Niektórzy krążyli po świecie pośród splątanych ścieżek, unoszeni na skrzydłach niejasnych decyzji i wiecznie miotani przez kapryśny podmuch życia z krańca na kraniec. W nieładzie ustalonych przez przypadek trajektorii gubili siebie. Gubili również cel i echo dziecięcej obietnicy, która dla każdego na pewnym etapie dorastania zaczynała się podobnie:
„Kiedy dorosnę, będę...”
„Marzę o tym, by...”
Dwa lata, trzy, pięć... tyle niekiedy czasu tracili, zanim docierało do nich, jak bardzo odbiegli od swoich wcześniejszych pragnień. W obliczu dorosłości ludzie zapominali o własnych potrzebach, zamiast tego spełniając cudze oczekiwania.
Nie ona.
Jeszcze do niedawna przekonana była o tym, że jako kobieta i aktorka pozostaje poza jurysdykcją życiowej dyktatury. W mięsistość młodych płuc wciągała rześkość i systematyczność nabieranego powietrza, a każdy odważnie wezbrany w niej haust oddechu zdawał się zaciągać z przestrzeni również pewność siebie i szyk. Nie podążała za tłumem, rościła sobie prawo do wyznaczenia własnej drogi, wydeptanej tylko dla niej. Nigdy przy tym nie pozostawała w tyle.
Gnana przez klaps ambicji, z łatwością odnajdowała się w pracy modelki, a potem aktorki, a także w szybkościach tegoż debiutu pruła naprzód. Pod batutą cudzych ocen życie nie mogło smakować gorzej, niż w cieniu własnego domostwa. Była tego przekonana.
Dałaby sobie za to rękę uciąć...
i dziś by ją straciła.
Po nieszczęsnym skandalu z nią i jej eks mężem w roli głównej – pod ostrzałem cudzych, harpich spojrzeń i przy niejasnym statusie własnej reputacji – właśnie docierała do ślepego zaułku, w którym to nie było miejsca na swobodne decyzje. Odkąd świat mediów spisał ją na straty, pozostał jej jedynie skrawek przestrzeni na budowanie czegokolwiek od nowa. Była to rzeczywistość zawężona do nieprzyzwoicie ciasnej szczeliny, w którą mogła próbować się wcisnąć – z nadzieją, że po drugiej stronie czeka ją inna droga i stabilniejszy grunt, który nie osunie się jej spod stóp – albo przed którą mogła po prostu stanąć i bezsilnie patrzeć, jak życie ucieka jej między palcami.
Nie należała do osób, które łatwo się poddają. Dlatego, gdy asystentka castingów kilkukrotnie odmówiła jej przesłuchań z racji jej zbyt małego doświadczenia, Jolene stanęła na głowie, by dowiedzieć się, gdzie ów castingi się odbywają.
Nie była zaproszona. Była jednak zdeterminowana do tego, by o ów zaproszenie zawalczyć. Siedząc na jednym z plastikowych krzesełek na zapleczu teatru, w coraz to bardziej opustoszałym rzędzie, obserwowała cierpliwie, jak kobiety, jedna za drugą, znikają za grubą kotarą sceny i gdy ostatnia z głów wychyliła się ze smutkiem zza zasłony, sugerując mętny koniec przesłuchania, wstała, sprawnym, szybkim ruchem wygładzając nierówny materiał tweedowej spódniczki.
Delikatne ciepło rozeszło się po jej zesztywniałych dotąd mięśniach, gdy
nareszcie, doczekując się swojej niezapowiedzianej kolejki, ruszyła w kierunku wejścia na scenę. Odrzuciła przy tym włosy na prawe ramię, pozwalając, by ciemna kaskada opadła gęsto na drogi żakiet w kreacji
haute couture, tworząc wyraźny kontrast pomiędzy naturą jej francuskiej urody, a sztuczną jasnością lekko chropowatego, ale wciąż przyjemnego w dotyku materiału.
...musi popracować nad większym zaufaniem do własnego ciała.
Urywek słów dotarł jej uszu, gdy uśmiechnęła się dyskretnie, świadoma tego, że przynajmniej na tym polu niczym nie musi się martwić. Ufała sobie, swojemu ciału. Ufała wizerunkowi, jaki przez lata budowała. Nie ufała tylko temu, czy dostanie szansę, by wykazać się na tej i na innych płaszczyznach.
—
Jolene Colett... — przedstawiła się na wstępie, zanim ktokolwiek z zebranych zdążył ją wyprosić —
Nie znajdziecie mnie na liście, ale chciałabym przedstawić swoją interpretację Fedry.
Trzy pary kobiecych stóp stały właśnie na deskach teatru, a pod nimi wolno przesuwał się cień znaczących zmian. Jedna, niezapowiedziana zmiana miała swoje imię – Jolene – uobecnione w słowach, jak i w wyprostowanej
desperacko dumnie sylwetce.
Oddzielona ledwie krawędzią sceny od postaci reżyserki i jej asystentki, patrzyła w ich kierunku z ostrzem wdechu, wetkniętym w krtań, jako jedyny słuszny objaw masochizmu.
—
Jeśli mogę? — naparła językiem na głoski, nie odpuszczając, pomimo panującego jak dotąd milczenia ze strony zebranych.
Francesca de Villiers