Strona 1 z 1

wrap yourself in petals for armor

: sob maja 16, 2026 4:22 am
autor: Misty Sloane
PROLOGUE QUEST: Hold the line
[Keep her on the line, until everybody gets into safety — 0/1]
Wieczory w Salvadorze miały w sobie coś, czego Misty długo nie potrafiła nazwać. Nie były spokojne — nawet kiedy powinny być.
Miasto żyło własnym rytmem, niezależnym od godzin, planów, czy zmęczenia ludzi, którzy próbowali się do niego dopasować. Z dołu, z ulicy, a dokładniej z baru tuż pod jej kawalerką, nieustannie przebijały się dźwięki: śmiech, szkło stukające o blat, szybkie, melodyjne portugalskie zdania, które Misty rozumiała tylko częściowo. Czasem ktoś coś wykrzykiwał, czasem ktoś odpowiadał, a muzyka — zawsze gdzieś pomiędzy — raz przyspieszała, raz zwalniała, jakby sama nie mogła się zdecydować, czy noc dopiero się zaczyna, czy już dawno trwa.
Na początku ją to rozpraszało. Teraz… bardziej wypełniało tło.
Siedziała przy małym stole, który pełnił jednocześnie funkcję biurka i wszystkiego, co było jej w tym mieszkaniu potrzebne. Laptop, słuchawki, telefon. Obok kubek — zimna yerba, rozwodniona od topniejącego lodu, bardziej gorzka niż powinna. Sięgnęła po nią odruchowo. Nie miała ochoty, ale ręce musiały coś robić.
Tkwiła gdzieś pośrodku. Nie była już tą samą osobą, która kilka miesięcy wcześniej przyleciała do Brazylii z walizką większą od własnych planów i głową pełną rzeczy, od których chciała uciec, ale nie była też jeszcze kimś nowym. Nie do końca. Nadal zdarzało jej się działać automatycznie. Nadal łapała się na tym, że powtarza wyuczone schematy — w rozmowach, w reakcjach, w sposobie, w jaki trzymała się rzeczy, które były znajome. Praca na infolinii była jedną z nich. Dawała strukturę. Ramę. Coś, czego mogła się złapać, kiedy reszta była wciąż rozmyta.
Pierwszy telefon tego wieczoru urwał się szybko. Zbyt szybko. Drugi trwał dłużej, ale rozpadł się na urywane zdania i ciszę, która w końcu wygrała. Trzeci był najbliżej. Głos po drugiej stronie był napięty, ale obecny. Misty złapała rytm, zadała kilka pytań, weszła w ten znajomy tryb — spokojny, uważny, taki, który zazwyczaj działał. Prawie.
— Nieważne.
— To głupie.
Klik.
Misty przez chwilę patrzyła na ekran, jakby mogła coś jeszcze z tego wyciągnąć. Jakby rozmowa nie była jeszcze całkiem zamknięta. Była. Westchnęła cicho, zdejmując na moment słuchawki i przecierając palcami skroń. To nie był ból głowy. Jeszcze nie. Raczej coś cięższego, bardziej rozlanego — zmęczenie, które nie brało się z jednej rzeczy, tylko z wielu małych, niedokończonych fragmentów. Podniosła kubek, upiła łyk. Zimno było już tylko temperaturą, nie ulgą. Skrzywiła się lekko, ale i tak odstawiła go dopiero po chwili, jakby odwlekała moment powrotu do tego, co powinna robić.
Nie zdążyła. Sygnał kolejnego połączenia pojawił się szybciej, niż była gotowa.
Na ułamek sekundy zawahała się, palec zawisł nad przyciskiem. To było krótkie. Prawie niezauważalne, ale zaistniało.
Klik.
— Linia wsparcia, słucham. — Głos miała równy. Ułożony. Taki, jaki powinien być. Po drugiej stronie panowała cisza, choć nie pusta. Raczej taka, która jeszcze nie zdecydowała, czy chce się wypełnić.
Misty sięgnęła po kubek jeszcze raz, unosząc go do ust bardziej z przyzwyczajenia niż potrzeby. Zatrzymała się w połowie ruchu, nasłuchując. Z dołu dobiegł głośniejszy wybuch śmiechu. Ktoś trzasnął drzwiami. Na moment wszystko to wdarło się do środka, zanim znowu opadło w tło.
— Jestem tu — dodała ciszej. I wtedy to usłyszała — szarpany oddech, taki, co za długo tkwił na uwięzi. Kubek zatrzymał się tuż przy jej ustach. — Ty chyba też. To dobrze.... — Powoli odstawiła herbatę z powrotem na blat. — Dobrze, że jesteś. — Palce jeszcze przez moment spoczywały na chłodnej ceramice, jakby potrzebowały punktu zaczepienia. Potem cofnęła dłoń. — Chcesz mi powiedzieć, co się dzieje?
Nie poprawiła pozycji. Nie próbowała się rozproszyć czymś drobnym, mechanicznym. Nie sięgnęła już po yerbę. Została dokładnie tam, gdzie była — tylko bardziej obecna niż wcześniej, jakby coś w tej jednej chwili przesunęło ją o krok bliżej tego, kim próbowała się stać. Na dole ktoś znów coś powiedział, muzyka wróciła na chwilę głośniej, szkło zabrzęczało o blat, ale Misty już tego nie słuchała. Czekała.


☎️Enda Rosberg ☎️

wrap yourself in petals for armor

: czw paź 15, 2026 1:42 pm
autor: Eiv Merritt

Obrazek
a little courage. a little hope. a lot left unsaid

Ściany w apartamencie przy 15 Gristmill Lane miały uszy.
Słyszały odgłos kluczy rzucanych na komodę, szuflady otwieranej w poszukiwaniu szminki i łyżeczki stukającej o brzeg kubka, kiedy mieszała cukier w porannej kawie. Słyszały też, jak czasem włączała telewizor tylko po to, by muzyka wypełniła pomieszczenie czymś, co nie było jej własnymi myślami. Apartament miał wszystko, czego potrzebowała, żeby poczuć się jak w domu. Był przytulny, a jednak nawet tutaj nie zawsze wiedziała, czy może pozwolić sobie na odrobinę ciszy.

To nie była myśl, która pojawiła się nagle. Była raczej jak powracające natręctwo. Czasami pojawiała się, gdy przebywała w klubie, patrząc na tych wszystkich ludzi i mając wrażenie, że tak naprawdę wcale jej tam nie ma. Najczęściej jednak myślała o tym, kiedy zostawała sama. Próbując zasnąć albo biorąc prysznic. Bo w takich błahych sytuacjach jej myśli krzyczały najgłośniej.
Pieprzone p o m o c y.
Starała się zajmować je czymś innym, bardziej… przyziemnym? Jaką sukienkę dzisiaj wybrać, która pomadka będzie pasować do niej najlepiej, szpilki czarne czy bordowe? Problem polegał na tym, że takie pierdolenie nie było w stylu Eiv. Większość dziewczyn z klubu nie rozumiała jej fascynacji najnowszą książką, refleksyjnym filmem czy odkrytą po drodze do domu knajpką. Większość klientów z kolei miała kompletnie gdzieś, o czym faktycznie mówiła. O ile sprawdzała się w swojej roli.
Starała się więc robić to tak dobrze, by nikt nie potrafił odgadnąć, co znowu chodziło jej po głowie.
U c i e c z k a.

Nie pamiętała, ile razy w ciągu ostatnich kilku dni próbowała wybrać ten sam numer. Za każdym razem trzymała się identycznego schematu działania. Raz, odpowiednia pora. Dwa, odpowiednie miejsce. Trzy… odpowiednie nastawienie. Każda próba połączenia kończyła się tak samo – momentalnie naciskała czerwony przycisk.
Tamten wieczór był jakiś inny. Serce biło szybciej, myśli krążyły wyłącznie wokół tego jednego tematu. Wszystko sprzyjało temu, by spróbować jeszcze raz.
Nastawiła wodę na herbatę, wyciągnęła z komody świeżą piżamę i jakby nigdy nic złapała za telefon. W drodze do łazienki włączyła na głos pierwszy lepszy kawałek ze Spotify. Gdyby ktoś słuchał… albo, co gorsza, widział.
Trzęsącymi się dłońmi zamknęła za sobą drzwi, momentalnie kładąc komórkę na umywalce. To musi być szybka akcja, tak sobie powtarzała, zdejmując ubrania. Musi być wiarygodnie, bo co, jeśli ktoś przyjedzie? Była przewrażliwiona albo aż tak bardzo świadoma tego, co by się stało, gdyby ktoś nie tylko słuchał i nie tylko widział, ale ją nakrył. Wyobrażanie sobie własnej śmierci było u niej na porządku dziennym.
Przerzuciła ręcznik przez ramę prysznica, weszła do niego, włączyła wodę. Dopiero kiedy zmoczyła włosy oraz ciało, zakręciła wodę, pospiesznie wytarła dłonie i wychyliła się, żeby zgarnąć telefon. Szklane drzwiczki klapnęły, usiadła w brodziku, wybrała numer 988.
„Linia wsparcia, słucham”.
Zakryła usta dłonią.
Cisza się przedłużała, a ona nie potrafiła wydobyć z siebie nawet jednego słowa. To oczywiste p o m o c y ugrzęzło w gardle. Panika zaczynała wygrywać.
„Jestem tu”.
Głos po drugiej stronie był spokojny i miękki. Nie wiedziała, czego się po nim spodziewała, ale im dłużej zwlekała z odpowiedzią, tym trudniej było się rozłączyć. Odsunęła dłoń, wypuszczając przez usta nierówny oddech.
Powie coś… lub zwymiotuje.
„Dobrze, że jesteś”.
Kiedy ostatnio słyszała coś tak banalnego, tak potrzebnego?
Wtedy zdała sobie sprawę z tego, że cisza trwała zdecydowanie za długo. Sięgnęła po słuchawkę prysznicową i położyła ją w kabinie. Ponownie włączyła strumień.
„Chcesz mi powiedzieć, co się dzieje?”.
Minęło kolejnych kilkanaście sekund, zanim odpowiedź sama wyrwała się z jej gardła:
— Chyba nie mogę…
Odpowiedź tak cicha, że ledwo sama usłyszała ją przez szum wody.
Zaczęła myśleć, jak długo już tam siedziała. Ile czasu jej zostało? Kiedy powinna wyjść, żeby nie wzbudzić podejrzeń?
Była przerażona, a jednocześnie poczuła ulgę, kiedy odważyła się powiedzieć cokolwiek.
— Nie wiem, od czego zacząć, ja… nie mogę — dodała po chwili, odrobinę głośniej, lecz wciąż niepewnie.
Nie mogła powiedzieć niczego, doskonale o tym wiedziała. A chciała wyznać tak wiele.

Misty Sloane 🥺

wrap yourself in petals for armor

: czw paź 15, 2026 11:36 pm
autor: Misty Sloane
Misty przesunęła kciukiem po chłodnej powierzchni kubka. Yerba zdążyła już stracić resztki lodu, a za otwartym oknem wieczór w Salvadorze nie zamierzał zwalniać ani na moment. Ktoś na dole śmiał się tak głośno, że przez krótką chwilę dźwięk przebił się nawet przez słuchawki. Misty odruchowo spojrzała w stronę okna, po czym znów skupiła się na rozmowie. Tamten świat mógł poczekać.
Nie odpowiedziała od razu. Nie dlatego, że nie wiedziała, co powiedzieć, ale dlatego, że nie chciała, by pierwsze słowa, które usłyszy rozmówczyni, zabrzmiały jak kolejna próba wyciągnięcia z niej czegoś, na co nie była gotowa. Znała tę ciszę. Nie była jeszcze odmową, choć łatwo można było ją za taką uznać. Czasem stanowiła jedyną rzecz, na jaką człowiek potrafił się zdobyć, kiedy samo nazwanie problemu wydawało się zbyt ryzykowne.
— W porządku — odezwała się w końcu spokojnie. — Nie musisz. — Nie dodała od razu niczego więcej. Pozwoliła tym słowom wybrzmieć, zamiast pospiesznie wypełniać nimi przestrzeń. Nie chciała, by rozmówczyni pomyślała, że skoro już się odezwała, teraz musi spełnić jakieś oczekiwania. Nie było żadnego egzaminu, żadnej właściwej odpowiedzi, żadnej historii, którą należało opowiedzieć od początku do końca, żeby zasłużyć na to, by ktoś jej wysłuchał. — Nie musisz wiedzieć, od czego zacząć. Ani nawet tego, jak to wszystko powiedzieć. — Oparła przedramię o blat, pochylając się nieco w stronę laptopa, choć przecież dzieliły je od siebie setki kilometrów i nie mogła w ten sposób skrócić dystansu. — Możemy zacząć od czegokolwiek. Od tego, co wydarzyło się dzisiaj, od czegoś, co siedzi ci w głowie od tygodni, albo od tego, co sprawiło, że akurat teraz wybrałaś ten numer. — Na moment zawiesiła głos. Ostatnie pytanie mogło zabrzmieć jak prośba o wyjaśnienie, a nie chciała, by rozmówczyni poczuła się zobowiązana do usprawiedliwiania samego faktu, że zadzwoniła. — A jeśli na razie nie chcesz o tym mówić, to też w porządku. Możemy przez chwilę po prostu pobyć na linii.
Misty sięgnęła po słuchawki, poprawiając je na uszach. Wcześniej cisza po drugiej stronie wydawała jej się kolejnym niepowodzeniem, jedną z tych rozmów, które kończyły się, zanim zdążyła komukolwiek pomóc. Teraz próbowała nie myśleć o tym w ten sposób. Nie każda cisza oznaczała, że robi coś źle. Nie każde milczenie należało natychmiast przerwać.
— Powiedziałaś, że nie możesz. — Jej głos pozostał łagodny, pozbawiony nacisku. — Nie będę cię namawiać, żebyś mówiła mi coś, czego nie możesz powiedzieć. Ale chciałabym zrozumieć, co masz na myśli. Czy chodzi o to, że trudno ci znaleźć słowa, czy raczej o to, że boisz się, co by się stało, gdybyś je wypowiedziała?
Nie wiedziała, czy trafiła w sedno. Nie musiała. To nie była zagadka do rozwiązania ani problem, który dało się rozłożyć na części i naprawić według instrukcji. Mogła jedynie zaproponować dwie możliwości i zostawić rozmówczyni miejsce na własną odpowiedź — również taką, która nie pasowałaby do żadnej z nich.
Za oknem znów rozległa się muzyka, tym razem wyraźniejsza, z rytmem niosącym się przez otwarte okna sąsiednich mieszkań. Misty nawet nie drgnęła. Całą uwagę poświęcała teraz temu, co mogło nadejść z drugiej strony połączenia.
— Nie musisz mi ufać od razu — dodała po chwili. — Nie musisz też udowadniać, że to, co przeżywasz, jest wystarczająco poważne, żeby o tym rozmawiać. Skoro zadzwoniłaś, to znaczy, że jakaś część ciebie chciała, żeby ktoś odebrał. — Przełknęła ślinę, uświadamiając sobie, że ostatnie zdanie zabrzmiało bardziej osobiście, niż zamierzała. Nie cofnęła go jednak. Czasem wyuczone formułki pomagały utrzymać rozmowę na bezpiecznym torze, ale nie chciała, by jej głos stał się kolejnym bezosobowym komunikatem, który rozmówczyni mogłaby odrzucić jednym ruchem palca. — I odebrałam — zakończyła cicho. — Jestem tutaj. Możesz zacząć od jednego słowa, jeśli tylko na tyle masz teraz siłę. Albo możemy jeszcze chwilę pomilczeć. Nie musimy się spieszyć.

📞 Eiv Merritt 📞

wrap yourself in petals for armor

: śr paź 28, 2026 10:51 pm
autor: Eiv Merritt
Miała wrażenie, że z każdym kolejnym zdaniem wypowiadanym przez dyspozytorkę jej ciało coraz bardziej odmawiało posłuszeństwa. Zaczęła się zastanawiać, czy w ogóle da radę wydobyć z siebie cokolwiek więcej.
Zanim zdecydowała się zadzwonić, miała w głowie przygotowany scenariusz. Konkretny do bólu. Wręcz mechaniczny. Tymczasem kobieta po drugiej stronie brzmiała tak, jakby naprawdę interesowało ją to, co się z nią działo.
Eiv słuchała. Każde słowo docierało do niej ze zdwojoną siłą.
„Czy chodzi o to, że trudno ci znaleźć słowa, czy raczej o to, że boisz się, co by się stało, gdybyś je wypowiedziała?”.
To drugie.
Oczywiście, że to drugie.
Nie miała najmniejszego problemu ze znajdowaniem odpowiednich słów. Potrafiła godzinami rozmawiać z ludźmi, których ledwo tolerowała, śmiać się z żartów, które wcale jej nie bawiły, i udawać zainteresowanie historiami, których nigdy nie chciała słuchać. W końcu na tym w dużej mierze polegała jej praca. Wiedziała, kiedy się uśmiechnąć, kiedy przytaknąć, a kiedy najlepiej zamknąć usta i pozwolić mówić komuś innemu.
Była posłuszną sarenką.
Tyle że tym razem nikt tego od niej nie wymagał.
Nie musiała być czarująca, zabawna ani nawet szczególnie rozmowna. Kobieta po drugiej stronie słuchawki nie znała jej nazwiska, nie wiedziała, jak wygląda ani czym zajmuje się na co dzień. Nie miała wobec niej żadnych oczekiwań. Przynajmniej Eiv chciała w to wierzyć.
I paradoksalnie chyba właśnie to było najtrudniejsze do zaakceptowania.

„Nie musisz mi ufać od razu”.
Przełknęła ślinę, próbując powstrzymać płacz, który rozpaczliwie się w niej zbierał.
Tak długo starała się być s i l n a, że teraz nawet najmniejsza oznaka słabości wydawała jej się powodem do wstydu. Przecież nie została porwana, prawda? Przecież mogła się zorientować już lata temu, że coś jest nie tak. Przecież nie była głupia.
— Nie mam dużo czasu — odezwała się w końcu, odrobinę zbyt pospiesznie. Zaraz jednak zamilkła, jakby sama przestraszyła się własnych słów.
Czuła, że każde pochopnie wypowiedziane słowo może ją zdradzić. Panicznie się tego bała.
Więc po co zadzwoniłaś? No po co?
— Ja po prostu… — zaczęła ponownie, ale urwała, zaciskając usta.
Kurwa.
Miała ochotę się rozłączyć.
Wystarczył jeden ruch palcem, żeby zakończyć tę rozmowę i wrócić do wszystkiego, co jeszcze kilkanaście minut temu uchodziło za normalne. Mogła udawać, że nic się nie wydarzyło.
I co potem?
Zadzwoni następnego dnia, za tydzień, za miesiąc?
— Przepraszam — wymamrotała, chociaż właściwie nie wiedziała, za co przeprasza. Za milczenie czy za zmarnowany czas? — Ja chyba…
Zerknęła w stronę drzwi, przez moment nasłuchując. Poza szumem wody nie słyszała niczego niepokojącego. Wszystko było dokładnie tak, jak powinno.
Wszystko oprócz tego, co próbowała z siebie wydusić.
Odetchnęła płytko.
Ja chyba… No dalej!
Czas uciekał.
— Chyba jestem głodna i — zaczęła po chwili zawahania — chciałabym zamówić coś do jedzenia.

Pojebało cię, pomyślała.
Mówiła jak potłuczona, a jednak doskonale wiedziała, co chciała przekazać. Chwyciła się pierwszego pomysłu, jaki przyszedł jej do głowy. Przypomniała sobie filmik obejrzany gdzieś w internecie, wieki temu. Dziewczyna dzwoniąca na numer alarmowy, która zamawia pizzę. W rzeczywistości prosząca o pomoc.
Zaraz jednak oprzytomniała.
Idiotko, przecież to zbyt oczywiste.
— To znaczy… kurwa… po prostu za dużo wypiłam.
Nie wypiła tamtego wieczoru żadnego alkoholu.

Misty 🍕