Strona 1 z 1

The Night Owes Us Nothing

: czw cze 04, 2026 1:46 am
autor: Dean Vanberg
Plusem nie posiadania rodziców, jakkolwiek by to nie brzmiało, był brak jakiegokolwiek ograniczenia. Dean co prawda nie przejmował się nimi nawet, jeśli ojciec mieszkał z nimi, a matka nadal żyła, ale teraz nie musiał słuchać nieznośnego gadania nad uchem, że po raz kolejny przynosi rodzinie wstyd. Wstydem była jego rodzicielka oraz tchórzliwy dawca plemników, który pozornie mógł uchodzić za jego ojca. Vanberg nigdy go tak nie traktował, tym bardziej, że również mężczyzna nie uważał go za swojego syna. Zdecydowanie zalatywało porządną patologią, od której udało mu się uwolnić, a która zostawiła widoczne piętno na psychice chłopaka.
Jak to się mówi - shit happens.
Szybko odgarnął od siebie wspomnienia. Nie były potrzebne. Brzęczały mu niczym upierdliwa mucha, której trzeba było się pozbyć dla własnego komfortu psychicznego. Wystarczyło, że miał na niej głębokie rysy. Jeszcze kilka, a wyląduje w psychiatryku, w którym swego czasu próbowano go umieścić. Gdyby nie nabyta odporność i zapewne pomoc ciotki mającej do niego słabość, jakiemuś psychiatrze by się udało.
Wydmuchał dym, zerkając na pląsające niczym stado małpiszonów dzieciaki znajdujące się pod opieką jednej z zatrudnionych instruktorek. Ciekawe ilu straciłby klientów, gdyby rodzice tych jakże śmierdzących i głośnych pociech wiedzieli, co tak naprawdę o nich myślał. Żeby nie było, traktował ten biznes poważnie, miał być przepustką do odniesienia większego sukcesu, ale denerwował go wewnętrznie fakt, że sam nie mógł w pełni wrócić do konkursów. To jeszcze nie był jego czas.
Potrzebował porządnej domówki, żeby się rozluźnić. Za dużo mu się nawaliło na łeb, a jeszcze dopadły go wspomnienia.
Wspaniale.
Przejrzał kontakty w telefonie. Odniósł wrażenie, że wyciągnięcie w ostatnim czasie kogoś względnie normalnego na imprezę graniczyło z cudem. Jasne, mógł zniżyć się do poziomu płytki chodnikowej i zgarnąć pierwszą lepszą osobę, ale w towarzystwie takiej bawiłby się równie dobrze, jak na cmentarzu. Chociaż wróć… tam ludzie byli mniej sztywni, niż zgraja, która pojawiała się na większości domówek w mieście.
Niespodziewanie palce zatrzymał się na pewnej rudej (przynajmniej taka była, jak ją widział ostatni raz). Szybki SMS, że wybywają dzisiaj wieczorem, czy tego chciała czy nie. Była mu to winna po ostatnim. Kolejnych kilka uruchomionych kontaktów i już wiedział, że zawojują poza granicami Toronto. Tam go dawno nie było, a Vaughan kusiło wielu.
O wyznaczonej godzinie znalazł się na stacji kolejowej, skąd miał odjechać ich pociąg. Mógł pokusić się o zawiezienie ich motorem, ale planował szaleć, upijając się na tyle, by zdawać sobie sprawę, że kierowanie odpadnie. Ograniczenie, ale konieczne do zachowania maszyny. A na niej wyjątkowo mu zależało.
Rozejrzał się, dostrzegając znajomą czuprynę. Idealnie, czekała na niego. Tak zachowują się ludzie, którzy znali hierarchię.
-Proszę, proszę. Stawiam, że jedziesz na dobry podryw. Ile cnót masz zamiar ukraść? - Zmierzył ją bezceremonialnie wzrokiem. Była laska, nie ukrywał tego. Marzeniem prawiczków, którzy chcieliby spędzić z nią chociażby pięć minut, a których by nie wytrzymali.
Gdyby tylko wiedzieli.

Gabriela R. Blais