Strona 1 z 1

Are you the definition of insanity? Or am I?

: sob maja 23, 2026 7:47 pm
autor: montgomery morin

So go ahead and break my heart again
Leave me wondering why the hell I ever let you in
Are you the definition of insanity?
Or am I?
Oh, it must be nice
To love someone who lets you break them twice


Wieczory jak ten zawsze wydawały się Montgomery’emu niedorzecznie teatralne, nie jak rzeczywistość, a raczej scenografia, stworzona przez artystę ewidentnie lubującego się w kiczowatym dramatyzmie.
Sylwetka miasta majaczącego za oknem Morina tonęła w atramentowej ciemności, rozcinanej co i rusz ostrzem błyskawic; szyby drżały lekko, lecz systematycznie, pod naporem deszczu, a świst wiatru z głuchym echem przetaczał się szparami między progami a drzwiami prowadzącymi do kolejnych pomieszczeń domostwa. Burza nadciągnęła po zmroku, choć przez całe popołudnie zbierała się nad Toronto ciężarem późnowiosennej duchoty; Monty powitał ją w salonie, samotnie, ze skrzypcami złożonymi na kolanach w akcie kapitulacji względem własnego bólu.
Romy wyjechała dwa dni wcześniej na konferencję do Vancouver. Zostawiła po sobie zapach perfum w łazience, dwie filiżanki niedopitej herbaty i wiadomość przypiętą magnesem do lodówki, przypominającą mu, żeby nie zapominał o kolacjach (i o spotkaniu z florystkami na wesele, w następny wtorek o osiemnastej). Montgomery odruchowo wmówił sobie, że jej nieobecność nie miała żadnego znaczenia. Że równie dobrze mógłby pojechać do Greektown tydzień temu albo tydzień później. A jednak podświadomie chyba właśnie na to czekał. Na pustkę po lewej stronie łóżka. Na brak pytań przy kuchennej wyspie. Na ciszę, w której nikt nie obserwowałby go zbyt uważnie.

Teraz miał na sobie ciemne materiałowe spodnie i kaszmirowy sweter z kołnierzem wyciętym w ostre V, który jakimś cudem podkreślał surowość jego sylwetki bardziej niż eleganckie koszule lub golfy noszone zwykle na koncertach.
Palce miał zesztywniałe od samego ranka, ale dopiero po lunchu — skąpym, bo złożonym wyłącznie z trzeciej kawy i ledwie połówki pain au chocolat wmuszonej w siebie bardziej z rozsądku niż głodu lub ochoty — także i jego nadgarstki i przedramiona wypełniły się pulsowaniem znajomego, tępego gorąca.
Od tygodni nie jadł ani nie spał normalnie. Budził się po kilka razy w nocy — czasem przez ból, czasem przez sny, a czasem bez żadnego konkretnego powodu, z nagłym poczuciem, jakby zapomniał o czymś istotnym. Jakby powinien być gdzieś indziej, nie tutaj. Jakby ktoś na niego czekał, choć skonfundowany umysł nie potrafił jeszcze połączyć kropek w oczywistą i klarowną odpowiedź. To poczucie wracało do niego także w ciągu dnia, jednocześnie niby przypadkiem, w trakcie najbardziej banalnych czynności, i uporczywie niczym refren piosenki zasłyszanej mimochodem w radiu taksówki albo supermarketu, której człowiek potem żadnym sposobem nie potrafi wyrzucić z głowy przez następne tygodnie.

Nie żyję przeszłością, ona mnie prześladuje.

Montgomery zamknął oczy.

Nie chcę wierzyć w to, że Ciebie nie.

Deszcz bębnił o parapety coraz mocniej. W oddali zawyła syrena ambulansu, przeciągle i smutno, nim dźwięk rozpłynął się gdzieś między mokrymi ulicami. Monty podniósł wzrok znad skrzypiec, napotykając własne odbicie w chłostanej deszczem okiennej szybie. Wyglądał źle. Nie jak człowiek umierający — nie, do tego było jeszcze daleko — ale jak ktoś, kto od bardzo dawna nie potrafił naprawdę odpocząć. Kolejna błyskawica przecięła niebo, tak jasna, że na moment cały salon zatonął w nienaturalnym, mlecznym świetle.

Więc jeżeli kiedyś poczujesz się gotowy, to zapraszam na Greektown pod numer 13.

Może wpadnę.

Boże.

Monty zaśmiał się krótko pod nosem, bardziej z rezygnacji nad własnym losem niż faktycznego rozbawienia. Tygodniami odwlekał myśli o propozycji zaproszeniu złożonym mu przez Welsha, jakby nabudowany silną wolą dystans nadal mógł ich uratować przed nimi samymi.
Prawda była jednak dużo prostsza i znacznie bardziej żenująca. Montgomery zwyczajnie bał się tam pojechać. Bał się (o) Wolfganga. Bał się tego, co stanie się z nim samym, jeśli znowu pozwoli sobie patrzeć zniwelować dzielącą ich przepaść do jednego spojrzenia, jednego oddechu, jednego wyciągnięcia drżącej ręki.
Powoli podniósł się z fotela. Ból przeszył mu obydwa barki ostrą falą, ale szatyn zignorował go odruchowo, tak jak robił to od wielu miesięcy.

Piętnaście minut później siedział już na tylnym siedzeniu taksówki, obiecując kierowcy sowity napiwek za odbycie kursu w tak nieprzyjemnych i niesprzyjających warunkach. Miasto za szybą rozmywało się od deszczu i świateł; Toronto wyglądało teraz jak obraz oglądany przez zapłakanie oczy.
Im dalej od centrum i bogatszych dzielnic oddalali się z kierowcą, tym bardziej zmieniał się krajobraz za oknem. Zadbane szeregowce, prywatne szkoły i domy z ogrodami ustępowały miejsca wysokim kamienicom o łuszczącym się tynku, ciasno ustawionym sklepom całodobowym i tanim barom i kawiarniom, których neony odbijały się kolorowymi smugami w mokrym asfalcie. Greektown żyło zupełnie inaczej niż część miasta, do której należał Montgomery. Pachniało smażonym jedzeniem, papierosami i deszczem.
W pewnym momencie zaczęło padać tak gęsto, że ani Morin, ani kierowca nie widzieli niemal niczego poza rozmazanymi światłami ulic. Zupełnie jakby pogoda spiskowała z Montgomery'm, pomagając mu w wyparciu tego, co właśnie robił. I w zamaskowaniu jakichkolwiek śladów, które mogłyby pozostać po tej jego niby-spontanicznej, nocnej eskapadzie.
Gdy taksówkarz zahamował, oznajmiając, że oto znaleźli się na miejscu, Monty przez dłuższą chwilę siedział jeszcze nieruchomo w samochodzie, z sercem rozszalałym w piersi dokładnie w ten sam sposób, w który zwykło bić, gdy miał piętnaście lat i robił coś, czego absolutnie nie powinien był robić.
Potem wyciągnął z portfela kilka banknotów i wręczył je kierowcy bez liczenia.
— Reszty nie trzeba.

Wysiadł prosto w ścianę deszczu, który natychmiast przemoczył mu włosy i ramiona płaszcza, zimną wodą spływając po karku aż pod kołnierz golfu.
— Kretyn — mruknął do siebie pod nosem, zlizując z górnej wargi wilgoć deszczu. Nigdy wcześniej tu nie był, a jednak dokładny adres Wolfganga znalazł z taką płynnością, jakby prowadził go jakiś instynkt, niewidzialna mapa zapisana nie w hipokampie, ale w sercu. Choć spacer od krawężnika do klatki schodowej był teoretycznie krótki, Monty stanął pod drzwiami detektywa przemoczony niemal do suchej nitki. Przez moment jeszcze się zawahał, choć decyzję podjął już przecież dawno temu — może wiele dni wcześniej, a może wówczas, gdy zobaczył Wolfganga po raz pierwszy w życiu, niespełna trzydzieści lat wcześniej.

Uniósł rękę, przytykając opuszkę palca do dzwonka.

Wolfgang Welsh

Are you the definition of insanity? Or am I?

: ndz maja 31, 2026 9:20 pm
autor: Wolfgang Welsh
Do I wanna know
If this feeling flows both ways?
Sad to see you go
Was sorta hoping that you'd stay
Baby we both know
That the nights were mainly made for saying things
That you can't say tomorrow day



Wolfgang chciałby przyznać przed samym sobą, że nie wypatrywał kolejnego spotkania z Morionem. I choć jego dni wypełniał uporządkowany, nieprzerwany schemat – praca, siłownia, praca, sen – to nie mógł powstrzymać się przed wypatrywaniem jego obecności, co wydawało się specyficzną formą tortury. Jego umysł bezwiednie przeszukiwał tłum przemierzający Green Town. Co jakiś czas wydawało mu się, że dostrzega jego sylwetkę odbitą w sklepowej witrynie albo przechodzącą przez pasy, lecz za każdym razem okazywało się, że to tylko gra świateł lub ktoś łudząco do niego podobny.
Żałował, że dał władzę wolną rękę Montgomery’emu. Mógł go osaczyć na tym ciemnym balkonie i niczym Upiór z Opery zmusić go do posłuszeństwa współpracy i poznać odpowiedzi na wszystkie buzujące w nim od lat pytania. Była w nim cząstka, która bała się, że ten moment nie nastąpi nigdy, że Monty faktycznie zdołał poukładać swoje życie na tyle, aby nie musieć otwierać ponownie tamtego rozdziału. Lub, że był na tyle zahartowany przez ten zimne i surowe wychowanie, które otrzymał, że nawet pomimo trudności, był w stanie zacisnąć na tyle mocno zęby, aby odwrócić się plecami od Welsha oraz ich przeszłości i nigdy więcej nie odwracać się za siebie.
Miał jednak nadzieję – głupią, wstydliwą, budzącą wręcz politowanie – że ich losy przetną się choćby jeszcze jeden jedyny raz.



Duchota, unosząca się w mieście, wymęczyła blondyna. Przyklejała się do skóry, oblepiała jego ciało kumulując się przede wszystkim na skroniach i plecach, znacząc je cienkimi strużkami potu, gdy przez większość dnia prowadził obserwację w pełnym słońcu. Powietrze było gęste i ciężkie, a każdy oddech kończył się niedosytem, jakby w atmosferze brakowało wystarczającej ilości tlenu do napełnienia płuc. Po skończonej pracy udało się od razu do domu, by w wysokich, grubych ścianach kamienic schronić się przed upałem i poczekać na ochłodzenie.
Mieszkanie Wolfganga nie było urządzone w żaden przemyślany sposób. Po zakupie obiecał sobie, że doprowadzi je do odpowiedniego stanu – wyremontuje, zakupi nowe meble, przystroi na modłę starego domu, w którym mieszkał wraz z Adamem – ale w ciągu trzech lat udało mu się raptem pomalować ściany i zapełnić stare regały po właścicielach absurdalną ilością książek, pozostałe półki zaczęły uginać się pod naporem rzeczy zgromadzonych w ciągu życia, o których zdołał już zapomnieć, lecz których nie mógł trzymać już w pudełkach w garażu, a ściany przyozdobiły fotografie rodziców, przyjaciół i zmarłego męża. I choć nikt o zdrowych zmysłach nie nazwałby jego mieszkania modnym, wyrafinowanym bądź przytulnym Welsh zdołał poczuć się w nim jak w domu i zapuścić korzenie.
Zmęczony dniem i ciepłem, wziął zimną kąpiel, która nieco otrzeźwiła jego umysł i nadała wytchnienia ciału, a następnie z drinkiem składającym się z ginu i tonika oraz Buszującym w zbożu w niemieckim wydaniu położył się do łóżka. Ulewa rozpętała się po przebrnięciu przez kilka pierwszych rozdziałów, niosąc ze sobą ochłodzenie i rześkość wpadające do mieszkania przez otwarte oknao sypialni. Podniósł się po to, by je zamknąć, ale przez chwilę stał w przeciągu, pozwalając, by wiatr i deszcz smagały nagi tors, czując, jak napięcie opuszcza jego klatkę piersiową. Znów mógł normalnie oddychać. Mógł wmawiać sobie, że to za sprawą deszczu, lecz nie mógł przegonić z umysłu tej jednej myśli: w taki deszcz już tu nie przyjdzie. Wrócił do łóżka, jego oczy odnalazły przerwany fragment i podjęły ponowną wędrówkę po tekście. Krople zacinały miarowo w jego szybkę. Rytmicznie. Silnie. Nie usłyszał pierwszych grzmotów roztaczających się nad miastem – spał.

O dziwo, żaden grzmot nie zaburzył snu człowieka, który latami zmagał się z bezsennością, lecz wystarczył tylko dzwonek – przeszywający i krótki dochodzący z okolic drzwi wejściowych – aby wyrwać go z objęć Morfeusza. Niesłychane. Zapominając o tym, że jest tylko w szarych dresowych spodniach pospiesznie zerwał się z łóżka i rzucił się w stronę korytarza, kierowany jakimś niejasnym przeczuciem i ekscytacją buzującą pod skórą. O Boże, o Boże, Boże, Boże…
Otworzył drzwi z impetem, a jego oczom ukazał się przemoczony Montgomery. Włosy przykleiły mu się do czaszki, a strużki deszczu spływały po jego płaszczu. I nawet wtedy wydawał się piękny.
A może nawet najpiękniejszy, bo Wolfgang nigdy nie przypuszczałby, że Morin mógłby zdobyć się na podobne szaleństwo, aby w trakcie największej burzy w tym sezonie pojawić się na progu jego domu.
– Przyszedłeś – wyrzucił z siebie w szoku, nieświadomie odzwierciedlając słowa Monty ‘go z balkonu. – Właź szybko do środka, nie stój na tym zimnie – dodał po chwili, otrząsnąwszy się z szoku. Nim zdążył przemyśleć swój ruch, wyciągnął rękę, złapał poły płaszcza szatyna i pociągnął go do środka. Powoli zamknął drzwi i odwrócił się do mężczyzny, nagle niepewny całej tej sytuacji. – Może… może chcesz skorzystać z łazienki? Mogę dać Ci coś suchego do przebrania. –


montgomery morin

Are you the definition of insanity? Or am I?

: śr cze 03, 2026 1:56 pm
autor: montgomery morin
Chłód był skutecznym mechanizmem obronnym, którego Montgomery od najwcześniejszych lat życia pilnie uczył się głównie od matki, każdą emocję i każdy rodzaj bólu potrafiącej skutecznie ukryć pod powłoką nieskazitelnych manier i uprzejmego, ale nieprzekraczalnego dystansu, z którym podchodziła do niemal wszystkich i wszystkiego w swoim otoczeniu. Pomimo okrucieństwa, jakiego raz po raz doświadczała od własnego męża, Pani Morin płakała tylko pod prysznicem, za opuchnięte oczy obwiniając potem szampon, który rzekomo wkradł się jej pod powiekę; zarówno te sińce, które wykwitały na jej twarzy z niewyspania, jak i te, które niczym stempel odbijała na jej cienkiej skórze dłoń małżonka, kamuflowała skrzętnie i wprawnie pod warstwą gustownego makijażu; jeśli miała do losu żal o to, jak potoczyło się jej życie, nigdy nie wyrażała go werbalnie, a co najwyżej w krótkich, przepełnionych wyrzutem spojrzeniach, które posyłała czasem w pustkę gdy myślała, że nikt jej nie widzi.
Przez całe lata Monty łudził się, że też tak potrafi. Wydawało mu się, że receptę na złamane serce znalazł w odległości i wyparciu, i może nawet przez jakiś czas właśnie tak było. Co z oczu, to z serca; wyjazd do Paryża i eskapada po sypialniach atrakcyjnych nieznajomych zdawały się stawać skutecznym remedium na tęsknotę; odpieranie wspomnień z młodości, które czasem próbowały się wedrzeć do jego umysłu, dawało mu złudne poczucie, że ma wszystko pod kontrolą. Że wyleczył się z miłości, poza którą kiedyś nie widział przecież świata.
Że wyleczył się z Wolfganga.

Jakaś jego część prawdopodobnie przez cały ten czas doskonale widziała, że jego przypadek był jednak ewidentnie beznadziejny. Nieuleczalny.
Ale dopiero teraz – po ich ostatnich spotkaniach – w Morinie obudził się jeszcze jeden, uciążliwy głos. Co, jeśli Monty wcale nie chciał ozdrowieć? Co, jeśli wcale nie chciał przestać? Co, jeśli przez wszystkie te lata jakiś okrutny, lecz szczery instynkt podpowiadał mu, że to wcale nie jest koniec, i że kiedyś, gwiazdy jeszcze ułożą się w sposób który zmusi ich do kolejnego spotkania?

- Przyszedłeś.

Wypowiedziane tonem kochanka, nie przyjaciela. Człowieka, który czekał – nie zaś kogoś, kto zobojętniał, i dawno już nauczył się żyć dalej. W słowach Welsha – w tej mieszaninie zaskoczenia i nadziei, splątanych ciasno jak przewody pod wysokim napięciem – posłyszał samego siebie, z filharmonii, i z każdego snu, w którym blondyn odwiedzał go w ciągu minionych dwudziestu lat.
Roześmiał się w niedowierzaniu, strząsając z rękawa kilka ciężkich kropel deszczu.
— Najwyraźniej — odparł, kręcąc głową w jakiejś formie rozpaczy i zachwytu nad skalą i rozmiarem własnej głupoty.
Dopiero kiedy Wolfgang złapał go za poły płaszcza i wciągnął do środka, Monty zdał sobie sprawę, jak bardzo przemarzł, choć jeszcze parę godzin temu pogoda groziła prawdziwie letnim upałem. Wilgoć wdarła się teraz pod jego ubranie, osiadła na karku i między łopatkami; dłonie miał natomiast tak skostniałe, że ledwie czuł własne palce.
Zatrzymał się, wciągając w nozdrza zapach książek i samotności. To było miejsce, w którym ktoś Wolfgang mieszkał sam, jego własne, choć nie w pełni umeblowane królestwo. Zamiast wprosić się głębiej, w miejsce, w którym domyślał się salonu albo sypialni, Monty zastygł w wąskim gardle przedpokoju, obserwując Wolfganga z odległości kilku kroków.
Blondyn był bosy, i ubrany wyłącznie w szare dresowe spodnie, jak na złość Morinowi obnażające imponującą muskulaturę jego ciała. Włosy miał chyba jeszcze lekko wilgotne po kąpieli; sen zaś odcisnął ślady w miękkim chaosie jasnych kosmyków i w śmiesznym śladzie pozostawionym przez poduszkę na jego policzku.
Nagły przypływ czułości był jak cios w splot słoneczny, i chyba tylko ta propozycja przebrania się w coś suchego pomogła szatynowi zachować nad sobą na tyle kontroli, by nie zgiąć się w pół pod jej naporem.
— Brzmisz, jakbyś się mnie nie spodziewał — Mruknął, ściągając ociekający wodą płaszcz. Pokręcił głową, a kącik ust drgnął mu w czymś pomiędzy uśmiechem i kapitulacją. Chciał dodać, że on też nie. Że też jeszcze parę godzin wcześniej łudził się, że nie ulegnie wzrastającej tęsknocie ciekawości pokusie. Świadomość jednak, że Wolfgang znajduje się teraz nie tylko pod tym samym niebem, ale i zaledwie parę dzielnic dalej, pod adresem, który sam mu wręczył, w połączeniu z zaintrygowaniem, które wzbudził w Monty'm podczas ostatniego spotkania, w efekcie wygrały. Morin czuł się tak, jakby wchodził w paszczę lwa. Czyżby Wolfie naprawdę nie wiedział, że zastawił na niego pułapkę?

Z niemałym trudem, Monty przeniósł teraz wzrok z sylwetki drugiego mężczyzny na niewielką kałużę zbierającą się pod jego butami. Wystąpił z nich tak, jak robią to chłopcy - nie zadając sobie trudu, żeby pochylić się i rozwiązać sznurowadła, albo odstawić obuwie równo w miejscu pod ścianą, w którym nie zawadzałoby innym domownikom. Zwyczajnie wyzwolił się z nich, przytrzymując zapiętek jednego podeszwą drugiego. Skarpetki też miał mokre.
— Tak, pokaż mi tę łazienkę, Wolfie. - Wzruszył ramionami - Zanim twoi sąsiedzi uznają, że przyprowadziłeś do domu topielca.

Wolfgang Welsh

Are you the definition of insanity? Or am I?

: ndz cze 07, 2026 11:48 pm
autor: Wolfgang Welsh
Słowo niewiarygodne odbijało się w umyśle Wolfganga, choć nie oddawało ono w pełni uczuć, które niczym imadło ściskały jego klatkę piersiową, ani myśli, których nie potrafił zebrać w całość, w jeden logiczny ciąg, a które trzepotały pod powierzchnią świadomości. Montgomery Morin stał w jego domu. Przemoczony i zziębnięty, z nosem zaczerwienionym od zimna i kałużą tworzącą się pod jego stopami z kapiącej odzieży. Jakże inny od tego, co zwykł sobą prezentować – daleki od elegancji i wyrafinowania, które zwykle wyrażał całym sobą: postawą, słowem, tonem, ubraniem, gestem. Wydawał się o wiele bardziej ludzki znajomy niż podczas tych dwóch poprzednich spotkań. Pachniał intensywnie deszczem i swoimi perfumami, przez co blondyn zaczął oddychać tą oszołamiającą mieszanką ozonu i piżma. Umysł Wolfganga szykował dla niego pułapkę, której istnienia nie był jeszcze świadom, pozwalając mu dostrzec i zapamiętać każdy, nawet ten najdrobniejszy szczegół, ich interakcji, po to, by w przyszłości móc go prześladować wspomnieniami tej nocy.
Montgomery wydawał się równie zaskoczony, jakby sam nie dowierzał, że z własnej i nieprzymuszonej woli przyszedł do niego z wizytą i mierzył się z tą samą burzą emocji co Welsh. Z tą niemal dziecięcą radością wydającą się echem przeszłości, gdy za szczeniaka robili coś, co zostało im surowo zabronione przez rodziców, pomieszaną z niepewnością i ostrożnością człowieka dorosłego stąpającego po niepewnym gruncie. I Welsh tak bardzo z tym rezonował. Był w równym stopniu podekscytowany, co przerażony tym momentem. Poczuł, jak z jego barków spada ogromny ciężar niepokoju, a przez żołądek rozlewa się fala ulgi i dopiero wtedy zdał sobie sprawę z tego, jak cholernie zależało mu na tym spotkaniu. O wiele bardziej niż był gotów przed samym sobą przyznać.
– Bo się nie spodziewałem – odparł niemal natychmiast, a na jego ustach pojawił się delikatny uśmiech – nieśmiały i chłopięcy, zupełnie niepasujący do jego aparycji.
– To znaczy… nie w taką pogodę – dodał pospiesznie, po czym wyciągnął dłonie, aby odebrać od swojego gościa mokry płaszcz, a następnie rozwiesił go na kilku haczykach wieszaka zamocowanego do ściany, rozkładając materiał tak, aby mógł jak najszybciej i najdokładniej wyschnąć.
Gdy ponownie spojrzał na Montgomery’ego zauważył, jak szatyn odrywa wzrok od jego nagiego torsu, by skupić go na własnych, przemoczonych butach i Wolfgang poczuł się nagle zawstydzony własną półnagością. Z niezręcznością człowieka, który nagle stał się zbyt świadom własnego ciała, skrzyżował ramiona na piersi, lecz po sekundzie stwierdził, że ta poza była jeszcze gorsza – zbyt napięta i sztuczna – więc jego dłoń odruchowo uniosła się ku karku, by rozetrzeć rosnące w nim zakłopotanie.
– To Greek Town, Monty. Niewiele rzeczy dziwi jego mieszkańców – odparł lekko, a na jego ustach pojawił się cień przyjacielskiego uśmiechu. Ruszając wąskim korytarzem w głąb mieszkania, odwrócił się przez ramię, niepewny, czy Morin pójdzie za nim, czy też zdecyduje się uciec
W salonie połączonym z maleńką kuchnią Wolfgang zapalił światło, nie główne, lecz kinkiety i lampę stojącą za kanapą, by uniknąć ostrego, przeszywającego snopu światła.
– Daj mi chwilę, zaraz do Ciebie wrócę – zapewnił po czym zniknął za drzwiami sypialni. Przez moment stał pośrodku pokoju, pozwalając, by szok, który poczuł, gdy tylko zobaczył Morina mógł w końcu osiąść i wydłużyć mu twarz w wyrazie niedowierzenia. To się dzieje, kurwa, naprawdę? Głupi, szeroki uśmiech rozciągnął jego usta w uśmiechu, lecz korzystając z chwili prywatności, pozwolił sobie na niego rozpoczynając kompletowanie suchej odzieży dla przyjaciela. Przed wyjściem narzucił na siebie bluzkę z czarnego materiału, a gdy złapał swoje spojrzenie w lustrze nerwowym ruchem przygładził blond włosy, które nosiły na sobie ślad niedawnej drzemki.
– Już jestem – oznajmił wyłaniając się z pokoju. Wręczył szatynowi naręcze składające się ze świeżego ręcznika, bawełnianej koszulki, dresów z Adidasa i pary skarpetek. – Łazienka jest po lewej – dodał wskazując wolną ręką kierunek, a sam skierował się w stronę kuchni, by przyrządzić im coś ciepłego do picia.
Nie wiedział, co pił dorosły Morin. Czy lubił kawę? Jeżeli tak, to jaką? Wolfganga byłby w stanie założyć się o to, że czarną, bez cukru. Minęło tyle lat, że zapewne oboje zdążyli wyrosnąć ze swoich ulubionych rzeczy. Zmienić preferencje względem jedzenia, napojów, spędzania wolnego czasu, hobby. Ten fakt zawsze wydawał się oczywisty dla Welsha, który czasem łapał się na podobnych rozmyślaniach, teraz nagle uderzył go z niespodziewaną mocą przypominając, że nie może już polegać na dawnych przyzwyczajeniach.
Pozostawało mu więc grać na sentymencie.
– Zrobiłem Ci rumianek z miodem – oznajmił, gdy usłyszał kroki Morina za swoimi plecami. – Nie gryczanym. – dodał odwracając się w jego stronę i ruszając w kierunku małego, kwadratowego stołu z dwom krzesłami ustawionymi naprzeciw siebie.
– Nie wiedziałem, co teraz lubisz – przyznał nieco upokorzony latami rozłąki. Chwycił obiema dłońmi własny kubek wypełniony czarną herbatą bez cukru i dmuchnął na wierzch, by nieco ostudzić napój.
– Dziękuję – wydusił z siebie odważając się popatrzeć w oczy szatyna. – Dziękuję, że przyszedłeś. –

montgomery morin

Are you the definition of insanity? Or am I?

: sob cze 13, 2026 1:06 am
autor: montgomery morin
Montgomery potrzebował kilku dodatkowych minut w łazience nie dlatego, że przebranie się zajmowało mu szczególnie dużo czasu, ale dlatego, że musiał najpierw uspokoić własne serce.
Nie pomagał bynajmniej fakt, że wszystko wokół pachniało Wolfgangiem. Nie perfumami — przynajmniej nie w oczywisty sposób; czymś znacznie bardziej ulotnym i intymnym jednocześnie. Mydłem. Miętą pasty do zębów. Powidokiem woskowej świecy, wypalonej na brzegu wanny przed paroma dniami. Subtelną wilgocią starej kamienicy, choć ściany wyłożono nowymi kafelkami. Ręcznikiem wypranym nieuważnie w zbyt wysokiej temperaturze. Domem.
Przez chwilę stał nieruchomo przed lustrem, w geście niemal poddańczym względem okrucieństwa własnego losu opierając dłonie o krawędź umywalki.
Był tak kurewsko zmęczony. Zmęczony własną głupotą. Zmęczony własnym uporem. Wycieńczony tęsknotą, której przez dwadzieścia lat w teorii odmawiał prawa do istnienia, a która w praktyce wypłukiwała z niego cały kolor jak trucizna. Odzyskiwał go dopiero teraz, w niskim świetle łazienkowej lampki, odbijającym się mlecznym połyskiem od kafelków i tafli lustra, chwytającej w ciasne objęcia swoich ram smukłość jego wysmaganej wiatrem i deszczem sylwetki.

Gdy wreszcie udało mu się wciągnąć na siebie oddane mu przez Welsha ubrania, koszulka okazała się odrobinę za szeroka w ramionach, a dresy minimalnie za długie. A jednak kiedy spojrzał na swoje odbicie, nic z tego nie miało już znaczenia. Liczył się tylko fakt, że przez cudowną, choć krótką chwilę, zobaczył wreszcie nie tego cenionego skrzypka, nie narzeczonego z dobrym nazwiskiem, nie człowieka z wyjątkowym potencjałem, którego nazwisko regularnie pojawiało się w recenzjach i programach koncertowych.
Zobaczył chłopca.

Tego samego, który kiedyś zasypiał kilka centymetrów od Wolfganga i uważał to za najbardziej naturalną rzecz na świecie.
Wzniósł dłoń, opierając ją krótko o własny kark; odgarnął wilgotne włosy z czoła i przez moment po prostu stał bez ruchu, pozwalając sobie na ten jeden, nieostrożny luksus — wyobrażenie, że ostatnie dwadzieścia lat nigdy się nie wydarzyło. Potem wypuścił powietrze z płuc i ruszył do salonu, łazienkowe drzwi zamykając za sobą z ostrożnością złodzieja.
Za oknami nadal szumiał deszcz. Wiatr co jakiś czas uderzał o szyby, jakby próbował dostać się do środka. Podłogowe deski w korytarzu, zaanonsowały jego nadejście skrzypiąc mu pod stopami w cichym crescendo. Kiedy zaś Monty przekroczył próg pomieszczenia, pierwszym co zauważył, było światło. Miękkie i ciepłe, zupełnie niepodobne do tej sterylnej elegancji, którą Morin z przymusu otaczał się na co dzień.
Drugie było oczywiście spojrzenie Wolfganga.

I choć zatrzymało się na szatynie tylko na sekundę albo dwie, tyle wystarczyło. Była w nim ta rozbrajająca szczerość, której sam skrzypek nigdy nie potrafił się nauczyć. Wolfgang przez całe życie przypominał psa, który mimo wszystkich kopniaków świata nadal wierzył, że wyciągnięta dłoń oznacza czułość. Monty natomiast od dziecka był zwierzęciem, które najpierw sprawdzało, czy nie zostanie uderzone.
Może właśnie dlatego od zawsze pasowali do siebie tak dobrze.

Nie usiadł. Stanął natomiast przy stole, odrobinę zbyt blisko blatu, i jeszcze bliżej Wolfganga. Zawsze był od niego drobniejszy. Niewiele — dzieliło ich ledwie kilka centymetrów wzrostu i nieco mniej masy w barkach — ale przy nim zawsze miał dziwne poczucie własnej kruchości. I o ile przez większość życia podobne uczucie kojarzyło mu się z zagrożeniem albo upokorzeniem, przy blondynie było zupełnie inaczej. Przy nim to uczucie przypominało bezpieczeństwo.


Co samo w sobie wydawało się podejrzane.
I uzależniające.

— Rumianek z miodem? — Powtórzył, i zaraz prawie się roześmiał. Oczywiście, że Wolfgang nadal pamiętał, nawet po dwudziestu latach. W gruncie rzeczy, Morin był narcystycznie przekonany, że Welsh pamiętałby i za pięć kolejnych dekad. Albo całych stuleci. Zawiesił wzrok na parującym napoju, i serce natychmiast boleśnie ścisnęło mu się w piersi. Nie, nie pijał już rumianku. Od lat zaczynał poranki od gorzkiej, czarnej kawy, a większość wieczorów kończył whiskey albo bourbonem. Za oknem znowu błysnęło, i zimne, błękitne światło burzy przecięło pomieszczenie niby uderzenie batem.

— Dziękuję. Dziękuję, że przyszedłeś.

Monty uniósł wzrok, i pokręcił głową. Powoli, niemal bezradnie, z ręką hamującą w pół drogi ku herbacie.
— Dziękujesz?— Spróbował się uśmiechnąć, ale grymas wykwitły na jego twarzy przypominał raczej spazm bólu, reakcję na cios zadany bez ostrzeżenia. — Wolfgang. — Sam nie wiedział, kiedy się poruszył. Rozumiał tylko tyle, że wcale nie wyciąga już palców po kubek, bo dłoń skręciła z poprzedniej trajektorii jak zabłąkana kula. — Ja cię jeszcze będę za to przepraszał. — Powiedział, a potem po prostu po niego sięgnął, dłonią błądzącą w wąskiej przestrzeni między nimi niemal po omacku, bo wzrok od dawna nie opuszczał już twarzy blondyna.
Najpierw musnął materiał czarnej koszulki. Potem przesunął palcami wyżej, ostrożnie, jakby próbował przypomnieć sobie teraz coś zagubionego na granicy przeszłości i teraźniejszości. Pod cienką warstwą tkaniny wyczuł twardy zarys mięśni. Poczuł własny oddech grzęznący gdzieś pomiędzy żebrami i dreszcz łudząco podobny do bólu, a jednak niebędący bólem, biegnący od opuszków jego palców, przez przedramię, bark i kręgosłup, aż do pachwin i lędźwi.
— Spróbuj mnie powstrzymać — Szepnął słabo, niepewny, czy było to zadanie, błaganie, czy groźba — Spróbuj mnie powstrzymać, Wolfie.

Wolfgang Welsh

Are you the definition of insanity? Or am I?

: ndz cze 14, 2026 5:25 pm
autor: Wolfgang Welsh
Spojrzenie Montgomery’ego zmieniło się. Nie wydawało się już tak ostrożne i kalkulujące jak ostatnimi razami, gdy zawieszał wzrok na Wolfgangu. Zupełnie jakby oddalenie się od ciekawskich i czujnych spojrzeń socjety i zapuszczenie się na Greek Town przywróciło mu swobodę, którą utracił na przestrzeni lat spędzonych pośród salonowych konwenansów. I ta zmiana w pewien sposób zaniepokoiła Wolfganga, bowiem to Monty był tym, który dotychczas pilnował bezpiecznego dystansu między nimi, a Welsh badał go – szukał luki, popychał nieco ku krawędzi, zaczepiał – i czekał na moment, w którym Morin zatraci ten elitarny sznyt. Gdy w końcu nadszedł, blondyn stracił rezon.
Ostrożnie odłożył kubek na blat, na pół sekundy przed tym, jak Monty stanął tuż obok niego, sprawiając, że jego oddech zgubił spokojny rytm. Niebieskie oczy wbiły się w twarz usianą gęsto piegami. Tę, którą z gorliwością graniczącą wręcz z obsesją, rozpamiętywał przez ostatnie dwie dekady. Przypuszczał, że wraz z upływem lat rysy Morina zaczną bardziej zaostrzać się, upodobniając go do zmarłego zamordowanego ojca i nie pomylił się. Przypominał go, lecz Wolfgang bez trudu potrafił wyodrębnić w nim wszystkie odstępstwa. Spojrzenie szatyna bywało chłodne i ostre, ale nie okrutne. Jego złość nie była gwałtowna i nagła, wydawał się jej świadom w chwili, gdy zaczyna już w nim kiełkować i operował nią z niemal niepokojącą rozwagą, jakby to ona służyła jemu, a nie on jej. Usta były pełniejsze, odziedziczone po matce, i łagodziły jego zwykły nieprzenikniony, zdystansowany wyraz.
Boże.
Oddałby wszystko, by znów móc przebiec palcami po tych arystokratycznych rysach.
Choć jeszcze jeden, ostatni raz.

Twarz Welsha stężała w niepokoju, a rysy wyostrzyły się, gdy dostrzegł grymas bólu przycinający twarz przyjaciela. Serce zabiło mu mocniej – nie w trosce, lecz w pierwotnym i silnym strachu o to, że wydarzyło się coś niedobrego, że Monty doznał w trakcie drogi do niego jakiegoś urazu, o którym zapomniał wspomnieć.
– Montgomery – szepnął rozgorączkowanym, przestraszonym tonem w tym samym momencie, w którym mężczyzna wypowiedział jego imię.

Ja cię jeszcze będę za to przepraszał.


Nagły dotyk zimnych palców na brzuchu skutecznie uciszył jego dalsze wyrazy zmartwienia. Czuł, jak przesuwają się w górę jego ciała, ku klatce piersiowej, a ostrożny nacisk sprawił, że zgubił oddech, a serce zatłukło się jego klatce piersiowej jakby chciało wyrwać się spomiędzy żeber. Montgomery nie mógł zrobić niczego, absolutnie n i c z e g o, co wymagałoby przeprosin. Wolfgang był zbyt głupi w swoim sentymencie i przechowanej przez lata miłości, by postawić Morina po stronie winnego. Za bardzo go pragnął. Za bardzo pożądał. Za bardzo kochał. Za bardzo wierzył w to, że zniszczył ich przyjaźń swoimi występkami.
A co, jeżeli nie chcę cię powstrzymać?
Poczuł jak całe jego ciało napina się w oczekiwaniu na więcej.


Jego ręce wystrzeliły do przodu po to, by złapać szatyna i przyciągnąć bliżej siebie. Poczuł jak lewa ręka sięga za plecy Morina, by objąć go w pasie, a prawa dłoń pędzi ku górze gotowa, by znaleźć się na jego szyi, z palcami opartymi o kark i kciukiem utkwionym w zagłębieniu pod uchem. Po to, by przycisnąć atletyczną, twardą sylwetkę do siebie w zachłannym, niepohamowanym uścisku; by zabić tę niewielki, lecz dotkliwe bolesny dystans między nimi; by pochylić głowę odrobinę w dół i zakryć te piękne usta swoimi; by ponownie poczuć jego oddech na swoich wargach; by złączyć ich biodra w gorączkowym tańcu, który przyniósłby chwilową ulgę napięciu w lędźwiach. Byli tak blisko tego cholernego stołu, wystarczyłoby półkroku, by Morin znalazł się na nim i oplótł go nogami.

Powstrzymał się jednak w ostatniej chwili. Lewa ręka zamiast znaleźć się na jego pasie złapała skrawek koszulki szatyna, a palce nerwowo zaciskały się na materiale, podczas gdy prawa spoczęła na dłoni znajdującej się na jego klatce piersiowej. Zakrył ją i przycisnął mocniej do piersi, a gdzieś na krawędzi jego świadomości pojawiło się zaskoczenie spowodowane różnicą temperatur. Skóra Morina była lodowata, podczas gdy Welsh emanował ciepłem, lecz nie przeszkadzało mu to. Wręcz przeciwnie. Chciał rozgrzać szatyna, wlać ciepło w jego środek i pozbyć się tego zimna raz na zawsze. Lecz nie mógł… Nie mógł mu tego zrobić.
Morin był zajęty. Miał narzeczoną, która zapewne czekała na niego w domu lub spędzała wieczór na jednym z przyjęć i wypatrywała powrotu do domu – do swojego narzeczonego i jego silnych, bezpiecznych ramion. Poza tym, tak bardzo udało mu się już skomplikować życie, tak wiele w nim namieszał… Tęsknota i żal wypłynęły na jego twarz, gdy patrząc prosto w zielone tęczówki oderwał dłoń szatyna od swojej piersi. Nie zdołał jednak jej wypuścić. Jego palce bezwiednie zataczały koła po jej wierzchu.
– Hej, Monty… wszystko jest w porządku. – szepnął uspokajającym tonem, którego zwykle używa się do nieufnego, bitego psa. Oderwał dłoń od skrawka koszulki szatyna i przyłożył ją do ręki, która masowała palce Morina. Kciukiem zaczął zataczać głębokie, okrężne ruchy na wnętrzu dłoni, a następnie zaczął przesuwać palec ku nasadzie każdego z palców. Druga ręka z kolei masowała krawędzie nadgarstka, aby pobudzić krążenie.
– Oddychaj głęboko – zaproponował cicho. – Poczuj nacisk moich palców, skup się na tym – mruczał dociskając kciukiem do wnętrza dłoni Morina.
– Jako nastolatek – rozpoczął łagodnie spuszczając głowę w dół nie będąc w stanie patrzeć mu w oczy. Skupił spojrzenie na ich dłoniach. – często zmagałem się z silnymi emocjami; lękiem i nieustannym poczuciem zagrożenia. I złości… miałem w sobie tyle złości… Gdzieś w końcu natrafiłem na zagadnienie techniki uziemiające, stosuje się je u pacjentów, którzy doznali traumy. Jedną z nich był ten masaż, zawsze bardzo mi pomagał w chwilach silnego stresu – wyznał, choć w trakcie mówienia jego głos utracił nieco delikatności, gdy gardło ścisnął stres wywołany nawiązaniem do wydarzeń z przeszłości. Wolfgang nie był człowiekiem porywczym; z natury był spokojny i wyważony, dającym się porwać tylko radości i szczęściu. Złość rzadko kiedy przejmowała nad nim kontrolę, nawet gdy los rzucał mu kłody pod nogi. Lecz po wypadku na łodzi i ich rozstaniu ten stan rzeczy się zmienił. Nie był w stanie odczuwać miłości, radości, a nawet smutku. Czuł głównie pustkę, jakby ktoś odciął go od układu limbicznego i tę okropną, nieznaną mu wcześniej, złość zmieszaną z lękiem.
– Czy Tobie to w czymś w ogóle pomaga? –

montgomery morin

Are you the definition of insanity? Or am I?

: czw cze 18, 2026 5:20 pm
autor: montgomery morin
— Hej, Monty… wszystko jest w porządku.

Nic.
Nic nie było w porządku.

Głos Wolfganga był kojący, ale treść jego słów przechodziła przez Montgomery’ego na wylot, jakby poszczególne wyrazy nie mogły znaleźć sobie odpowiednich punktów zaczepienia w jego ciele. Jednym słowem, Monty słyszał go, ale go nie słuchał, szamocząc się we własnym wnętrzu z głęboką niezgodą na to, jak rozwijała się teraz panująca między nimi dynamika.

— Jako nastolatek…

Nie.
Nie chciał wiedzieć.

Nie chciał słuchać o lękach, które przeżywał Wolfgang. O jego bezsennych nocach, o jego smutku i złości, o mniej i bardziej skutecznych sposobach radzenia sobie z dniami, podczas których Welsh samemu sobie wydawał się nie do zniesienia.
Wcale nie dlatego jednak, że go to nie obchodziło. Wprost przeciwnie - dokładnie dlatego, że wszystko to obchodziło go za bardzo.
Każde kolejne zdanie odsłaniało przed nim fragment życia, którego nie był częścią; życia przeżytego przez Wolfganga poza zasięgiem jego wzroku, poza granicami jego świata. Gdy Welsh opowiadał mu o cierpieniu, którego Monty się domyślał, ale którego nie był świadkiem, szatyna dopadała nagle jakaś odmiana zazdrości. O sam fakt istnienia tych wszystkich chwil, do których Montgomery nie miał już dostępu ponieważ odszedł. Skoro rezygnacja z nich była jednakże jego własną decyzją podjętą przed laty, dlaczego teraz czuł się tak, jakby to jego ktoś okradł!?

— Pacjentów, którzy doznali traumy…

Co?
Bo przecież Monty nie był pacjentem.

A już zwłaszcza nie był pacjentem Wolfganga, który teraz przemawiał do niego głosem tak kojącym, jakby zwracał się do rozhisteryzowanego dziecka. Co więcej, Montgomery nie był również dzieckiem. Był mężczyzną, własne pożądanie próbującym przez dwie dekady pogrzebać pod gruzami dawnego życia. Nieskutecznie.
Teraz zaś, gdy jego pragnienie próbowało na nowo dojść do głosu, Welsh przyjmował je za objaw histerii który należy opanować masażem somatycznym i nieznośną dozą czułości.
A Montgomery przecież głęboko wierzył, że nie zasługuje na czułość. Że nie jest wart cudzej cierpliwości, troski ani uwagi. Potrafił je tolerować, owszem, zwłaszcza jeśli stanowiły część gry w tych obszarach życia, gdzie nosił ciasny kostium zrównoważonego, spełnionego człowieka sukcesu.
Udawało mu się jakoś pogodzić z przejawami miłości, których doświadczał od swojej narzeczonej – z łagodnym dotykiem dłoni gładzącej jego policzek o poranku, z paczuszką magdalenek porzuconą na jego biurku w ramach uroczej niespodzianki, ze słodkimi słowami, którymi dorośli zwracali się wyłącznie do dzieci i do tych dorosłych, z którymi sypiali lub decydowali się spędzić życie (choć, na jego rozkaz prośbę, kobieta nauczyła się omijać zdrobnienie jego imienia). Ba, czasem je nawet odwzajemniał – ucząc się drogą obserwacji i naśladownictwa tak długo, aż w jego gestach i słowach nie dało się wykryć fałszu.
Okazywało się jednak, że gdy płynęły od strony Wolfgnanga, Montgomery Morin zwyczajnie nie

mógł
ich
znieść.

Pragnął tego, co – był przekonany – mu się należało. Przemocy. Bólu. Straty.
Być może właśnie po to pojawił się dzisiaj w progu Welsha – jakby próbował doprosić się kary, a nie upominał o bliskość. Nie wiedział czego oczekiwał, i na co liczył, ale – i teraz, gdy tego nie otrzymywał, docierało to do niego ze zdwojoną siłą. Wolałby, żeby blondyn go odepchnął. Zrugał, obraził, złoił mu skórę werbalną chłostą wyzwisk.
Mógłby mu wtedy oddać. Mógłby spróbować go znienawidzić.
Jeśli bowiem Monty faktycznie był bitym psem, to takim, który próbował gryźć, zamiast czułego dotyku spodziewając się kolczatki i kagańca. Czym innym było to wszystko, jeśli nie prowokacją? Zaproszeniem nie do tańca, ale do bójki.
Wolfgang jednak, nieznośny z tym łagodnym błękitem swoich oczu, zatroskanym wyrazem twarzy i dotykiem stabilizującym morinowe rozchwianie, zdawał się być odporny na desperackie zaczepki szatyna. Może właśnie w tym momencie skrzypek zrozumiał, że mógł kopać i krzyczeć, a drugi mężczyzna prawdopodobnie i tak zniósłby to z czułym, odpowiedzialnym stoicyzmem. Monty nie był przyzwyczajony do takich dorosłych. I to właśnie – nie nawet dotyk Welsha, ale jego cierpliwa, niezachwiana obecność – popchnęła wreszcie skrzypka poza krawędź furii.

— Pierdol się, Wolfie.

Słowa opuściły jego wargi szybciej, niż zdążyłby je powstrzymać. Choć płynęły gdzieś głęboko z trzewi, po drodze na wolność wyminęły serce. Może wcale nie miał tego na myśli. Może wcale nie chciał tak reagować. Było jednak za późno - bo już wyrywał dłoń z uścisku Wolfganga, gwałtownie, niemal brutalnie. Jak człowiek cofający rękę znad otwartego ognia, zaskoczony, jak bardzo można się sparzyć żywym płomieniem. Odsunął się, patrząc na Wolfganga nieufnie i gniewnie.
— Chryste - Potrząsnął głową - Niepotrzebnie tu przychodziłem.
I nawet teraz, wypowiadając te słowa, wiedział już doskonale, że były najgorszym możliwym kłamstwem.
Bo gdyby miał wybierać jeszcze raz, pojechałby tutaj dokładnie tak samo. W tę samą burzę, tą samą taksówką. I z tym samym, beznadziejnym sercem rwącym się do jedynego człowieka, do którego Monty był w stanie tak naprawdę się przywiązać.

Wolfgang Welsh

Are you the definition of insanity? Or am I?

: ndz lip 05, 2026 1:03 pm
autor: Wolfgang Welsh
Zaskoczenie?
Nie.
Rozczarowanie?
Nie.
Smutek?
Nie.

Nie wiedział, co czuł. Przez kilka uderzeń serca, mocnych i nierównych, stał bez ruchu starając się zrozumieć, przetworzyć, to co właśnie się wydarzyło. Jego dłonie wydawały się zimne, jakby przez tę krótką chwilę, którą trwał ich dotyk, zdążyły przechwycić morinowy chłód. Nie wiedział, co zrobić z własnymi rękoma i przez chwilę stał z nimi wyciągniętymi przed siebie, zupełnie jakby wciąż obracał między nimi palce szatyna.
Odrzucenie?
Ciężko powiedzieć. Trawił je w sobie od lat i nie wiedział czy to, co teraz ściskało jego serce i żebra, było jeszcze nim. Przez dwadzieścia lat starał się pogodzić z tym, co się wydarzyło. Nie tylko ze swoimi wyrzutami sumienia; tym, że odebrał życie człowiekowi, który z pewnością nie był niewinny, lecz który zasługiwał na karę w postaci sądu lub zszarganego imienia.
Niekoniecznie śmierci.
Chyba.
Weslh nigdy nie był tego pewien. Zmieniał swoje zdanie w zależności od dnia i szargających nim myśli.

Nie potrafił sobie przypomnieć ich ostatniego spotkania. Czy było to na pogrzebie Morina seniora? Czy w domu Montgomery’ego, gdy Wolfgang przyszedł do niego ze spuszczoną głową i śladem łez w oczach, żałosny w swoim wyobrażeniu, błagając o chwilę rozmowy? A może wtedy, gdy snuł się za nim po posiadłości, a Monty zdenerwowanym szeptem powtarzał później, nie teraz, nie tutaj, lecz Welsh wiedział doskonale, że te słowa były kłamstwami. Później miało nie nastąpić. Nie miało dojść do konfrontacji; rozmowy; wyrzutów; przeprosin; wrzasków. Zamiast tego miała być cisza. I po raz pierwszy w historii ich znajomości była ona nie do zniesienia. Podobnie jak Morin, Wolfgang potrzebował kary. Najlepiej od samego przyjaciela, bo tylko on w roli kata mógł nadać jej sens i tylko on miał do niej prawo. Tylko jego gniew miał znaczenie.
I w końcu, po dwudziestu latach, chyba nareszcie się go doczekał.

Pierdol się, Wolfie.

Cisza zapanowała w jego głowie. Gonitwa myśli, trwająca dwie długie dekady, ustąpiła. I choć powietrze nagle stężało od napiętej atmosfery, klatka piersiowa Wolfganga unosiła się spokojnym, niezmąconym rytmem, gdy płuca nabierały tlenu jakby nic się nie stało. Jakby właśnie nie dostał zawrotu głowy stojąc nad krawędzią. Chciał upaść wprost do przepaści, która roztaczała się pod nim, prosto w czułe objęcia furii Morina. Latami wiódł udawane życie, w którym wbrew rozsądkowi i sprawiedliwości, wydawało się na pozór ułożone. Był zdolny i bystry – nauka, kariera wojskowa, awanse i wyróżnienia przychodziły jedno po drugim, jakby świat odmawiał mu wystawienia rachunku.
Przez chwilę stał nieruchomo, patrząc na Montgomery’ego, który cofnął się gwałtowanie, by móc zbudować między nimi dystans, ale Wolfgang miał go już dość. Nie myśląc, nie zastanawiając się, zrobił krok w jego stronę, stając z nim ponownie twarzą w twarz.
Dokładnie tak, każ mi się pierdolić. Pierdol mnie, Monty i pokaż mi, jak mnie nienawidzisz.
Ręce Wolfganga zacisnęły się na ramionach szatyna, a palce mocno wbiły się w twarde bicepsy. Potrzebował jego gniewu. Nie chciał ugaszać ognia, który patrzył, lecz jeszcze mocniej go wzniecić.
– Och, czyżby, Monty? zapytał niskim tonem, a język zdawał się wypychać słowa z ust jakby się ich brzydził. – Nie jestem wart Twojego czasu? Twojej uwagi? –
Chciał go sprowokować tak bardzo, by poczuć na sobie grad uderzeń. Zarówno pięści, które mogłyby przykryć jego ciało i przebudzić z letargu, w którym tkwiło od lat. Wolfgang dostał w swoim życiu niejeden łomot, lecz żaden nie wydawał się realny i był pewien, że wpierdol spuszczony od Morina byłby w końcu odczuwalny. Potrzebował też słów – ostrych i szczerych, które mogłyby złamać jego serce i duszę. Przyjąłby wszystko ze spokojem. Z wdzięcznością.
Tak bardzo tego potrzebował, niech się tylko Morin ugnie i da mu to, o co tak nieudolnie żebrał.
– Z a b i ł e m ci ojca – jego usta znalazły się tuż przy uchu przyjaciela. Luźne blond kosmyki przysłoniły mu twarz i oparły się końcówkami o policzki Morina, a oddech, nagle krótszy i płytszy niż na początku, owiewał ucho i szyję szatyna. – Naprawdę nie masz mi n i c do powiedzenia? –

montgomery morin

Are you the definition of insanity? Or am I?

: pn lip 06, 2026 11:20 am
autor: montgomery morin
Historia, podobno, lubiła się powtarzać.
Jak zły sen, powracający każdej nocy, wiernie i do znudzenia - tak długo, aż człowiek zaczynał go wyczekiwać. Może nawet za nim tęsknić.
W ich relacji, Montgomery i Wolfgang młodo nauczyli się, że tam gdzie jest jakiś odrzucony, musi być i ten, który go odtrącił. Zaczęło się od niewinnych zabaw, od dziecięcych przepychanek i szczeniackich bójek, w których drobne obrażenia były wypadkiem przy pracy, nigdy powodem do faktycznego cierpienia. Ale już wtedy ich związek był niczym przeciąganie liny. Zawsze ktoś na kogoś czekał - na podwórku, na dziedzińcu, na przystani. Zawsze ktoś kogoś wyglądał, wyciągając szyję i wytężając wzrok nad horyzontem ogrodu Morinów. Gdy jeden udawał, że śpi - w spowitym mrokiem pokoju w uczniowskiej bursie - ten drugi próbował sprowokować go do reakcji, i do zdradzenia się w całym tym kamuflażu.
Czyżby było tak, że sami, być może, kompletnie nieświadomie napisali sobie taki scenariusz do odtwarzania raz po raz, w każdym życiu? Mogli zmieniać adresy, imiona, nazwiska na wizytówkach, kręgi znajomych, albo nawet, do cholery, zawód, ale ich fatum było cierpliwsze od samego czasu. I nawet jego nieubłagany upływ nie mógł sprawić, że ta dynamika, ciążąca nad nimi jak klątwa, po prostu zgaśnie - a nie, jak teraz, że rozjarzy się niby iskra potrzebna, by zaprószyć ogień.
Wolfgang chciał pożaru? Proszę bardzo. Montgomery mógł dać mu i apokalipsę.

- O czym ty, kurwa, mówisz!? - Warknął, zignorowawszy już zupełnie fakt, że Wolfgang (świadomie, prawda? świadomie i wymownie, wiedząc, jaki wpływ miała na szatyna ta forma jego imienia) ponownie sięgał po należące doń w przeszłości zdrobnienie. Szarpnął się, ale była to bardziej forma bezsłownej komunikacji, sygnał, że podejmuje rzuconą mu przez blondyna rękawicę, niż próba faktycznego wyzwolenia się z jego uścisku. Nawet jeśli następnego dnia miał na własnym ciele odkryć dwie długie, bolesne smugi sińców, przy każdym, najostrożniejszym nawet dotyku pulsujące wspomnieniem dotyku Welsha - i nawet, jeśli zmuszony będzie upleść jakąś alternatywną wersję wydarzeń w którą i tak żadne z nich przecież nie uwierzy aby zaspokoić ciekawość narzeczonej względem tego, skąd się one wzięły, teraz stanowczy chwyt Wolfganga przyniósł mu najżałośniejszy rodzaj ulgi. Boże, w końcu. Nareszcie doczekał się, doprosił się, tego dotyku, którego potrzebował jak tlenu. Nie było w nim neutralności, jaką cechowałby się móc uścisk dłoni wymieniony w miejscu publicznym, ani przesadnej ostrożności, z którą Wolfgang jeszcze chwilę temu próbował ukoić jego nerwy. Po raz pierwszy odkąd Monty przekroczył próg jego mieszkania, Wolfgang przestał traktować go jak człowieka, którego należało przede wszystkim uspokoić, a zaczął podchodzić doń jak do równego sobie. Zniknął miękki ton głosu, wyważony ruch dłoni i protekcjonalna maniera. Została wyłącznie siła. Prawdziwa, konkretna, wyrażona ciężarem palców zaciskających się na ramionach Morina jak wnyki, i gorącem oddechu uderzającego w jego policzek niczym płomień liżący obiekt, który zamierzał zaraz pochłonąć.
Nie był pewien, czego Wolfgang pragnął albo oczekiwał wypowiadając kolejne słowa. Prawdę, tak, szokującą być może dla całego zewnętrznego świata, ale nie dla Monty'ego, który żył z nią przecież każdego dnia przez ostatnie dwie dekady. Czy Wolfie chciał go zszokować? Sprowokować? Otrzeźwić jakoś? Uświadomić mu, że co... Że był mordercą?


Jakby Montgomery przez cały czas tego nie wiedział.
Jakby miało to dla niego jakiekolwiek znaczenie.

— I wolałbyś, żeby zabił ciebie? - Kolejne pytanie zabrzmiało raczej jak jęk wydany przez śmiertelnie ranioną zwierzynę. — Albo mnie? Co?
Czyżby obydwaj o tym zapomnieli? Niezależnie od tego, co Welsh zrobił, jednocześnie najprawdopodobniej uratował Monty'emu życie. Gdyby zaś role odwróciły się, i gdyby to Montgomery'emu przyszło stawać w obronie blondyna, trudno byłoby powiedzieć, czy dałby radę swojemu ojcu. Czy potrafiłby poradzić sobie z nim fizycznie, to jedno. Ale także, czy w ogóle miałby odwagę mu się postawić. A gdyby stchórzył? A gdyby stchórzył, i tamtej nocy ostatecznie życie straciłby nie jego rodziciel, a właśnie Wolfgang!?

Nie miałby względem Welsha szans - nieco niższy i znacznie drobniejszy, kruchszy, gdyby nie element zaskoczenia, który zawsze był jego sekretną drogą do chwilowej przewagi, teraz, czy przed laty, podczas dziecinnych przekomarzanek. Czasem Montgomery zastanawiał się wtedy, czy Welsh daje mu fory celowo. Czy tylko udaje, że się nie spodziewał, by litościwie zapewnić przyjacielowi krótki moment triumfu nim odpowiedział kontrą, zwykle rozkładając Monty'ego na łopatki?
Ale to? To nie była zabawa.
Nagle, porywczo, pozwolił własnej dłoni poszybować w kierunku męskiej siły i zaklinować się pod kantem jego szczęki. Czuł ruch grdyki Wolfganga. Gdyby przymknął oczy i dał sobie chwilę, odnalazły też pewnie i rytm pulsu rozpędzonego płytko pod skórą. Zarejestrowałby mgłę zarostu. Ciepło skóry. Ale nie było czasu, nie teraz, gdy Monty działał tak instynktownie, tak nieprzemyślanie. Naparł całym ciężarem własnego ciała, ostatecznie jakimś cudem przyparłszy blondyna do nieodległej ściany. Wolfgang chyba nawet się nie bronił.
— Na litość boską, Wolfie... - żachnął się ze śliną spienioną w kącikach warg. Przez chwilę jeszcze cały swój gniew wpajał w to miejsce, gdzie jego ręka łączyła się z szyją drugiego mężczyzny. A potem odpuścił. Odsunął się, robiąc mały krok w jedną stronę, potem w drugą. Uniósł dłonie, pozwalając im spleść się na własnym, spoconym nagle karku w geście kapitulacji. Zwrócony do Wolfganga profilem, z cieniami rzucanymi przez podświetlone ulicznymi latarniami krople deszczu, przypominał raczej witraż niż człowieka.
— Co chcesz ode mnie usłyszeć? — I dlaczego cokolwiek? Dlaczego, do diabła, Welsh nadal chciał rozmawiać, chciał rozumieć. Czemu nie mogło wystarczyć, że Monty po prostu tu był, nie zastanawiając się, co przyniesie jutro?

Wolfgang Welsh