ODPOWIEDZ
24 y/o
she’s kerosene
171 cm
wyprowadza psy i opierdala się za kasą w fox theatre
Awatar użytkownika
have you ever seen a pretty girl get ugly like this?
nieobecnośćnie
wątki 18+tak
zaimkiona/on, wszystko jedno
typ narracjitrzecioosobowa
czas narracjiprzeszły
postać
autor

13
✩ ✩ ✩
Jakkolwiek przykro by to nie brzmiało, chyba po raz pierwszy od naprawdę długiego czasu Indie mogłaby szczerze powiedzieć, że było u niej dobrze. Nie "spoko" albo "w porządku", tylko dobrze. Nie miała pojęcia, jak wielkim ciężarem było dla niej wszystko, co w ostatnim czasie działo się pomiędzy nią a Lucasem, dopóki nie przekonała się jak wielką ulgę przyniosło pogodzenie się z przyjacielem po kilkunastu miesiącach nieporozumień i ciągłych kłótni. Z drugiej strony, miała też lekki kłopot z odnalezieniem się w nowej rzeczywistości, w której nagle zabrakło całego tego żalu i napięcia — zdążyła przywyknąć do myśli, że szansę na wspólną przyszłość z Millerem zaprzepaściła już na zawsze, więc trudno było jej się dziwić, że nie do końca była w stanie znaleźć sobie miejsce w tym nowym-starym porządku świata. To wcale nie tak, że wszystko nagle stało się łatwe, ba, dawno nie czuła się tak paskudnie pogubiona, ale nawet największe z jej obecnych zmartwień były absolutnie niczym obok niewyobrażalnie przykrych uczuć, które przez ostatni rok nie odstępowały jej na krok, więc...
Więc na pierwszy rzut oka widać było, że coś się zmieniło — lepiej, Indie po prostu brzmiała, jakby było jej lepiej.
Dzisiejszy dzień miała wolny od pracy w kinie, ale przed wyjściem do odbębnienia miała dwa spacery, więc w mieszkaniu pojawiła się na krótko przed dziewiętnastą. Potrzebowała tylko chwili na przebranie się w coś, co nie nosiło na sobie tony sierści i śladów psiej śliny, więc w ciągu kilku minut była już gotowa do wyjścia. Wydawało jej się, że słyszała współlokatorkę w kuchni, więc właśnie tam skierowała kroki, zatrzymując się w progu pomieszczenia i machając Billie krótko na powitanie.
Siema, gotowa? — przywitała się z uśmiechem, opierając się o framugę. — Kojarzysz te durne loterie w kinach, w których do wygrania zawsze jest jakaś szpetna Toyota albo inny Mini Cooper? — zagadnęła od razu. Do tej pory umyślnie odmawiała doprecyzowania, gdzie dokładnie wyciągała Billie, ale był to chyba najwyższy czas, żeby uchylić rąbka tajemnicy. — To pa teraz, co się u nas ostało z ostatniej — zapowiedziała, podchodząc do stołu, żeby na blat rzucić dwa wydruki. Niemożliwie pomięte, rzecz jasna, bo nie byłaby sobą, gdyby na przykład złożyła je i włożyła do torby, zamiast po prostu chamsko wcisnąć je w kieszeń. — Na mecz idziemy — oznajmiła dumnie. — Toronto gra z... eee... czekaj — nie pamiętała, z kim, więc musiała przerwać sobie na sekundę i skonsultować się z informacjami na biletach, żeby móc dokończyć: — ...aha, z Miami. Z Inter Miami. — Nawet nie zaznajomiła się ze wszystkimi szczegółami wydarzenia, bo, prawdę mówiąc, mało ją obchodziły — mecz sam w sobie nie był czymś, co budziło w Caldwell większą ekscytację, ale idea zabrania na niego Billie już jak najbardziej i to tylko dlatego wyraziła zainteresowanie wolnymi wejściówkami. Dosłownie już miała zrobić to, co robiła z wszystkimi wiadomościami na czacie pracowniczym Fox Theatre i kompletnie zignorować powiadomienie, gdyby nie doczytała wiadomości Marv i tego, że bilety do zgarnięcia tyczyły się meczu piłki nożnej, a nie — jak wcześniej zakładała — hokeja. — Szefowa się trochę zdziwiła, że je chciałam. Spytała, od kiedy obchodzi mnie nożna — rzuciła z rozbawieniem, chociaż musiała przyznać, że było to akurat zupełnie zrozumiałe pytanie. Nigdy przedtem nie wyrażała większego zainteresowania sportami drużynowymi, więc zaskoczenie przełożonej miało akurat sporo sensu. — To dasz się zabrać? — spytała entuzjastycznie, unosząc dłoń żeby zabrzęczeć kluczykami do auta, które w niej trzymała. — W komplecie prywatny kierowca — dodała. Akurat rzadko kiedy korzystała z samochodu wieczorami, zwłaszcza w weekendy, bo nie lubiła mieć obowiązku spędzania ich o suchym pysku, a pod wpływem nie jeździła absolutnie nigdy. Może i nagminnie robiła rzeczy głupie, skrajnie nieodpowiedzialne, ale to właśnie z winy pijanego kierowcy w wieku zaledwie siedmiu lat stała się sierotą, więc nie było takiej siły, która mogłaby sprawić, że Indie kiedykolwiek zgodziłaby się wsiąść za kółko nietrzeźwa. — Może nawet będę taka hojna i uprzejma, że po wszystkim jeszcze odwiozę Cię aż pod sam dom? Może. Ale nie wiem, zobaczymy.

Billie Brackenborough
ʟᴇᴏ
nie lubię ai, niedbałej interpunkcji i niekonsekwentnego trybu narracji
21 y/o
NET RIPPER
173 cm
making a cuppa at the bubble tea shop
Awatar użytkownika
I thought that I was special, you made me feel like it was my fault you were the devil
nieobecnośćnie
wątki 18+tak
zaimkiona, jej
typ narracjitrzecioosobowa
czas narracjiprzeszły
postać
autor

Od dnia, w którym Varsity Blues wygrały ligę, nic nie było w stanie popsuć jej humoru. Dla wielu osób był to pewnie tylko uczelniany puchar, ale dla Billie znaczył znacznie więcej. To było pierwsze naprawdę ważne osiągnięcie od czasu przeprowadzki do Toronto i dowód na to, że może jeszcze coś z tego wszystkiego będzie. Gdzieś z tyłu głowy wciąż trzymała się marzenia, które motywowało ją do wysiłku i ciężkich treningów. Chciała kiedyś wyjść na murawę Emirates Stadium w koszulce Arsenalu. Czasami nawet wyobrażała sobie ten moment tak dokładnie, że była w stanie usłyszeć hałas stadionu i poczuć ten specyficzny zapach trawy tuż przed rozpoczęciem meczu.
Z uczelni wróciła wcześniej niż zwykle i od tamtej chwili praktycznie nie mogła usiedzieć w miejscu. Ze zniecierpliwieniem wyczekiwała powrotu Indie, która wciąż nie powiedziała dokąd się wybierały. Kiedy w końcu współlokatorka pojawiła się w kuchni i rzuciła na blat kilka zgniecionych wydruków, Billie odruchowo zmarszczyła brwi. Dopiero po chwili dotarło do niej, na co właściwie patrzy.
- Żartujesz… - powiedziała cicho, chwytając jeden z biletów. - Toronto kontra Inter Miami? Indie, ty tak serio? Przecież tam grają… - urwała, bo sama nie wiedziała nawet, od czego zacząć. Emocje uderzyły w nią tak szybko, że zanim zdążyła pomyśleć, po prostu rzuciła się współlokatorce na szyję. Krótko, mocno i kompletnie instynktownie. Dopiero sekundę później odsunęła się speszona, uświadamiając sobie, co zrobiła. - Sorry, to było trochę impulsywne - parsknęła pod nosem, wygładzając dłonią materiał jasnej bluzy. Mimo wszystko szeroki uśmiech nie schodził jej z twarzy. - Ale naprawdę nie wierzę, że idziemy na mecz - zapiszczała radośnie, nie pamiętając nawet, kiedy po raz ostatni ktoś zrobił dla niej coś tak miłego.
Na wzmiankę o podwózce uniosła brew i spojrzała na współlokatorkę z rozbawieniem.
- Skoro już robisz za szofera, to liczę też na otwieranie drzwi i zero narzekania na moją playlistę - rzuciła. - Ale jestem skłonna do kompromisu. Możesz wybrać jedną piosenkę - zaśmiała się, puszczając Indie przodem, po czym zamknęła za nimi drzwi mieszkania.
Droga na stadion minęła im zaskakująco szybko. Billie przez większość czasu śmiała się z głupich komentarzy Indie, ale wszystko zmieniło się, kiedy wysiadły z samochodu. Stadion górował nad nimi, a ona wciąż nie potrafiła uwierzyć, że Indie zabrała ją na mecz. Przez dłuższy moment wpatrywała się w tłum kibiców zmierzających do wejścia i czuła, jak serce zaczyna bić jej szybciej. Była gotowa.

Indie Caldwell
mashedpotato
posty pisane w pierwszej osobie
ODPOWIEDZ

Wróć do „Rogers Centre”