Nemo sapiens, nisi patiens
: czw maja 21, 2026 9:37 am
Prawdopodobnie powinna była już przyjąć do wiadomości, że dorośli ludzie nie spędzają całych dni w recepcji komisariatu, czekając na rozmowę z osobą, która wyraźnie nie zamierzała ich przyjąć. Była to obserwacja mieszcząca się w granicach podstawowego rozsądku; tego samego, którego najwyraźniej nie miała obecnie w nadmiarze. Nie należało jej jednak winić przesadnie. A przynajmniej ona sama próbowała tego nie robić, bo od kilku dni funkcjonowała w stanie, którego nie potrafiłaby nazwać normalnym. Dla niej czas nie układał się już w poranki, popołudnia i wieczory, tylko rozpadał na krótkie i mgliste fragmenty wspomnien. Telefon z policji, telefon z zakładu pogrzebowego, wiadomość z uczelni, pytanie o datę ceremonii – tę odwlekała absurdalnie, kwiaty, zdjęcie do nekrologu.
Nie docierało do niej, nie tak, jak najwyraźniej powinno, skoro wszyscy wokół zaczęli mówić o jej rodzicach w czasie przeszłym. Byli wybitni, byli szanowani, byli ważni dla środowiska, byli dobrymi ludźmi. Byli, byli, b y l i.
Wypadek. Za pierwszym razem chyba nawet nie zareagowała; stała z paskiem torby zaciśniętym w palcach i słuchała spokojnego głosu, który tłumaczył jej przebieg zdarzeń w sposób pozornie cierpliwy, a w rzeczywistości zakończony jeszcze zanim zdążyła zadać pierwsze pytanie. Trudne warunki, prawdopodobna utrata kontroli. Brak śladów udziału osób trzecich, brak podstaw do traktowania sprawy jako podejrzanej. Brak, brak, b r a k.
Próbowała pytać. Początkowo nawet grzecznie, co z perspektywy czasu wydawało jej się już teraz żałosne. Pytała, czy sprawdzono ostatnie kontakty rodziców, czy rozmawiano z ludźmi z projektu, czy zabezpieczono dokumentację, czy ktoś widział notes terenowy matki – ten z którym, jak wiedziała, absolutnie nigdy się nie rozstawała – brała go nawet do głupiego KFC, kiedy wspólnie wyskakiwały po kurczaki. Odpowiedzi były, no oczywiście, że były. Te takie formułki, które dosłownie kopiowano i wklejano do rozmowy; takie same jakie słyszano w serialach, a teraz ona słyszała w swoim własnym życiu. Rozumiemy pani obawy; na tym etapie nie możemy udzielić więcej informacji; to naturalne, że szuka pani wyjaśnień.
Bla, bla, b l a.
A mimo to wracała do TPS. Miała torbę z dokumentami, kilka wydrukowanych maili, zdjęcie rodziców z ostatniego wyjazdu i przekonanie, że jeśli teraz pozwoli im wpisać tę śmierć w rubrykę ‘nieszczęśliwych wypadków’, to później już nikt nie wróci do tego naprawdę. A ona miała przeczucie – i według siebie też mocne podstawy – by sądzić, że to nie był wypadek.
Tego dnia przyszła rano, chociaż rozsądniej byłoby zostać w domu i zająć się pogrzebem. Tego samego, który odsuwała już dłużej, niż to było normalne. O ile w ogóle można mówić o ‘normalności’, kiedy przychodzi co do chowania własnych rodziców. Urny czekały. Urny… Nie rodzice a urny.
Powinna też zjeść coś, co nie było kawą udającą posiłek. Wybrała jednak komisariat, tak samo jak od kilku poprzednich dni.
Recepcjonistka rozpoznała ją niemal od razu. Maelle zauważyła to po niewielkiej zmianie w jej twarzy; tylko że nie było tam niechęci, nie przerwóciła też oczami na jej widok. Raczej pewnie zmęczenie, bo wiedziała już, że za chwilę będzie musiała odmówić komuś, kto przyjmie tę źle. Usłyszała więc, jak parę razy wcześniej że detektyw nie może się z nią spotkać, że nie była umówiona, że sprawa nie została zakwalifikowana w sposób uzasadniający rozmowę z wydziałem zabójstw, że może zostawić dokumenty i że ktoś się z nią skontaktuje. I pewnie ktoś oznaczało, że nikt.
Powinna była wyjść. Skinąć głową, podziękować i zachować się jak człowiek, który rozumie zasady funkcjonowania miejsc publicznych. Zamiast tego usiadła na jednym z krzeseł ustawionych pod ścianą. Minęła godzina, potem kolejna. Rano zmieniło się w południe, południe w to, co po nim, aż dotarli do pory wieczornej.
Być może ktoś powinien ją stamtąd wyprosić. I być może właśnie na to czekała. Nie była pewna. Wiedziała tylko, że jeśli wstanie i wyjdzie, zostanie z tym samym zdaniem, które od kilku dni tłukło się w niej z uporem zupełnie odpornym na policyjne komunikaty. Bo wierzyła, że to n i e był wypadek.
Aaron Blackwood
Nie docierało do niej, nie tak, jak najwyraźniej powinno, skoro wszyscy wokół zaczęli mówić o jej rodzicach w czasie przeszłym. Byli wybitni, byli szanowani, byli ważni dla środowiska, byli dobrymi ludźmi. Byli, byli, b y l i.
Wypadek. Za pierwszym razem chyba nawet nie zareagowała; stała z paskiem torby zaciśniętym w palcach i słuchała spokojnego głosu, który tłumaczył jej przebieg zdarzeń w sposób pozornie cierpliwy, a w rzeczywistości zakończony jeszcze zanim zdążyła zadać pierwsze pytanie. Trudne warunki, prawdopodobna utrata kontroli. Brak śladów udziału osób trzecich, brak podstaw do traktowania sprawy jako podejrzanej. Brak, brak, b r a k.
Próbowała pytać. Początkowo nawet grzecznie, co z perspektywy czasu wydawało jej się już teraz żałosne. Pytała, czy sprawdzono ostatnie kontakty rodziców, czy rozmawiano z ludźmi z projektu, czy zabezpieczono dokumentację, czy ktoś widział notes terenowy matki – ten z którym, jak wiedziała, absolutnie nigdy się nie rozstawała – brała go nawet do głupiego KFC, kiedy wspólnie wyskakiwały po kurczaki. Odpowiedzi były, no oczywiście, że były. Te takie formułki, które dosłownie kopiowano i wklejano do rozmowy; takie same jakie słyszano w serialach, a teraz ona słyszała w swoim własnym życiu. Rozumiemy pani obawy; na tym etapie nie możemy udzielić więcej informacji; to naturalne, że szuka pani wyjaśnień.
Bla, bla, b l a.
A mimo to wracała do TPS. Miała torbę z dokumentami, kilka wydrukowanych maili, zdjęcie rodziców z ostatniego wyjazdu i przekonanie, że jeśli teraz pozwoli im wpisać tę śmierć w rubrykę ‘nieszczęśliwych wypadków’, to później już nikt nie wróci do tego naprawdę. A ona miała przeczucie – i według siebie też mocne podstawy – by sądzić, że to nie był wypadek.
Tego dnia przyszła rano, chociaż rozsądniej byłoby zostać w domu i zająć się pogrzebem. Tego samego, który odsuwała już dłużej, niż to było normalne. O ile w ogóle można mówić o ‘normalności’, kiedy przychodzi co do chowania własnych rodziców. Urny czekały. Urny… Nie rodzice a urny.
Powinna też zjeść coś, co nie było kawą udającą posiłek. Wybrała jednak komisariat, tak samo jak od kilku poprzednich dni.
Recepcjonistka rozpoznała ją niemal od razu. Maelle zauważyła to po niewielkiej zmianie w jej twarzy; tylko że nie było tam niechęci, nie przerwóciła też oczami na jej widok. Raczej pewnie zmęczenie, bo wiedziała już, że za chwilę będzie musiała odmówić komuś, kto przyjmie tę źle. Usłyszała więc, jak parę razy wcześniej że detektyw nie może się z nią spotkać, że nie była umówiona, że sprawa nie została zakwalifikowana w sposób uzasadniający rozmowę z wydziałem zabójstw, że może zostawić dokumenty i że ktoś się z nią skontaktuje. I pewnie ktoś oznaczało, że nikt.
Powinna była wyjść. Skinąć głową, podziękować i zachować się jak człowiek, który rozumie zasady funkcjonowania miejsc publicznych. Zamiast tego usiadła na jednym z krzeseł ustawionych pod ścianą. Minęła godzina, potem kolejna. Rano zmieniło się w południe, południe w to, co po nim, aż dotarli do pory wieczornej.
Być może ktoś powinien ją stamtąd wyprosić. I być może właśnie na to czekała. Nie była pewna. Wiedziała tylko, że jeśli wstanie i wyjdzie, zostanie z tym samym zdaniem, które od kilku dni tłukło się w niej z uporem zupełnie odpornym na policyjne komunikaty. Bo wierzyła, że to n i e był wypadek.
Aaron Blackwood