Theatre is a mirror, a sharp reflection of society
: wt maja 19, 2026 10:23 am
004.
I've come this far but even so
It could be his, it could be mine
Nic jej nie cieszyło. Miasto mogło drżeć od świateł, mogły rozkwitać witryny pełne przesadnego luksusu i twarzy napiętych od sztucznego zachwytu, a mimo to wszystko wydawało się wyprane z sensu — mdłe, papierowe, niezdolne rozniecić w niej nawet iskry dawnego uniesienia. Krew płynęła w żyłach ciężko, leniwie, niczym atrament pozostawiony na mrozie; nie wrzała już na myśl o premierze, nie pulsowała w rytmie teatralnych prób ani nie wspinała się pod skórę przy wyobrażeniu scenicznego triumfu. Wizja wystawienia Phèdre uleciała z niej bezlitośnie, jak uchodzące powietrze z rozdartego płuca — cicho, lecz śmiertelnie skutecznie.
Okazywała tę żałobę subtelnościami, które inni mogli wziąć za wyrafinowanie. Zrezygnowała z kolorów, jakby sama barwa stała się czymś niestosownym wobec jej rozczarowania. Otulała się czernią: krótka marynarka o ostrych liniach opinała ramiona niczym fragment zbroi, matowy materiał tłumił światło, a jedynym odstępstwem od tej ascetycznej surowości pozostawał srebrny lampas wszyty niegdyś wzdłuż rękawów — chłodny błysk przypominający cięcie skalpela. Nawet jej twarz zdawała się bledsza, bardziej wychudzona z emocji, jakby frustracja potrafiła odbierać człowiekowi pigment równie skutecznie jak choroba. Jedynie latte na owsianym mleku, przesłodzone trzcinowym cukrem, przynosiło chwilowe ukojenie. Trzymała kubek długo, pozwalając, by ciepło przenikało do zdrętwiałych dłoni. Smak był przesadny, niemal dziecinny, lecz właśnie dlatego potrzebny — odrobina słodyczy przeciwstawiona zgorzknieniu, które zalegało jej pod językiem od nużących dni. Uśmierzało boleść. Tragiczną boleść kobiety, która pragnęła stworzyć coś wielkiego, lecz została zdradzona przez najokrutniejszy z braków: brak odpowiedniej twarzy.
Nie mogła znaleźć Fedry.
Och, znajdowała aktorki — dziesiątki, może setki. Kobiety piękne, wyuczone, ambitne, dysponujące głosem jak aksamit lub stal, poruszające się z wdziękiem wyćwiczonym przez lata scenicznej tresury. Ale żadna nie posiadała tej skazy. Tego koniecznego pęknięcia w psychice, tej tłumionej pazerności uczuć, która czyniła Fedrę nie bohaterką, lecz katastrofą odzianą w ludzką skórę. Szukała kobiety świadomej własnej niemoralności — nie niewinnej ofiary namiętności, lecz istoty, która rozumie ciężar swego pożądania i mimo to pozwala mu rosnąć, karmiąc je jak wygłodniałe zwierzę pod żebrami. To właśnie było problemem współczesnych kobiet — myślała czasem z okrutnym, niesprawiedliwym cynizmem. Bały się brzydoty własnych pragnień. Chciały grać cierpienie, lecz nie chciały się nim ubrudzić. Ich emocje były estetyczne, wygładzone, sterylne jak sale operacyjne. A Fedra nie mogła być sterylna. Fedra powinna cuchnąć obsesją, powinna dławić się własnym wstydem i jednocześnie pożądać go jak trucizny.
Okropność i pazerność, doprawdy.
— Brak szaleństwa w oczach... — mruknęła pod nosem, przesuwając paznokciem po wieczku kubka, aż cienki plastik wydał drażniący trzask. Miała ochotę nienawidzić wszystkich — aktorek, producentów, teatru, samej Racine’owskiej tragedii, która uczepiła się jej umysłu niczym pasożyt. A najbardziej chyba siebie samej, bo w głębi duszy wiedziała już jedno: nie szukała aktorki. Szukała kobiety zdolnej odsłonić przed nią własne zepsucie bez cienia wstydu. I być może właśnie dlatego żadna nie była wystarczająca. — Dopisz w notatce, że musi popracować nad większym zaufaniem do własnego ciała — wskazała na ostatnie już nazwisko na liście, gdzie jej asystentka wykreślała kolejno to spóźnialskich, oraz niezbyt dopasowanych ludków do najbliższych angaży. Kilku osobiście nawet sama zaprosiła, dłubiąc w świecie social mediów pośród tych mniej lub bardziej wyedukowanych w kwalifikacje. Chciała odkryć nowe diamenty!
Jolene Collet