I wish I could have known that
look in your eyes would echo in mine — and go back
out of my mind, across the line
Ulewa szumiała monotonnie —
krople deszczu uderzały gęsto o ostre, miejskie kontury; o solidne, nieprzyjazne kształty szklanych wieżowców, o twarde, być może zabytkowe mury kościołów, muzeów, gmachów urzędów; o dachy, ściany, szyby, o równo ułożone kostki chodnikowe i połacie asfaltu, i od dłuższej chwili z taką siłą, jakby chciały
(i może
mogły?)
to wszystko przygnieść, rozerwać, zniszczyć w akcie gniewu na to, co nienaturalne.
Uderzały wreszcie także w ludzi —
teraz, w tym jednym konkretnym miejscu: pod przypadkowym, pierwszym napotkanym przez wzrok zadaszeniem w pustej uliczce —
krople deszczu skapywały pojedynczo z mokrych włosów na przesiąkniętą trudnym dniem twarz; spływały niemal mozolnie nierównymi ścieżkami pomiędzy porami skóry, na której piętno odcisnęły trzy dekady nieunikanego słońca i niedających się uniknąć zmartwień.
Mężczyzna chowający się przed ulewą nie był z cukru,
( właściwie nie był zrobiony
z niczego:
ani z kamienia —
choć od dziecka ciążyło na nim oczekiwanie stabilności i powściągliwości w emocjach, i stałości w postanowieniach oraz złożonych obietnicach, nie opanował nigdy swoich
.i m p u l s ó w; pozostał na zawsze o wiele za bardzo
niepewny... i zbyt podatny na naginanie do czyjejś woli —
ani z drewna —
choć mogła to sugerować szorstkość jego dłoni i sposobu bycia, i to, jak czasem łatwo dawał sobą kierować, jakby uczyniono go raczej marionetką niż
człowiekiem, okazywał się, mimo wszystko, znacznie wytrwalszy wobec nieprzyjaznego otoczenia, z którego mało co mogło w niego tak
.n a p r a w d ę
. wsiąknąć —
ani z lodu —
choć chłód, który potrafił wokół siebie roztaczać niby gruby mur, tworzył nieraz inne wrażenie — bo chociaż spojrzenie Jake’a było w stanie zmrozić, pod piwną taflą tęczówek chował się płomień, nie zawsze może widoczny, ale zawsze
bliski o nieodpowiedni krok, o
prowokujący gest zły ruch, o nieprzemyślane, d r a ż l i w e
. słowo )
był jednak cholernie zmęczony i zbyt lekko ubrany, a wpadający za kołnierz deszcz schodził po plecach nieprzyjemnym dreszczem. I nie pamiętał, gdzie zostawił samochód — po karku pełzało mu przekonanie, że stary Ford
musiał stać już przy następnym skrzyżowaniu, ale ulicę temu dałby sobie rękę uciąć, że zaparkował już
na pewno przy tym wtedy najbliższym.
Mógł poczekać, aż ulewa zelżeje;
wyjątkowo
wolał poczekać — a przynajmniej tak mu się zdawało, gdy wbiegał pod blaszany daszek, bo
teraz
krucha cierpliwość Jake’a wisiała na włosku. Srebrna zippo w wytatuowanej dłoni uparcie nie chciała wykrzesać z siebie ognia — miała dla niego jedynie iskry, z których każda kolejna lądowała coraz bliżej granicy
rozpaczy wytrzymałości. Wymięty papieros więdnął już w spierzchniętych wargach jak roślina zbyt długo czekająca na wodę — usychał, spragniony tak bardzo tego, co jako jedyne mogło go prawdziwie ożywić.
Podobnie Jake.
…
Nawet trzask drzwi za jego ramieniem nie odwiódł uwagi od tego cholernego papierosa i tej
przeklętej zapalniczki — dopiero pytanie, kontrastująco do jego stanu ciche i łagodne, sprawiło, że obrócił głowę.
I-…
K u r w a-…
Na krótką chwilę wstrzymał powietrze w płucach, a ta cała frustracja, która wezbrała w nim w ciągu ostatnich minut, wraz z wydechem nabrała jakiegoś ciemniejszego, smutniejszego odcienia.
Chociaż nie ulegało wątpliwości, ze stojąca przed nim kobieta
nie była jego (…)
Corą, chodziło o pierwszy rzut oka i o pierwsze wrażenie;
o ciemne włosy z grzywką, spięte w taki sposób, że wydawać się mogły przez moment krótkie;
o wyraźne rysy twarzy i przyciągającą spojrzenie urodę;
o
towarzyszącą jej wiszącą w powietrzu, nienazwaną ciężkość — być może jego własną, a nieświadomie tylko dopasowaną do jej pojawienia się obok, ale
.o b e c n ą
. równie żywo jak kobieta, od której nie mógł oderwać wzroku, zatrzymanego w wyrazie przypominającym
przestrach
…?
Oczy opadły w końcu na srebrny przedmiot.
—
Dzięki — odezwał się głucho, jakby gdzieś z dala od siebie, przerywając rozciągnięte nienaturalnie milczenie. Własną zippo schował mechanicznie do kieszeni i równie mechanicznie sięgnął po tę wyciągniętą ku niemu w zwyczajnej, najprostszej uprzejmości.
W drodze do użyczanej zapalniczki drgnęła mu niepewnie dłoń — zanim ją odebrał, opuszkami trącił niechcący szczupłe palce.
Uderzyła go ta krzywa analogia; odwrócone podobieństwo do niechcianego wspomnienia zapiekło w wysuszonym, ściśniętym przełyku, sięgnęło do żołądka i zakłuło. Chociaż może zbieżności były zbyt naciągane; może po prostu tak bardzo chciał jeszcze dostrzec jakieś
ślady po Corze,
(
inne niż tych kilka drobnych blizn na skórze)
że zobaczył je
na siłę — tam, gdzie akurat się dało.
Znowu podniósł wzrok na nieznajomą.
—
Wyglądasz jak…
Jak kto, Jake? No .k t o.?
…jak ktoś, kogo znałem.
Parsknął zaraz po tych słowach — wcale nie wesoło; raczej z wyczuwalną goryczą, która zaległa w gardle i nie dało się z nią zrobić n i c, do cholery, dlatego można było co najwyżej próbować ją obśmiać. A potem, nieudacznie pozorując nonszalancję, odpalić papierosa, zaciągając się spojrzeć pusto przed siebie i rzucić:
„Chwilę tak jeszcze popada.”
…ktoś, kogo znałem...
Może to było za dużo powiedziane.
A może…
...może było to powiedziane o wiele za mało.
Francesca de Villiers