is this goodbye or just see you later?
: wt maja 26, 2026 4:32 am
cause when she comes,
she always brings a souvenir
Ostatnie dwa miesiące minęły Vicie cholernie szybko. Zamiast cieszyć się małżeństwem... szukała ucieczki. Ucieczki od własnych uczuć, a najgorsze w tym wszystkim było to, że szukała jej też od Alexisa. Nie zrobił nic złego. Był wręcz wzorowym mężem... partnerem, przyjacielem. Zawsze cieszył się na jej powrót do mieszkania. Zawsze był skłonny zrobić cokolwiek, o co tylko go poprosiła, byleby mogli spędzić razem trochę czasu. Jednak ona... nie potrafiła. Tak, jakby w momencie, w którym stanęli na stałym gruncie po wyjściu z samolotu, coś się w niej przestawiło. Jakiś włącznik, który jeszcze chwilę wcześniej krzyczał, że była zakochana na zabój, nagle przełączył się na powolną autodestrukcję. Na głos wmawiający jej, że nie zasługuje na kogokolwiek. Na cokolwiek, co miałoby oznaczać, że będzie kochana, pragniona, wspierana.
Zostawała coraz dłużej w pracy. Imprezowała. Robiła wszystko, by spędzać w domu jak najmniej czasu i nie być sam na sam z Lexim. Bo bycie w jego towarzystwie oznaczałoby, że jednak czułaby coś w rodzaju euforii. Szybsze bicie serca. Uczucia rosnące gdzieś nisko w podbrzuszu, w dalszym ciągu oddające wrażenie tych cholernych motylków, których doznała za pierwszym razem, gdy go zobaczyła po tak długim czasie. A to... to było zbyt ciepłe. Zbyt bezpieczne.
Na coś takiego NIE MOGŁA sobie pozwolić.
Nie zasługiwała na to. Powinna być sama. Niekochana. Niechciana. Dosłownie tak jak wmawiała jej własna matka. Sama idea utraty kontroli, oddania się emocjom, które powoli zżerały ją od środka, była zbyt mocna. Zbyt intensywna... przerażająca. Nie mogła się temu tak po prostu oddać. Więc wybrała najłatwiejsze wyjście z tej całej sytuacji... ucieczkę. I taki też miała plan tamtego wieczoru.
Wiedziała, że nie zrobi tego na trzeźwo. Nie da rady patrzeć w te jego piwne ślepia i prosić o rozwód. Wiedziała jak bardzo ją kochał, przecież udowadniał to jej każdego cholernego dnia, damn it! Musiała wlać w siebie coś mocniejszego, więc po zmianie została jeszcze jakieś dziesięć minut, żeby napić się kilku shotów ze swoim ulubionym klientem, Rodneyem. Co jakiś czas zerkała na mieniący się pierścionek na swoim palcu i przełykała ślinę, aż w końcu podniosła się z miejsca i zarzuciła torbę na ramię. Do domu dotarła po jakichś trzydziestu minutach. Przekręciła zamek i otworzyła drzwi, pod którymi chwilę później pojawił się Milo. Wzięła głęboki oddech, widząc Lexiego. Odłożyła torbę, zsunęła buty, wsunęła stopy w klapki i podeszła do niego. Z jej ust wydostały się tylko słowa, - Lexie... musimy porozmawiać.
cause when she loves..
she only shows it through dead deer
lexie
she always brings a souvenir
Ostatnie dwa miesiące minęły Vicie cholernie szybko. Zamiast cieszyć się małżeństwem... szukała ucieczki. Ucieczki od własnych uczuć, a najgorsze w tym wszystkim było to, że szukała jej też od Alexisa. Nie zrobił nic złego. Był wręcz wzorowym mężem... partnerem, przyjacielem. Zawsze cieszył się na jej powrót do mieszkania. Zawsze był skłonny zrobić cokolwiek, o co tylko go poprosiła, byleby mogli spędzić razem trochę czasu. Jednak ona... nie potrafiła. Tak, jakby w momencie, w którym stanęli na stałym gruncie po wyjściu z samolotu, coś się w niej przestawiło. Jakiś włącznik, który jeszcze chwilę wcześniej krzyczał, że była zakochana na zabój, nagle przełączył się na powolną autodestrukcję. Na głos wmawiający jej, że nie zasługuje na kogokolwiek. Na cokolwiek, co miałoby oznaczać, że będzie kochana, pragniona, wspierana.
Zostawała coraz dłużej w pracy. Imprezowała. Robiła wszystko, by spędzać w domu jak najmniej czasu i nie być sam na sam z Lexim. Bo bycie w jego towarzystwie oznaczałoby, że jednak czułaby coś w rodzaju euforii. Szybsze bicie serca. Uczucia rosnące gdzieś nisko w podbrzuszu, w dalszym ciągu oddające wrażenie tych cholernych motylków, których doznała za pierwszym razem, gdy go zobaczyła po tak długim czasie. A to... to było zbyt ciepłe. Zbyt bezpieczne.
Na coś takiego NIE MOGŁA sobie pozwolić.
Nie zasługiwała na to. Powinna być sama. Niekochana. Niechciana. Dosłownie tak jak wmawiała jej własna matka. Sama idea utraty kontroli, oddania się emocjom, które powoli zżerały ją od środka, była zbyt mocna. Zbyt intensywna... przerażająca. Nie mogła się temu tak po prostu oddać. Więc wybrała najłatwiejsze wyjście z tej całej sytuacji... ucieczkę. I taki też miała plan tamtego wieczoru.
Wiedziała, że nie zrobi tego na trzeźwo. Nie da rady patrzeć w te jego piwne ślepia i prosić o rozwód. Wiedziała jak bardzo ją kochał, przecież udowadniał to jej każdego cholernego dnia, damn it! Musiała wlać w siebie coś mocniejszego, więc po zmianie została jeszcze jakieś dziesięć minut, żeby napić się kilku shotów ze swoim ulubionym klientem, Rodneyem. Co jakiś czas zerkała na mieniący się pierścionek na swoim palcu i przełykała ślinę, aż w końcu podniosła się z miejsca i zarzuciła torbę na ramię. Do domu dotarła po jakichś trzydziestu minutach. Przekręciła zamek i otworzyła drzwi, pod którymi chwilę później pojawił się Milo. Wzięła głęboki oddech, widząc Lexiego. Odłożyła torbę, zsunęła buty, wsunęła stopy w klapki i podeszła do niego. Z jej ust wydostały się tylko słowa, - Lexie... musimy porozmawiać.
cause when she loves..
she only shows it through dead deer
lexie