Kiedy nazwał ten wieczór wspaniałym pomysłem, Lina spojrzała na niego odrobinę szybciej, niż powinna. Chciała od razu odpowiedzieć czymś ostrym, lekkim, wystarczająco bezpiecznym, żeby nie musieć zatrzymywać się przy tym zdaniu ani sekundy dłużej. Ale przez krótką chwilę nic nie przyszło jej do głowy.
Bo jak bardzo by chciała przekonywać samą siebie, że nic kompletnie te słowa dla niej nie znaczyły, nie była to prawda. Ta świadomość była prawie tak niewygodna jak kamyk, który wpada do buta, a tym nie możesz się akurat zatrzymać, by się go pobyć. Bo Lina z jakiegoś powodu, chciała, żeby mu się podobało. To było nowe. Nie przywiązywała dużej wagi do tego, co myślą o niej inni, szczególnie tutaj, w Toronto. Nikomu dotąd nie pozwoliła przecież zbliżyć się do siebie na tyle, by mogło to mieć dla niej jakiekolwiek znaczenie. Funkcjonowała wśród ludzi, ale alienowała się od nich, bo choć była daleko od domu, nie potrafiła pozbyć się myśli, że gdyby ktokolwiek poznał ją lepiej, prędzej czy później i tak odwróciłby się od niej, jak niemal wszyscy ważni ludzie w jej życiu. Dalsza rodzina, dawni przyjaciele. Wszystko przez jej brata. Przez lata wypracowała w sobie mechanizmy obronne, które – jak jej się wydawało – chroniły ją przed rozczarowaniem.
A jednak czasem patrzyła na ludzi, którzy przewijali się przez jej codzienność i żałowała, że nie żyje jak oni. Kiedy było jej źle nie miała do kogo zadzwonić, bo przecież nie chciała martwić mamy, która cały czas walczyła z własnymi demonami. Numery, które kiedyś wybierała bez zastanowienia, już dawno pousuwała. Była sama i czasem ta świadomość przytłaczała ją bardziej niż byłaby w stanie przyznać.
Ale podczas tego wieczoru, czy ostatniej kolacji, może po prostu ogólnie w towarzystwie Horacego przynajmniej przez chwilę była trochę mniej samotna.
–
Czyli jeden zero dla mnie w starciu ze snobami – odpowiedziała z nieco przesadnie teatralną dumą w głosie, jakby rzeczywiście wierzyła, że dużą zasługę miała w sprowadzeniu go na złe (choć w jej mniemaniu jedyne właściwe) tory. –
Człowiek buduje reputację latami, dobiera odpowiednie koszule, udaje, że rozumie karty win, przekonująco opowiada o dekonstrukcji rosołu, a potem przychodzi jedna kobieta z winem za dychę i wszystko się rozpada. – Westchnęła, jakby szukała w tym tragizmu, choć wszystko to było oczywiście typowym dla niej humorem. To tak łatwo jej przychodziło. Żartowanie z nim, podłapywanie jego tonu, odbijanie jego słów. Lina zwykle musiała pilnować rozmów – ich tempa, ciężaru, punktów, w których ktoś mógł podejść za blisko albo zadać pytanie, na które nie miała ochoty odpowiadać. Przy Horacym też się pilnowała, oczywiście. Nie przestała nagle być sobą. A jednak coś w tym wszystkim było prostsze. Lżejsze. Jakby jej ironia nie musiała pełnić wyłącznie funkcji tarczy, tylko mogła na moment stać się tym, czym chyba bywała dawno temu: zwykłą przyjemnością z rozmowy z kimś, kto rozumiał jej żart. –
Wiesz – odezwała się nagle, a w jej głosie pojawiła się jakaś miękkość –
ja wolę tę wersję. Tę wykluczoną z klubu snobów – doprecyzowała i dopiero kiedy to powiedziała, dotarło do niej, jak mogło zabrzmieć. Przez ułamek sekundy miała ochotę cofnąć słowa albo przynajmniej rozbroić je czymś ostrzejszym, ale było już za późno. Zostały między nimi, ciche i niewygodnie prawdziwe, bo Lina mimo strachu postanowiła ich nie cofać.
Wyciągnęła dłoń, by odebrać od niego butelkę, ale tym razem ich palce spotkały się na chłodnym szkle. Tylko na sekundę. Zupełnie przypadkowo. Dłoń przy dłoni, skóra przy skórze, krótkie zahaczenie palców w momencie, w którym jedno z nich puszczało butelkę, a drugie jeszcze nie przejęło jej do końca. Takie rzeczy zdarzały się ludziom codziennie i nie były niczym szczególnym.
Lina jednak poczuła to zbyt wyraźnie. Bardziej niż powinna. Nie cofnęła ręki od razu gwałtownie, bo to byłoby przyznanie się do winy, a przecież żadnej winy nie było. Zamiast tego przejęła butelkę z nieco przesadną ostrożnością, jakby nagle naprawdę zależało jej na bezpieczeństwie. Palce miała chłodne, ale miejsce, którego dotknął, zdawało się przez chwilę pamiętać ciepło jego dłoni. Skupiła się na jego słowach, nie na tym, że ten przypadkowy dotyk tak na nią podziałał.
–
A to? – wyrwało jej się, nim przemyślałaby, czy to rozsądne zadawać to pytanie. –
Czy to byłyby odpowiednie okoliczności na lepsze wino? – dokończyła, próbując nadać temu pytaniu ton zwykłej zaczepki. Nie chodziło o wino. Nie tak naprawdę. Wino było najłatwiejszą częścią tej rozmowy – głupim rekwizytem, czymś, za czym można było się schować, kiedy słowa zaczynały zahaczać o rzeczy znacznie trudniejsze. Ławka, klif, chłodny wiatr, dziesięć dolarów wydane na alkohol o wątpliwej reputacji; to wszystko dało się obrócić w żart. Dużo trudniej było zapytać wprost, czy jemu też było tutaj dobrze.
Czy jej towarzystwo wystarczało, żeby okoliczności stały się odpowiednie. Czy ten wieczór był dla niego tylko dziwną, przyjemną odmianą po dyżurze, czy może czymś, do czego będzie wracał myślami, kiedy już wrócą każde do swojego świata.
Horacy Bell