale idea zabrania na niego Billie już jak najbardziej i to tylko dlatego wyraziła zainteresowanie wolnymi wejściówkami. Dosłownie już miała zrobić to, co robiła z wszystkimi wiadomościami na czacie pracowniczym Fox Theatre i kompletnie zignorować powiadomienie, gdyby nie doczytała wiadomości Marv i tego, że bilety do zgarnięcia tyczyły się meczu piłki nożnej, a nie — jak wcześniej zakładała — hokeja. — Szefowa się trochę zdziwiła, że je chciałam. Spytała, od kiedy obchodzi mnie nożna — rzuciła z rozbawieniem, chociaż musiała przyznać, że było to akurat zupełnie zrozumiałe pytanie. Nigdy przedtem nie wyrażała większego zainteresowania sportami drużynowymi, więc zaskoczenie przełożonej miało akurat sporo sensu. — To dasz się zabrać? — spytała entuzjastycznie, unosząc dłoń żeby zabrzęczeć kluczykami do auta, które w niej trzymała. — W komplecie prywatny kierowca — dodała. Akurat rzadko kiedy korzystała z samochodu wieczorami, zwłaszcza w weekendy, bo nie lubiła mieć obowiązku spędzania ich o suchym pysku, a pod wpływem nie jeździła absolutnie nigdy. Może i nagminnie robiła rzeczy głupie, skrajnie nieodpowiedzialne, ale to właśnie z winy pijanego kierowcy w wieku zaledwie siedmiu lat stała się sierotą, więc nie było takiej siły, która mogłaby sprawić, że Indie kiedykolwiek zgodziłaby się wsiąść za kółko nietrzeźwa. — Może nawet będę taka hojna i uprzejma, że po wszystkim jeszcze odwiozę Cię aż pod sam dom? Może. Ale nie wiem, zobaczymy.
Billie Brackenborough