Strona 1 z 1

late night talking over the cheap wine

: wt cze 02, 2026 5:23 pm
autor: Liyana Sinclair
005.
Mogłabym ci kiedyś pokazać któreś z takich miejsc.
Lina rzucała podobne obietnice lekko, bo zazwyczaj wiedziała, że większości z nich nie spełni. Tak było bezpieczniej. Łatwiej było to powiedzieć, kiedy to „kiedyś” nie miało daty, godziny ani żadnych realnych konsekwencji. Kiedy mogło zostać tylko zdaniem zawieszonym między nimi, małym uchyleniem drzwi, przez które nie trzeba było od razu przechodzić. Ale przecież od początku wiedziała, że wcale nie chce w tym wypadku zostawić tego w zawieszeniu. Że wbrew wszystkim jej zasadom i zdrowemu rozsądkowi chce pchnąć te drzwi jeszcze mocniej. Czy to było rozsądne?
Najpewniej nie. Ale Lina nic nie mogła poradzić na to, że ostatnio Horacy częściej gościł w jej myślach, niż by sobie tego życzyła. To było głupie. Niewygodne. Trochę śmieszne w sposób, który ją irytował, bo przecież nie miała już szesnastu lat i nie powinna łapać się na tym, że pewne zdania wracają do niej podczas zmywania kubka, zamykania drzwi, na przystanku, na którym autobus spóźniał się siedem minut. A jednak wracały. Jego głos, jego uważność, ten dziwny sposób, w jaki potrafił powiedzieć coś ciężkiego bez robienia z tego przedstawienia.
Zerknęła na niego kątem oka, ale zaraz znów obróciła głowę, pilnując ścieżki, którą szli.
To może nie jest najmniej ładne z miejsc, które znalazłam w Toronto, ale na pewno nie serwują tu kaczki za równowartość małej fortuny – odezwała się z charakterystycznym sobie pomieszaniem rozbawienia i złośliwości. Ścieżka wyprowadziła ich na niewielki skwer ponad klifami. Nie trzeba było podchodzić blisko krawędzi, żeby poczuć przestrzeń. Jezioro leżało gdzieś dalej i niżej; Lina właśnie dlatego lubiła to miejsce. Mogła być blisko, ale nie za blisko. Mogła udawać, że to ona wybiera dystans.
W pierwszej chwili poczuła się dziwnie. Zawsze była tu sama. Nie chodziło o to, że to miejsce było sekretne. Nie było. Ktoś kiedyś postawił tu ławki, przybił tabliczki ostrzegające przed osuwaniem się ziemi, wydeptał ścieżkę i uznał, że to wystarczy. Każdy mógłby trafić na ten niewielki skwer ponad Scarborough Bluffs, gdyby zboczył z bardziej oczywistej trasy. A jednak Lina lubiła myśleć, że miejsce nie oddawało się tak łatwo każdemu. Że trzeba było go nie tyle znaleźć, co zauważyć.
Lina zatrzymała się przy ławce ustawionej przodem do widoku. Usiadła na niej, poklepując miejsce obok siebie. Z torby przewieszonej przez ramię wyciągnęła butelkę wina i uśmiechnęła się do niego w sposób wyraźnie wskazujący, że wybór trunku nie jest przypadkowy.
Dorwałam je za całe dziesięć dolarów w supermarkecie koło mnie – pochwaliła się, jakby udało jej się upolować coś wyjątkowego, a w jej brązowych oczach błysnęło rozbawienie. I coś jeszcze. Zadowolenie.

Horacy Bell