-
Don't concern themselves with the opinions of lambs
nieobecnośćniewątki 18+takzaimkizaimkityp narracjitrzecioosobowa, ograniczonaczas narracjiprzeszłypostaćautor
Nie docierało do niej, nie tak, jak najwyraźniej powinno, skoro wszyscy wokół zaczęli mówić o jej rodzicach w czasie przeszłym. Byli wybitni, byli szanowani, byli ważni dla środowiska, byli dobrymi ludźmi. Byli, byli, b y l i.
Wypadek. Za pierwszym razem chyba nawet nie zareagowała; stała z paskiem torby zaciśniętym w palcach i słuchała spokojnego głosu, który tłumaczył jej przebieg zdarzeń w sposób pozornie cierpliwy, a w rzeczywistości zakończony jeszcze zanim zdążyła zadać pierwsze pytanie. Trudne warunki, prawdopodobna utrata kontroli. Brak śladów udziału osób trzecich, brak podstaw do traktowania sprawy jako podejrzanej. Brak, brak, b r a k.
Próbowała pytać. Początkowo nawet grzecznie, co z perspektywy czasu wydawało jej się już teraz żałosne. Pytała, czy sprawdzono ostatnie kontakty rodziców, czy rozmawiano z ludźmi z projektu, czy zabezpieczono dokumentację, czy ktoś widział notes terenowy matki – ten z którym, jak wiedziała, absolutnie nigdy się nie rozstawała – brała go nawet do głupiego KFC, kiedy wspólnie wyskakiwały po kurczaki. Odpowiedzi były, no oczywiście, że były. Te takie formułki, które dosłownie kopiowano i wklejano do rozmowy; takie same jakie słyszano w serialach, a teraz ona słyszała w swoim własnym życiu. Rozumiemy pani obawy; na tym etapie nie możemy udzielić więcej informacji; to naturalne, że szuka pani wyjaśnień.
Bla, bla, b l a.
A mimo to wracała do TPS. Miała torbę z dokumentami, kilka wydrukowanych maili, zdjęcie rodziców z ostatniego wyjazdu i przekonanie, że jeśli teraz pozwoli im wpisać tę śmierć w rubrykę ‘nieszczęśliwych wypadków’, to później już nikt nie wróci do tego naprawdę. A ona miała przeczucie – i według siebie też mocne podstawy – by sądzić, że to nie był wypadek.
Tego dnia przyszła rano, chociaż rozsądniej byłoby zostać w domu i zająć się pogrzebem. Tego samego, który odsuwała już dłużej, niż to było normalne. O ile w ogóle można mówić o ‘normalności’, kiedy przychodzi co do chowania własnych rodziców. Urny czekały. Urny… Nie rodzice a urny.
Powinna też zjeść coś, co nie było kawą udającą posiłek. Wybrała jednak komisariat, tak samo jak od kilku poprzednich dni.
Recepcjonistka rozpoznała ją niemal od razu. Maelle zauważyła to po niewielkiej zmianie w jej twarzy; tylko że nie było tam niechęci, nie przerwóciła też oczami na jej widok. Raczej pewnie zmęczenie, bo wiedziała już, że za chwilę będzie musiała odmówić komuś, kto przyjmie tę źle. Usłyszała więc, jak parę razy wcześniej że detektyw nie może się z nią spotkać, że nie była umówiona, że sprawa nie została zakwalifikowana w sposób uzasadniający rozmowę z wydziałem zabójstw, że może zostawić dokumenty i że ktoś się z nią skontaktuje. I pewnie ktoś oznaczało, że nikt.
Powinna była wyjść. Skinąć głową, podziękować i zachować się jak człowiek, który rozumie zasady funkcjonowania miejsc publicznych. Zamiast tego usiadła na jednym z krzeseł ustawionych pod ścianą. Minęła godzina, potem kolejna. Rano zmieniło się w południe, południe w to, co po nim, aż dotarli do pory wieczornej.
Być może ktoś powinien ją stamtąd wyprosić. I być może właśnie na to czekała. Nie była pewna. Wiedziała tylko, że jeśli wstanie i wyjdzie, zostanie z tym samym zdaniem, które od kilku dni tłukło się w niej z uporem zupełnie odpornym na policyjne komunikaty. Bo wierzyła, że to n i e był wypadek.
Aaron Blackwood
-
a Canadian is somebody who knows how to make love in a canoe
nieobecnośćniewątki 18+takzaimkizaimkityp narracjinarracja trzecioosobowaczas narracjiczas przeszłypostaćautor
Był to fakt niezaprzeczalny i niemal oczywisty dla osoby, która żywiła się kofeiną.
Odnosił wrażenie, że jeśli tylko nie wleje w siebie odpowiedniej ilości zbawiennego płynu, nie był w stanie funkcjonować na pełnych obrotach, które w jego pracy były bardziej, niż pożądane. Musiał być skupiony, zawsze czujny i gotowy do wezwania lub chociażby przesłuchania.
Tych miał ostatnimi czasy sporo. Wielu świadków, wielu podejrzanych, ale żadnych konkretów, co jedynie wzmagało obawę Aarona o przedwczesne osiwienie. Jak tak dalej pójdzie zacznie przypominać swojego najstarszego brata, który już mógł się pochwalić kilkoma białymi pasemkami.
Kto by przypuszczał, że praca w wydziale zabójstwo dostarczy mu tak wielu atrakcji i sprawi, że nie tylko ciało, ale i mózg policjanta będzie w gotowości. Niemal słyszał jak jego szare komórki pracują, starając się połączyć ze sobą chaotyczne elementy układanek.
To wymagało sporej energii, a nic nie mogło jej dostarczyć w takiej ilości, jak dobra kawa.
-Tobie też wziąć, Barne? - rzucił do kolegi znajdującego się najbliżej. Podobnie jak Aaron, lubił czasem zapomnieć się podczas picia kawy. Może dzięki temu dobrze się dogadywali, czego nie mógł powiedzieć o swoim partnerze od siedmiu boleści, którego nawet nie raczył zapytać o wspólną przerwę. Wystarczy, że kisili się w samochodzie podczas obserwacji; potrzebował przestrzeni.
Skierował się na dół z zamiarem udania się do kawiarni znajdującej się dwie przecznice dalej. Mieli wspaniałą latte (kawę dla prawdziwych mężczyzn), a do tego te bułeczki cynamonowe wypiekane na miejscu!
Narobił sobie jeszcze większej ochoty i był pewien, że jego kolega po fachu również będzie wniebowzięty. I ta mina Rickiego, kiedy okaże się, że dla niego niestety brakło.
Uśmiechnięty, zjechał na dół, kiwając kilku osobom, które znał.
Jego wyraz twarzy szybko się zmienił, kiedy w recepcji dostrzegł młodą dziewczynę tak dobrze mu znaną z komisariatu. Była tu nieraz zachowując się jak typowa osoba, która nie może uwierzyć, że jej rodzina zginęła w nieszczęśliwym wypadku, doszukując się spisku na skalę krajową. Czasami naprawdę ciężko było przyjąć do wiadomości, że wypadek był tylko wypadkiem.
Wyglądała na zmęczoną, ale Aaron nie mógł jej winić. Wiedział, jak to było stracić kogoś bliskiego; może dlatego też jej współczuł i może właśnie to sprawiło, że postanowił zagadać. Nie miał jej do przekazania niczego ważnego, nie zajmował się tą sprawą, ale wiedział, że jego koledzy już zakwalifikowali sprawę, nie poświęcając jej uwagi.
-Jak długo pani tu siedzi? - spytał. Stawiał, że nie godzinę, czy dwie. - Może potrzebuje pani kawy? - dodał. Lura na komisariacie była tragiczna, ale skoro już się wybierał do kawiarni, mógł szarpnąć się na jeszcze jedną.
Niekiedy drobne zainteresowanie przypadkowych osób pomagało znieść ból i uporać się z pustką po zmarłych, więc liczył, że sprawdzi się i w tym przypadku.
Maelle Lennox