Strona 1 z 1

Art is only a way of expressing pain

: pt maja 15, 2026 9:35 am
autor: Francesca de Villiers
002.
And I still hold your hand in mine
In mine when I'm asleep
And I will bare my soul in time
When I'm kneeling at your feet


Zły dzień rodził złe myśli z dokładnością choroby dziedzicznej — jednej z tych, które nie pojawiają się nagle, lecz dojrzewają latami gdzieś pod skórą, cicho, cierpliwie, aż w końcu organizm przestaje odróżniać własny rytm od pasożyta. Tkwiły więc w niej od rana; niespokojne, drażliwe, tłukące się o wnętrze czaszki niczym ćmy zamknięte pod kloszem lampy.
A teatr —
teatr tylko je dokarmiał.
Kolejna grupa entuzjastów snuła się za nią po zakamarkach budynku w charakterystycznej manierze ludzi zachwyconych czymś, czego nigdy naprawdę nie poznali. Szeptali między sobą z nabożnym podnieceniem, muskając spojrzeniami kulisy, stare kostiumy, mechanizmy sceniczne; jakby obcowali z sacrum, nie zaś z miejscem przesiąkniętym potem, pyłem i frustracją artystów powoli pożeranych przez własne ambicje.
Zaproszenie miało być dyskretne.
Elitarne.
„Za kulisami prawdziwej sztuki”.
Prawdziwa sztuka pachniała jednak wilgocią starych desek i zmęczeniem ludzi, którzy od dekad sprzedawali publiczności emocje, sami coraz mniej zdolni do ich odczuwania.
Uśmiechała się mimo to; naturalnie, profesjonalnie. Wyuczonym uśmiechem przypominającym cienką warstwę lakieru rozciągniętą na pękającym drewnie. — Tutaj przeprowadzamy obecnie reorganizację przestrzeni scenicznej… — Głos płynął automatycznie; elegancki, pewny, nasycony dumą, którą rzeczywiście odczuwała — bo przecież zmieniała ten teatr. Wyrywała go ze skansenu martwych tradycji i wciskała brutalnie w nowoczesność, nawet jeśli część starszej kadry patrzyła na nią tak, jak patrzy się na infekcję.
Była z tego dumna.
(Duma bywała przecież najbardziej wyrafinowaną odmianą pychy.)
Szum rozmów oblepiał jej uszy coraz cięższą warstwą hałasu. Głosy ludzi mieszały się z dudnieniem ulewy rozbijającej się o wysokie okna i kamienną fasadę budynku. Kap.
Kap.
KAP!
Rytm stawał się nieznośnie hipnotyczny; niemal perwersyjnie zsynchronizowany z pulsowaniem bólu za oczami.
Pięć minut.
Godzina.
Może trzy.
Nie robiło to już większej różnicy.
Czas rozciągał się we wnętrzu teatru jak stare kurtyny — ciężki, zakurzony i nasiąknięty cudzymi emocjami. Korytarze zdawały się nie mieć końca, podobnie jak pytania gości, ich wymuszone zachwyty i specyficzny rodzaj społecznego głodu, który kazał ludziom nieustannie ocierać się o „wielką sztukę”, by choć przez moment poczuć się większymi od własnych, żałośnie zwyczajnych żyć. Stała pośród nich wyprostowana, o ostrych kantach twarzy wygładzonych odpowiednio dobranym światłem foyer. Profesjonalizm trzymał jej postawę za gardło niczym niewidzialna ręka.
Nie mogła pozwolić sobie na zmęczenie.
Nie mogła pozwolić sobie na złość. Choć gdzieś pod mostkiem rosło już coś gorzkiego; coś przypominającego instynkt ucieczki. Ulewa gęstniała. Miasto za szybą tonęło powoli w grafitowej mazi wieczoru, rozmyte światła ulic wyglądały jak rozcięte neony pod wodą, a ona przez krótką, niebezpiecznie krótką chwilę naprawdę rozważyła, czy nie zostawić tego wszystkiego —
tych ludzi,
tego teatru,
tej całej pieprzonej misji reformowania świata sztuki —
i po prostu wyjść.
Ale nie wychodziła nigdy.
Uszy pulsowały bólem od przeciążenia własną świadomością; od tego drażniącego, metalicznego tembru myśli, które niczym rdza dobierały się do wnętrza czaszki, przypominając jej raz za razem o własnej niefrasobliwości. Brak parasola. Brak odpowiedniego okrycia. Żadnej ochrony przed chłodem rozlewającym się teraz po karku i łopatkach cienkimi smugami deszczu. Cholera. Jeszcze kilka godzin wcześniej pogoda zdawała się niemal absurdalnie łagodna — niebo rozciągało nad miastem miękką, spokojną szarość, a powietrze pachniało ciepłym betonem i kurzem rozgrzanym pod stopami przechodniów. Nic nie zwiastowało tego rozszalałego gnicia chmur nad głową. Telefon milczał uparcie, niby martwy organ pozbawiony impulsów życia. Jeden partner nie odbierał, drugi również; pierwszy zapewne poświęcał swoje godziny korporacyjnej machinie, oddając ciało i wzrok excelowym tabelom rozciągającym się przed nim jak bezdenne trzewia współczesności. Drugi — zapewne znów dławił się ciężarem własnej rodziny, zobowiązań, dziecięcych głosów i zmęczenia codziennością.
Putain!
Tylne drzwi teatru zatrzasnęły się za nią z niemal teatralną pogardą, jakby budynek z ulgą wyzbywał się kolejnego fragmentu ludzkiej uciążliwości. Dźwięk rozszedł się po mokrym zaułku ciężko i głucho, po czym natychmiast został pożarty przez szum ulewy. Deszcz spływał z rynien szerokimi strugami przypominającymi otwarte żyły miasta; asfalt błyszczał czernią świeżo obdartej skóry. Palce miała chłodne i lekko zdrętwiałe, lecz sfatygowana Zippo odpowiedziała wiernie — trzask metalu zabrzmiał niemal intymnie pośród dudnienia deszczu, a płomień rozbłysnął łapczywie, złotym językiem dobierając się do końcówki papierosa. Żar rozpełzł się powoli, czerwony i żywy niczym rozcięta tkanka pulsująca ostatnim wysiłkiem organizmu. Dym rozlał się po wnętrzu płuc ciężką, znajomą warstwą, osiadając pod żebrami z miękkością niemal kojącą. Tego właśnie potrzebowała — nie rozmowy, nie ratunku, nie obecności któregoś z nich. Potrzebowała zatrucia; czegoś wystarczająco silnego, by choć na chwilę zagłuszyć nieustanny jazgot myśli i tę obrzydliwie ludzką potrzebę bycia dla kogokolwiek ważną.
Pomóc? — Żywej duszy się nie spodziewała w tym zaułku; prędzej w biel odzianą zjawę, wytykającą jej błędy prowadzenia swej doczesności w aktualny sposób. Tak słuchawka załączona do walkmana wyciekła z ucha, tak jakoś dobodziejność serduszka nie pozwoliła na pozostawienia płuc delikwenta samotnych, podsuwając w zasięgi jego wejrzenia szczotkowaną fasadę srebra. Hm? — pytająco wzniosła brwi, czekając w potrzasku bulgoczącej wody przy odpływie kanalizacji.

Jake Davenport

Art is only a way of expressing pain

: pn maja 25, 2026 10:36 pm
autor: Jake Davenport
I wish I could have known that
look in your eyes would echo in mine — and go back
out of my mind, across the line

Ulewa szumiała monotonnie —
krople deszczu uderzały gęsto o ostre, miejskie kontury; o solidne, nieprzyjazne kształty szklanych wieżowców, o twarde, być może zabytkowe mury kościołów, muzeów, gmachów urzędów; o dachy, ściany, szyby, o równo ułożone kostki chodnikowe i połacie asfaltu, i od dłuższej chwili z taką siłą, jakby chciały
(i może mogły?)
to wszystko przygnieść, rozerwać, zniszczyć w akcie gniewu na to, co nienaturalne.

Uderzały wreszcie także w ludzi —
teraz, w tym jednym konkretnym miejscu: pod przypadkowym, pierwszym napotkanym przez wzrok zadaszeniem w pustej uliczce —
krople deszczu skapywały pojedynczo z mokrych włosów na przesiąkniętą trudnym dniem twarz; spływały niemal mozolnie nierównymi ścieżkami pomiędzy porami skóry, na której piętno odcisnęły trzy dekady nieunikanego słońca i niedających się uniknąć zmartwień.
Mężczyzna chowający się przed ulewą nie był z cukru,


( właściwie nie był zrobiony z niczego:

ani z kamienia —
choć od dziecka ciążyło na nim oczekiwanie stabilności i powściągliwości w emocjach, i stałości w postanowieniach oraz złożonych obietnicach, nie opanował nigdy swoich .i m p u l s ó w; pozostał na zawsze o wiele za bardzo niepewny... i zbyt podatny na naginanie do czyjejś woli —

ani z drewna —
choć mogła to sugerować szorstkość jego dłoni i sposobu bycia, i to, jak czasem łatwo dawał sobą kierować, jakby uczyniono go raczej marionetką niż człowiekiem, okazywał się, mimo wszystko, znacznie wytrwalszy wobec nieprzyjaznego otoczenia, z którego mało co mogło w niego tak .n a p r a w d ę. wsiąknąć —

ani z lodu —
choć chłód, który potrafił wokół siebie roztaczać niby gruby mur, tworzył nieraz inne wrażenie — bo chociaż spojrzenie Jake’a było w stanie zmrozić, pod piwną taflą tęczówek chował się płomień, nie zawsze może widoczny, ale zawsze bliski o nieodpowiedni krok, o prowokujący gest zły ruch, o nieprzemyślane, d r a ż l i w e. słowo )


był jednak cholernie zmęczony i zbyt lekko ubrany, a wpadający za kołnierz deszcz schodził po plecach nieprzyjemnym dreszczem. I nie pamiętał, gdzie zostawił samochód — po karku pełzało mu przekonanie, że stary Ford musiał stać już przy następnym skrzyżowaniu, ale ulicę temu dałby sobie rękę uciąć, że zaparkował już na pewno przy tym wtedy najbliższym.
Mógł poczekać, aż ulewa zelżeje;
wyjątkowo wolał poczekać — a przynajmniej tak mu się zdawało, gdy wbiegał pod blaszany daszek, bo

teraz

krucha cierpliwość Jake’a wisiała na włosku. Srebrna zippo w wytatuowanej dłoni uparcie nie chciała wykrzesać z siebie ognia — miała dla niego jedynie iskry, z których każda kolejna lądowała coraz bliżej granicy rozpaczy wytrzymałości. Wymięty papieros więdnął już w spierzchniętych wargach jak roślina zbyt długo czekająca na wodę — usychał, spragniony tak bardzo tego, co jako jedyne mogło go prawdziwie ożywić.

Podobnie Jake.

Nawet trzask drzwi za jego ramieniem nie odwiódł uwagi od tego cholernego papierosa i tej przeklętej zapalniczki — dopiero pytanie, kontrastująco do jego stanu ciche i łagodne, sprawiło, że obrócił głowę.
I-…

K u r w a-…

Na krótką chwilę wstrzymał powietrze w płucach, a ta cała frustracja, która wezbrała w nim w ciągu ostatnich minut, wraz z wydechem nabrała jakiegoś ciemniejszego, smutniejszego odcienia.
Chociaż nie ulegało wątpliwości, ze stojąca przed nim kobieta nie była jego (…) Corą, chodziło o pierwszy rzut oka i o pierwsze wrażenie;
o ciemne włosy z grzywką, spięte w taki sposób, że wydawać się mogły przez moment krótkie;
o wyraźne rysy twarzy i przyciągającą spojrzenie urodę;
o towarzyszącą jej wiszącą w powietrzu, nienazwaną ciężkość — być może jego własną, a nieświadomie tylko dopasowaną do jej pojawienia się obok, ale .o b e c n ą. równie żywo jak kobieta, od której nie mógł oderwać wzroku, zatrzymanego w wyrazie przypominającym

przestrach
…?

Oczy opadły w końcu na srebrny przedmiot.
Dzięki — odezwał się głucho, jakby gdzieś z dala od siebie, przerywając rozciągnięte nienaturalnie milczenie. Własną zippo schował mechanicznie do kieszeni i równie mechanicznie sięgnął po tę wyciągniętą ku niemu w zwyczajnej, najprostszej uprzejmości.
W drodze do użyczanej zapalniczki drgnęła mu niepewnie dłoń — zanim ją odebrał, opuszkami trącił niechcący szczupłe palce.

Uderzyła go ta krzywa analogia; odwrócone podobieństwo do niechcianego wspomnienia zapiekło w wysuszonym, ściśniętym przełyku, sięgnęło do żołądka i zakłuło. Chociaż może zbieżności były zbyt naciągane; może po prostu tak bardzo chciał jeszcze dostrzec jakieś ślady po Corze,
(inne niż tych kilka drobnych blizn na skórze)
że zobaczył je na siłę — tam, gdzie akurat się dało.

Znowu podniósł wzrok na nieznajomą.

Wyglądasz jak…

Jak kto, Jake? No .k t o.?

…jak ktoś, kogo znałem.

Parsknął zaraz po tych słowach — wcale nie wesoło; raczej z wyczuwalną goryczą, która zaległa w gardle i nie dało się z nią zrobić n i c, do cholery, dlatego można było co najwyżej próbować ją obśmiać. A potem, nieudacznie pozorując nonszalancję, odpalić papierosa, zaciągając się spojrzeć pusto przed siebie i rzucić: „Chwilę tak jeszcze popada.”

…ktoś, kogo znałem...

Może to było za dużo powiedziane.

A może…

...może było to powiedziane o wiele za mało.

Francesca de Villiers

Art is only a way of expressing pain

: śr maja 27, 2026 4:43 pm
autor: Francesca de Villiers
…ktoś, kogo znał…
Pierwszą reakcją nie był ani współczujący uśmiech, ani zakłopotanie —
tylko krótkie, suche prychnięcie, które wyrwało się z niej niemal odruchowo; jak kaszel człowieka zbyt długo przebywającego w zadymionym pomieszczeniu, jak odgłos zmęczenia bardziej niż rozbawienia.

Dłoń uniosła się sama.
Smukłe palce przecięły drogę papierosa, nim ten zdążył osiąść pomiędzy bladymi dziś wargami — zatrzymały go wpół ruchu, jakby razem z nim zatrzymały również pierwszą, bardziej impulsywną odpowiedź.
Kogo znał?
Psychola?
Ewenement?
Kobietę, która potrafiła zostawiać po sobie ślady głębsze niż paznokcie wbite w skórę?
Czy może po prostu kolejną biedną sukę, która w porę nie zauważyła, że niektórzy ludzie noszą w sobie przeszłość jak otwartą ranę — i potem krwawią nią na wszystko dookoła.

Spojrzenie przesunęło się po jego twarzy powoli; bezczelnie wręcz dokładnie.
po zmęczeniu zalegającym pod oczami.
po napięciu szczęki.
po tym specyficznym rodzaju frustracji, który nie rodzi się z jednego złego dnia, ale z lat nieumiejętnego duszenia w sobie gniewu i żalu, aż oba zaczynają gnić wspólnie gdzieś pod mostkiem. I może właśnie dlatego nie odeszła.
Normalny człowiek pewnie by odszedł.
Normalny człowiek nie zatrzymuje się nocą pod przypadkowym zadaszeniem obok obcego faceta, który wygląda tak, jakby przed godziną albo kogoś pobił, albo sam ledwo wyszedł spod cudzych pięści. Normalny człowiek nie wpatruje się z podobną uwagą w zmęczone oczy nieznajomego, nie analizuje drżenia jego dłoni, nie zastanawia się, jak długo można nosić w sobie ciężar, zanim kręgosłup zacznie pękać od samego istnienia.
Biednyś.Prawie padło. Prawie wyślizgnęło się spomiędzy warg z nużącą lekkością kogoś, kto widział podobny typ mężczyzny już zdecydowanie za wiele razy. — Jak kto?Kim jestem dla Ciebie? Ojć, wymsknęło się przypadkowo; ostatecznie papieros znalazł swoje miejsce. Żar rozbłysnął leniwie przy pierwszym zaciągnięciu, rozświetlając na moment ostre linie twarzy i wilgoć osiadłą na ciemnych rzęsach.
Wchodziła między ludzi miękko, prawie tanecznie, a mimo to zawsze coś po niej zostawało — rozdrażnione ego, cięższy oddech, myśl kiełkująca pod czaszką niczym choroba. Sama świadomość tego uzależniała ją bardziej niż alkohol, papierosy czy drogie francuskie perfumy ścierające się z ciepłem skóry.

A artyzm — Chryste — bywał przecież jedną z najbardziej wyrafinowanych form przemocy.


Uwielbiała obserwować teatr życia.; instynktowny spektakl ludzkich odruchów. Sąsiad z klatki schodowej, który po śmierci żony zaczął przesadnie długo rozmawiać z młodymi ekspedientkami. Kasjerka zza sklepowej lady, poprawiająca włosy wyłącznie przy klientach z drogimi zegarkami. Mężczyzna palący nerwowo pod kamienicą, jakby każdy kolejny papieros miał opóźnić moment powrotu do domu. Ludzie byli tak boleśnie przewidywalni, a jednocześnie fascynująco chaotyczni w próbach ukrywania własnych głodów. Fran obserwowała ich zachłannie, kolekcjonując cudze słabości niczym artystka szkicująca deformacje anatomii. Potrafiła dopasowywać się do ich retoryki z niepokojącą łatwością. Raz mówiła miękko, niemal dziewczęco, innym razem wbijała słowa między żebra z elegancją chirurga. Była lustrem, w którym ludzie widzieli dokładnie to, czego pragnęli — czułość, zainteresowanie, flirt, podziw. Dopiero później orientowali się, że lustro nigdy nie odbijało ich naprawdę; ono jedynie pożerało kontury twarzy, pozostawiając po sobie coś wykrzywionego.
Artyzm był przecież szczególną odmianą przemocy.
Ktoś, kogo znałem, brzmi zwykle jak wstęp do bardzo złej historii — odezwała się w końcu, spokojnie; bez kpiny, ale też bez czułości. Artyści stanowili najuczciwszych drapieżników świata — nie udawali moralności, nie zasłaniali się etyką, gdy rozpruwali cudze emocje dla kilku chwil inspiracji. Wirtuozi żerujący na ludzkim bólu, na obsesjach, kompleksach, tragediach; esteci zdolni zachwycić się łzą spływającą po policzku dokładnie w chwili, gdy ktoś obok rozpadał się psychicznie. Sama była od nich niewiele lepsza. Może dlatego tak dobrze rozumiała ten mechanizm. — Albo bardzo nudnej.
Obcy mężczyzna był dziwnie piękny — nie w sposób oczywisty, nie w sposób, który można by nazwać ładnym bez poczucia winy — raczej jak coś, co przetrwało zbyt wiele i mimo to nie rozpadło się w brzydotę, tylko przeobraziło w formę trudną do odwrócenia wzroku.
Obcy mężczyzna miał doprawdy piękne oczy.
Wyzwól się z boleści — mruknęła ciszej. — Bo wyglądasz, jakbyś miał zaraz podpalić pół przecznicy z czystej frustracji.

I dopiero po chwili,
zupełnie niepotrzebnie,
dodała:

…albo s i e b i e.

Jake Davenport

Art is only a way of expressing pain

: ndz maja 31, 2026 6:08 pm
autor: Jake Davenport

„Jak kto?”
Zerknął na nieznajomą z ukosa, przelotnie. Pytanie nie zabrzmiało pretensjonalnie ani nawet wścibsko. Zdawało się zaciekawione, ale raczej sytuacyjnie; zdawało się równie odruchowe, jak jego własny, niepohamowany komentarz. Sam je na siebie ściągnął, i choć .n i e . m u s i a ł. na nie odpowiadać,

(Wdech.)

zastanowił się chwilę;
wzrok Jake’a zogniskował się na ciemnej ścianie deszczu oddalonej o dwa, góra trzy kroki, by chwilę później znów się rozjechać, rozmyć — przenieść na to, czego nie dało się tu teraz zobaczyć.

(Wydech.)

Już nikt — odmruknął sucho, prawie wyrokująco,
(gdyby tylko miał taką moc, by jego własne słowa zmieniały jego rzeczywistość…)

(…może używałby ich więcej i częściej)
nie dbając o to, czy zostanie usłyszany, i ponownie się zaciągnął. Potem cofnął się, aż plecy znalazły oparcie w ścianie budynku. Wcześniejsze zmęczenie oplatające sylwetkę i bijące z oczu podeszło niedającym się ukryć

( a przynajmniej dla Jake’a sztuka maskowania emocji —
jeśli już jakieś się w nim budziły
— pozostawała obca )

napięciem.

Kim .w ł a ś c i w i e. była dla niego Cora Pierce?

Poza tym, że paląco niewygodną myślą;
że zbiorem wspomnień, z których każde miało w sobie coś ciężkiego i odurzająco lepkiego, a znaczna ich część pozostawała wciąż żywa — wciąż

ciepła,

miękka

i głośna,

jakby jej urywany oddech, chichot albo słodkie szepty nie były czymś, co odtwarzał w pamięci jego pamięć odtwarzała uparcie, nieproszona, bo słyszał ją tak, jakby jej usta wisiały tuż nad jego uchem, tak blisko, że pełne wargi niemal ocierały o skórę.
Słyszał-…

„…wstęp do bardzo złej historii.”

Piwne oczy odnalazły ponownie postać kobiety; zlustrowały ją uważnie, kawałek po kawałku, zanim wyszły naprzeciw jej spojrzeniu wymierzonemu w niego. Przytknął filtr papierosa do ust. Po ciele rozchodziło się echo gniewu — trudno rozróżnić, czy na nią, czy, niezmiennie, na przeszłość, której

nie chciał
od tak dawna nie był w stanie żadnymi siłami zamknąć.
„Albo bardzo nudnej.”

Kłęb dymu na krótki moment wypełnił pole widzenia, przez ułamek sekundy zniekształcając kobiecą twarz. Nagle żołądek zrobił się cięższy, a w reakcji na to mimikę Jake’a zdominował bolesny wręcz grymas.
…ktoś, kogo znałem…

( Naprawdę .z n a ł e ś…? )


(„Są rzeczy, których o mnie nie wiesz.”)
(„Prawdę mówiąc… jest ich całkiem sporo.”)
(…)

Z nozdrzy uleciało powietrze z charakterystycznym świstem.
„Wyzwól się z boleści…”

Jak, KURWA, j a k...?!

Na szczęście wszystko jest przemoczone — stwierdził, a w specyficznym uśmiechu rozciągającym wąskie wargi zabrakło rozbawienia. — I ja też. — Wzruszył ramionami; przesadził, ale nie miało to większego znaczenia w tej historii.
„Wyzwól się z boleści…”
Nie wiedział, czy historia o Corze jest w rzeczywistości bardzo zła, czy, dla kogoś postronnego, jedną z wielu takich samych.
Czuł za to, że poważnie zastanowiłby się nad podpaleniem połowy przecznicy, by móc do tej historii wrócić.
Czuł za to, że nie chciał się o tym przekonywać.

Tak lubisz pomagać nieznajomym, huh? — Zadarł wyzywająco podbródek i przekrzywił głowę lekko do boku. Gdyby nie padający na jego twarz cień nadal tej samej, przesiąkniętej wkurwionym zmęczeniem ponurości, można byłoby pomyśleć, że próbował się droczyć —

w istocie Jake przeżywał cały czas tę samą sytuację, w której już raz był, i w ogóle go to nie rozweselało, w ogóle nie wprawiało w nastrój do żartów i zaczepek;

w istocie Jake przeżywał cały czas tę samą sytuację i wyrzucał sobie próbował ocenić, czy .b y ł o . w a r t o:
podchodzić,
wyciągać jakże pomocną dłoń z zapalniczką;
pierdolony bohater
czy było warto zaglądać w te oczy, w których ciemności przepadł,

całować usta, które zepsuły mu smak wszystkich innych.


(A miało nie być blizny.)


Francesca de Villiers