“Love is not love
Which alters when it alteration finds,
Or bends with the remover to remove:
O no! it is an ever-fixed mark
That looks on tempests and is never shaken.”
Był.. zagubiony? Rozdarty? Z jednej strony szczęśliwy, z drugiej idiotycznie samotny, a z trzeciej zaciskało mu się gardło za każdym razem, gdy wracał do pustego domu, lub obracał się w łóżku tylko po to, by dotknąć zimną pościel.
Tęsknił za nią. Tak cholernie tęsknił do szczęścia, które mu dawała, do uśmiechu, do ciepłych uczuć, do tego wyższego rodzaju spełnienia, który nie miał nic wspólnego z seksem, a wszystko wspólne z jej obecnością. Z jej śmiechem. Ze sposobem w jaki jej oczy błyszczały, a nos i kąciki oczu marszczyły się w szerokim uśmiechu. Oh, jak cholernie bolało go serce, bo tak dawno tego nie widział.
-
Nie będzie łatwo. Będziecie się kłócić i tracić, nie zgadzać, mijać, unikać.. Ale warto. Warto dla powrotów, dla zgód, dla tego ciepłego uczucia, kiedy wiesz w stu procentach, że ta kobieta jest twoim domem, twoją duszą i życiem. - łatwo było mówić staremu Bennettowi, choć nigdy nie podejrzewał go o taką.. poetyckość. Po kimś w końcu musiał to mieć, prawda? Jednorazowe serce, które uparcie rwało się tylko do tej jednej osoby, jednej kobiety, którą sobie ukochał, którą stawiał na piedestale i wielbił tak, że czasami graniczyło to z obsesją. Niech i tak będzie. Niech będzie obsesja. Jak szczęśliwym mężczyzną byłby, obsesyjnie kochając swoją żonę, prawda..?
Nie było jej. Nie miał pojęcia co robił źle, co się zmieniło, kiedy wylądowali znów w Toronto i przeszli do normalnego życia. Odsuwała się od niego, stopniowo, wracała do domu później, wychodziła wcześniej, potem nie wracała na noc i chociaż wiedział, że nie ma nikogo prócz jego, i tak bolało. Tylko dlaczego? Nie był ślepy ani głupi, nawet jeśli czasami naprawdę chciał być i wychodziło mu całkiem nieźle udawanie w przeszłości.. Tym razem nie chciał udawać. Zależało mu zbyt bardzo, a jego miłość była zdecydowanie zbyt pewna, by zachwiać się tylko dlatego, że... Właśnie, że co? Dlaczego nie chciała mu powiedzieć co było nie tak? Dlaczego z uporem i sztucznym uśmiechem na ustach próbowała udawać, że wszystko było okay. Nie było. Nic nie było okay.
Nienawidził tego, jak bardzo słaba była jego wola. Im dłużej utrzymywała tą szaradę i go unikała, tym częściej myślał o tym, że może gdyby wrócił
odrobinę do bycia bardziej zabawnym, to może znów by go chciała? Może jego trzeźwość tak bardzo ją odpychała? W końcu świat się nie skończy, jeśli napiłby się drinka czy dwóch..
Nie mógł.
Nie chciał.
Bał się.
Oh, tak cholernie się bał, że Vita do niego nigdy nie wróci, a on sam skończy znów gdzieś w rynsztoku, potwierdzając jej i całemu światu, że nie był w stanie bez niej funkcjonować. Był słaby i nie warty jej ciepłych uczuć.
Co-dependent. Toksyczny. Niestabilny, a w ostatnim czasie wiecznie senny, jakby jego ciało starało się odespać traumę, przez które je przeciągał latami.
Zupa z soczewicy była jej ulubioną, którą przyrządzała kiedyś jego mama, wieki temu, czasami wydawało mu się, że w innym życiu i.. Poprosił o przepis, zapisał wszystko skrupulatnie,
pożyczył wszystko co było mu potrzebne z restauracji po swojej zmianie i zamiast paść na mordę po prysznicu, sączył energetyka, gotując. Dla Vity. Dla nich. Bo,
do kurwy nędzy, był dobrym mężem i nie miał zamiaru się poddać, dopóki w końcu z nim nie porozmawia... A zupa była zajebista, chociaż może trochę za słona w jego wykonaniu.
Akurat kosztował, kiedy usłyszał klucze przy drzwiach wejściowych. Ciasna obręcz spięła jego żołądek z mieszanki nerwów i radości. -
Hey! - rzucił krótko przez ramię, wyłączając gaz pod garnkiem, odrzucając na blat fartuch, który przed momentem miał na sobie. Odwrócił się w jej stronę, a kiedy tylko na nią spojrzał, włoski stanęły mu dęba na karku, czując na odległość jej determinację.
Oh, fuck. Oparł się o blat, przyglądając jej, kiedy bez słowa podchodziła bliżej.
Lexie... musimy porozmawiać. Tak, musieli.. Zamiast odpowiadać od razu, podniósł dłoń, by w czułym gestem założyć jej włosy za ucho, zaraz potem przesunąć palcami po policzku, przyglądając się błękitnym oczom i próbując coś z nich wyczytać. Bez sukcesu.
-
Zjedz coś najpierw? - skinął krótko głową w stronę posiłku nad którym pracował ostatnie kilka godzin, a zamiast opuścić dłoń, oparł ją w jej talii, przyciągając V bliżej siebie. Tylko trochę. Dobry Boże, jak on ją kochał. Jak jej potrzebował. To było nielogiczne, nienormalne i przekraczało wszelkie obsesje. -
Proszę? Możemy rozmawiać przy jedzeniu. - pochylił głowę tylko odrobinę, by znaleźć się na tej samej wysokości, tym samym pokazując jej jak bardzo próbował się przedrzeć przez ten mur, który wokół siebie stawiała.
I cannot live without my life.
I cannot live without my soul.
You will be the death of me, my love.
v