But we could be nice to each other
: ndz maja 31, 2026 6:45 pm
outfit
Nie było, co oszukiwać… tego typu imprezy nie były ulubionym miejscem Iris Valentine. Gdyby miała wybierać – wolałaby zostać w pracy i użerać się z brzydkimi przypadkami z tutejszej izby przyjęć. Ale jednocześnie miała w swoim życiu tak niewielu ludzi, z którymi utrzymywała realny kontakt i których mogła nazwać swoimi przyjaciółmi, że czasami musiała własny komfort schować do kieszeni. Dzisiaj nie chodziło o nią i dzisiaj zwyczajnie nie mogła odmówić. Więc ułożyła grafik tak, żeby mieć wolny dzień, wybrała kieckę, chociaż nie zdarzało się to często i przed wyjściem z domu spojrzała w lustro, żeby kilkukrotnie obiecać sobie, że będzie się dobrze bawić. Musiała się przecież dobrze bawić – mieli świętować miłość przyjaciół, ich zaręczyny i chęć dalszego budowania wspólnego życia. Nic tylko się wzruszyć! No pomijając to, że Iris zaczynała wierzyć, że ma serce z kamienia i powinna przygarnąć kota, żeby móc być stereotypową zgorzkniałą starą panną. Miłość, yay!
Mimo wszystko na przyjęciu pojawiła się o czasie, miała nawet prezent oraz szeroki uśmiech przyklejony do twarzy. Dość szybko odnalazła się w towarzystwie, zginęła w tak zwanym tłumie, szukając najbardziej komfortowych twarzy i w towarzystwie kieliszka wina – zaczynała się rozluźniać i faktycznie dobrze bawić.
A później wszystko szlag trafił i poczuła, że znalazła się w piekle.
Gdy Caroline – przyszła panna młoda – podeszła do grupki Iris i kilku znajomych nawet nie próbowała ukryć swojego podekscytowania.
- Kochani, musicie kogoś poznać! – rzuciła pogodnie, przerywając im rozmowę i ciągnąć za sobą parę, którą chciała im przedstawić – Moja siostra z mężem niedawno wrócili ze Stanów, no czy mogło być lepsze wyczucie czasu!? – dziewczyna szczebiotała dalej, ale Iris nie słyszała jej słów. Jej wzrok zatrzymał się na mężczyźnie, na mężu kobiety, która została przedstawiona jako starsza siostra przyszłej panny młodej. Szlag. Poczuła jak krew odpływa jej z twarzy, strach ją paraliżuje i musiała aż odstawić kieliszek z winem na stolik, żeby nie było po nim widać jak bardzo zaczęły trząść jej się ręce. Potrzebowała sekundy lub dwóch. Po tym czasie przykleiła sobie na twarz szeroki pogodny uśmiech i przywitała się z żoną Hendersona, przedstawiając jej się i wymieniając parę uprzejmości. Wyciągnęła też dłoń do mężczyzny, zupełnie jednak nie wiedząc jak powinna się zachować. Powinni udawać, że się nie znają, czy że wpadli kiedyś na siebie na pustyni? Ugh. Naprawdę nie wiedziała.
- Miło poznać. – rzuciła więc cicho, a zaraz też zgrabnie wycofała się z towarzystwa, starając się znaleźć inne i ponownie jakoś zniknąć w tłumie. Szlag! Najgorzej, że powitalny drink zaraz się kończył i będą musieli usiąść przy stolikach... oby jak najdalej od siebie!
Dawno za nic nie trzymała tak mocno kciuków.
Jesse Henderson
Nie było, co oszukiwać… tego typu imprezy nie były ulubionym miejscem Iris Valentine. Gdyby miała wybierać – wolałaby zostać w pracy i użerać się z brzydkimi przypadkami z tutejszej izby przyjęć. Ale jednocześnie miała w swoim życiu tak niewielu ludzi, z którymi utrzymywała realny kontakt i których mogła nazwać swoimi przyjaciółmi, że czasami musiała własny komfort schować do kieszeni. Dzisiaj nie chodziło o nią i dzisiaj zwyczajnie nie mogła odmówić. Więc ułożyła grafik tak, żeby mieć wolny dzień, wybrała kieckę, chociaż nie zdarzało się to często i przed wyjściem z domu spojrzała w lustro, żeby kilkukrotnie obiecać sobie, że będzie się dobrze bawić. Musiała się przecież dobrze bawić – mieli świętować miłość przyjaciół, ich zaręczyny i chęć dalszego budowania wspólnego życia. Nic tylko się wzruszyć! No pomijając to, że Iris zaczynała wierzyć, że ma serce z kamienia i powinna przygarnąć kota, żeby móc być stereotypową zgorzkniałą starą panną. Miłość, yay!
Mimo wszystko na przyjęciu pojawiła się o czasie, miała nawet prezent oraz szeroki uśmiech przyklejony do twarzy. Dość szybko odnalazła się w towarzystwie, zginęła w tak zwanym tłumie, szukając najbardziej komfortowych twarzy i w towarzystwie kieliszka wina – zaczynała się rozluźniać i faktycznie dobrze bawić.
A później wszystko szlag trafił i poczuła, że znalazła się w piekle.
Gdy Caroline – przyszła panna młoda – podeszła do grupki Iris i kilku znajomych nawet nie próbowała ukryć swojego podekscytowania.
- Kochani, musicie kogoś poznać! – rzuciła pogodnie, przerywając im rozmowę i ciągnąć za sobą parę, którą chciała im przedstawić – Moja siostra z mężem niedawno wrócili ze Stanów, no czy mogło być lepsze wyczucie czasu!? – dziewczyna szczebiotała dalej, ale Iris nie słyszała jej słów. Jej wzrok zatrzymał się na mężczyźnie, na mężu kobiety, która została przedstawiona jako starsza siostra przyszłej panny młodej. Szlag. Poczuła jak krew odpływa jej z twarzy, strach ją paraliżuje i musiała aż odstawić kieliszek z winem na stolik, żeby nie było po nim widać jak bardzo zaczęły trząść jej się ręce. Potrzebowała sekundy lub dwóch. Po tym czasie przykleiła sobie na twarz szeroki pogodny uśmiech i przywitała się z żoną Hendersona, przedstawiając jej się i wymieniając parę uprzejmości. Wyciągnęła też dłoń do mężczyzny, zupełnie jednak nie wiedząc jak powinna się zachować. Powinni udawać, że się nie znają, czy że wpadli kiedyś na siebie na pustyni? Ugh. Naprawdę nie wiedziała.
- Miło poznać. – rzuciła więc cicho, a zaraz też zgrabnie wycofała się z towarzystwa, starając się znaleźć inne i ponownie jakoś zniknąć w tłumie. Szlag! Najgorzej, że powitalny drink zaraz się kończył i będą musieli usiąść przy stolikach... oby jak najdalej od siebie!
Dawno za nic nie trzymała tak mocno kciuków.
Jesse Henderson