-
a Canadian is somebody who knows how to make love in a canoe
nieobecnośćniewątki 18+takzaimkizaimkityp narracjinarracja trzecioosobowaczas narracjiczas przeszłypostaćautor
Jak to się mówi - shit happens.
Szybko odgarnął od siebie wspomnienia. Nie były potrzebne. Brzęczały mu niczym upierdliwa mucha, której trzeba było się pozbyć dla własnego komfortu psychicznego. Wystarczyło, że miał na niej głębokie rysy. Jeszcze kilka, a wyląduje w psychiatryku, w którym swego czasu próbowano go umieścić. Gdyby nie nabyta odporność i zapewne pomoc ciotki mającej do niego słabość, jakiemuś psychiatrze by się udało.
Wydmuchał dym, zerkając na pląsające niczym stado małpiszonów dzieciaki znajdujące się pod opieką jednej z zatrudnionych instruktorek. Ciekawe ilu straciłby klientów, gdyby rodzice tych jakże śmierdzących i głośnych pociech wiedzieli, co tak naprawdę o nich myślał. Żeby nie było, traktował ten biznes poważnie, miał być przepustką do odniesienia większego sukcesu, ale denerwował go wewnętrznie fakt, że sam nie mógł w pełni wrócić do konkursów. To jeszcze nie był jego czas.
Potrzebował porządnej domówki, żeby się rozluźnić. Za dużo mu się nawaliło na łeb, a jeszcze dopadły go wspomnienia.
Wspaniale.
Przejrzał kontakty w telefonie. Odniósł wrażenie, że wyciągnięcie w ostatnim czasie kogoś względnie normalnego na imprezę graniczyło z cudem. Jasne, mógł zniżyć się do poziomu płytki chodnikowej i zgarnąć pierwszą lepszą osobę, ale w towarzystwie takiej bawiłby się równie dobrze, jak na cmentarzu. Chociaż wróć… tam ludzie byli mniej sztywni, niż zgraja, która pojawiała się na większości domówek w mieście.
Niespodziewanie palce zatrzymał się na pewnej rudej (przynajmniej taka była, jak ją widział ostatni raz). Szybki SMS, że wybywają dzisiaj wieczorem, czy tego chciała czy nie. Była mu to winna po ostatnim. Kolejnych kilka uruchomionych kontaktów i już wiedział, że zawojują poza granicami Toronto. Tam go dawno nie było, a Vaughan kusiło wielu.
O wyznaczonej godzinie znalazł się na stacji kolejowej, skąd miał odjechać ich pociąg. Mógł pokusić się o zawiezienie ich motorem, ale planował szaleć, upijając się na tyle, by zdawać sobie sprawę, że kierowanie odpadnie. Ograniczenie, ale konieczne do zachowania maszyny. A na niej wyjątkowo mu zależało.
Rozejrzał się, dostrzegając znajomą czuprynę. Idealnie, czekała na niego. Tak zachowują się ludzie, którzy znali hierarchię.
-Proszę, proszę. Stawiam, że jedziesz na dobry podryw. Ile cnót masz zamiar ukraść? - Zmierzył ją bezceremonialnie wzrokiem. Była laska, nie ukrywał tego. Marzeniem prawiczków, którzy chcieliby spędzić z nią chociażby pięć minut, a których by nie wytrzymali.
Gdyby tylko wiedzieli.
Gabriela R. Blais
-
You're a bad idea but I like bad ideas.nieobecnośćniewątki 18+takzaimkizaimkityp narracji3 osczas narracji-postaćautor
„Wracam od Ciebie uberem o czwartej
Wiem było fajnie, ale jutro nie wpadnę,
Wszystkie czarne myśli wymieszały się z głośnym radiem...”
W pierwszym odruchu chciała zignorować wiadomość od tego dupka i wysłać go do samego diabła. Tyle, że to krótkie zaproszenie wywoływało pewną falę ekscytacji. Wstyd było przyznać, ale gdzieś oczekiwała tym razem na reakcję z jego strony. Ta ich mała gra zawsze toczyła się tym samym schematem. Ktoś odzywał się pierwszy. Ponosiło ich mocno, a nad ranem rozchodzili się każdy w swoją stronę, zarzekając się, że tym razem to był ostatni raz. I tak było... Do czasu aż w powiadomieniach wyskakiwało to jedno małe okienko sugerujące, że znowu ktoś wykonał ten pierwszy ruch.
„Obiecałeś mi, że to nasz ostatni raz,
Słyszę w głowie te puste słowa cały czas.”
Jebać to... Tym razem to będzie ostatni raz.
Próbowała to sobie wmówić, powtarzając te słowa niczym mantrę, gdy starannie nakładała makijaż na swoją twarz. Zacmokała, żeby rozetrzeć czerwoną pomadkę na ustach i z uznaniem spojrzała na swoje odbicie w lustrze. Krótka skórzana spódniczka ledwie zakrywała jej tyłek. Koronkowy stanik idealnie opinał jej cycki kusząc do grzechu. A tych kozaków za kolano nie powstydziłaby się nawet striptizerka z ekskluzywnego klubu. Przez chwilę zastanawiała się czy do kompletu dodać skórzaną kurtkę, ale w końcu zdecydowała się na białe futerko, bo noce jeszcze były chłodne.
„Hipnotyzują czerwone światła,
Puste ulice, błyszczący asfalt
Nigdy nawet nie spytałeś czy już dotarłam.”
Dupek. Pierdolony Vanberg podał jej złą godzinę, przewidując to, że się spóźni. Racjonalnie było to dobre posunięcie, bo pociąg nie czekałby specjalnie na nią, ale do kurwy nędzy Dean znowu sobie z nią pogrywał. Stukała wkurwiona obcasem o chodnik i niczym rozjuszona kotka skierowała kroki w stronę mężczyzny, gdy tylko znalazł się w zasięgu jej wzroku. Bezwstydnie złapała jego krocze i ścisnęła jego jajka, wbijając przez materiał jego spodni swoje długie paznokcie.
- Jeszcze raz podasz mi złą godzinę, a cię wykastruję. - zmrużyła groźnie oczy i uniosła kąciki ust, gdy ich spojrzenie się skrzyżowało. Złożyła na jego ustach namiętny pocałunek, gryząc jego dolną wargę mocno, bo dalej była na niego zła. Jednak ten zły humorek szybko wyparował, gdy ich pociąg podjechał, a ona weszła w ten imprezowy mood. Wręcz zachwycona obserwowała wzrok tych wszystkich dewotek, które wpatrywały się w jej osobę z naganą. - Zazdrościsz zdziro, że twój facet się ślini na mój widok? - zachichotała, gdy jedna typiara zaczęła głośno komentować jej skąpy ubiór. Puściła oczko do jej fagasa i tanecznym krokiem przemierzała korytarz, żeby znaleźć jakieś wolne miejsce. - Zapodaj jakąś muzę Dean! - czego to się nie robiło, żeby zgorszyć jeszcze bardziej ludzi? A gdy Dean w końcu do niej dotarł, to wystawiła w jego stronę koniuszek języka, na którym miała małą tabletkę. - Nowy towar. Możesz mieć po tym haluny. Chcesz to sobie weź. - zaczęła kusić, żeby się zbliżył i wziął co chciał.
„Chociaż znając nas, napiszesz na bank,
A ja przyjadę i tak.”
Dean Vanberg
*Tekst piosenki pochodzi od Julia Rocka - Obiecałeś
-
a Canadian is somebody who knows how to make love in a canoe
nieobecnośćniewątki 18+takzaimkizaimkityp narracjinarracja trzecioosobowaczas narracjiczas przeszłypostaćautor
Rzucił jej wyzywające spojrzenie, gdy podeszła bliżej, nie spuszczając wzroku z jej twarzy, kiedy dobrała się do jego krocza. Proszę, proszę, aż tak była go złakniona, że nie mogli jej powstrzymać ludzie w spokoju czekający na upragniony pociąg? Odważnie i imponująco; nie każda kobieta by się na to zdobyła, oszczędzając jego męskość raczej ze wstydu, niż braku pożądania.
-Niecierpliwa jesteś, Blais. Na szybki numerek w dworcowym kiblu braknie nam czasu, ale podobno te w pociągu nie są aż tak ciasne - odpowiedział. To była toksyczna relacja niosąca równie toksyczne konsekwencje, które miały znacznie dopiero w chwili pojawienia się. - Za bardzo je lubisz, żeby kastrować - dodał, mając na myśli swoje przyrodzenie. Jakoś nie przypominał sobie, by chociaż raz narzekała, korzystając z niego.
Odwzajemnił krótki pocałunek rad, że się odezwał. Tak, zdecydowanie ta impreza zapowiadała się na udaną bo nawet jeśli zebrany w domu tłum okaże się wyjątkowo nudny i nie będzie w stanie sprostać ich oczekiwaniom, poradzą sobie sami, odcinając się od nich w chwili zapomnienia.
Wszedł do pociągu, uśmiechając się zaczepnie do uroczej blondynki, która wyglądała tak, jakby walczyła ze sobą - oddać mu się, czy jednak posłuchać religijnych nauk, zachowując czystość do ślubu. Zawsze pociągała go taka niewinność, mając w sobie coś kuszącego. Chciało się ją zniszczyć. Być pierwszym, który ją zbruka, zostawiając ślad na zawsze.
-Jesteś coraz bardziej zepsuta, Blais. Gorszysz ludzi na około, ubierasz się jak jakaś luksusowa prostytutka, zawstydzając cnotki, które potajemnie ci zazdroszczą. Musisz mieć niezłą chcicę - zaśmiał się, nie szczędząc w słowach. Byli dla siebie mili, kiedy musieli. - Czuję się jak twój wybawca, który przewidział, jak bardzo jesteś spragniona zabawy. Ale pilnować cię nie będę, pamiętaj - stwierdził, zajmując miejsce obok niej, zbliżając do jej głowy swoją, zmniejszając dystans. Jego usta znalazły się zaledwie kilka milimetrów od jej pomalowanych na czerwono warg. - Jesteś moralnie niepoprawna, panno Blais - szepnął i dorwał się do jej ust dość brutalnie w poszukiwaniu tabletki, którą dla niego trzymała.
Gabriela R. Blais
-
You're a bad idea but I like bad ideas.nieobecnośćniewątki 18+takzaimkizaimkityp narracji3 osczas narracji-postaćautor
„I am a factory girl, won't you pardon me?
See, I can make my whole world in the backseat
Hunts Point, want a joint, show me how to treat a John”
Brak hamulców. Pieprzona ekstaza, gdy wolność uderzała do głowy. Przy niewielu osobach mogła być po prostu sobą. Brzmiało to dość banalnie, ale rzadko kiedy na swej drodze spotykało się takie ewenementy jak Dean. Życiowo był to totalny gnój. Sarkastyczny psychopata, który uwielbiał dobrą zabawę. I ta właśnie mieszanka cech kupiła Blais już od pierwszej chwili. Bo mało kto mógł utrzymać to tempo, które narzucali całemu światu. Gdy ruszali w ten bezwstydny orszak, zostawiali za sobą poległych imprezowiczów, żeby na samym końcu rozejść się bez ani grama wstydu. To było uzależniające, więc wciąż mimo pewnych słów kończyli przy swoim boku, patrząc z pogardą na tych, których obowiązywały jakiekolwiek zasady.
- Lubię też twoje palce i język. Mogę jedno poświęcić. - była na tyle szalona, że bez mrugnięcia okiem mogłaby go pozbawić tego małego powodu do dumy, ale miał rację. Zbyt bardzo ceniła sobie ich zabawy i jak przystało na egoistkę, nie zamierzała psuć sobie przyjemności. Już i tak miała policję na karku przez to durne morderstwo na ćpunie, więc rodowe klejnoty Vanberga były jeszcze bezpieczne. A pociąg już czekał.
„I'm waitin' for my man on Hollywood and Vine, so fine
Gettin' done in the alley son, I'm on New York time
Take a look at those red lights, green lights, blowin' my mind
I'll show you somethin', if you show me a good time”
- Gdybym potrzebowała przyzwoitki, to zwróciłabym się do kościoła. Zresztą to ja cię ostatnio zostawiłam, Dean. Ten glonojad nie zassał ci połowy twarzy? - tamta laska była totalnie 2/10, ale najebany kumpel miał prawo do złych decyzji życiowych, a ona wiernie nie odciągała go od takich szans, które zsyłał mu los. - Trafiłam wtedy na bardzo ciekawych ludzi. Jak będziesz grzeczny, to ci dzisiaj pokaże czym usiane jest nasze piekło. O ile znudzi nam się to towarzystwo. - cicho zaśmiała się wprost w jego usta, kusząc do bardzo złej decyzji. - Jestem jedynie Pańskim odzwierciedleniem - odparła przekornie rozpoczynając ten mały taniec języków. Usiadła okrakiem na jego udach, wypinając swój słodki tyłeczek do jakiegoś nastolatka. Przekazała tabletkę, tym samym kończąc ich namiętny pocałunek, gryząc jego dolną wargę. Przez chwilę patrzyła na zbierającą się kroplę krwi na zrobionej przez siebie rance i zachichotała. - Nawet nie rozmazałeś mi szminki. Słabo, Dean. Dobrze, że oszczędziłam twojego kutasa. Może mu lepiej pójdzie. - zsunęła się na swoje miejsce i sięgnęła do kieszeni po jeszcze jedną tabletkę, która miała zapewnić im niezły odlot. Przynajmniej na tę krótką podróż.
Chichrała się jak pojebana, gdy Dean próbował coś powiedzieć. A może to jej już się wszystko rozjeżdżało? Pamiętała jedynie, że po drodze męczyli jakąś babcię, żeby oddała im swój stanik jako trofeum. Na całe szczęście Vaughan było na tyle blisko, że nikt nie zdążył ich wyprosić. Chociaż z tym również by sobie poradzili. Tak jak kiedyś, gdy wzięli w obroty biednego konduktora i wygrzmocili go tak, że biedak ledwo wiedział jak się nazywał.
Wskoczyła na barana Deanowi, gdy tylko pociąg stanął na ich przystanku. I posłała całuski każdemu pasażerowi, żegnając się z tą jakże drętwą ekipą. - Typowi chyba rozwaliliśmy małżeństwo. Powinniśmy porwać go zanim ta tania podróbka Velmy zrobi mu jazdę. - powiedziała wspaniałomyślnie, ale i tak było już za późno. Pierwszy poległy weteran tego wieczoru na zawsze w naszych serduszkach.
„Hey, girl can you show me to the party?
Girl, won't you show me to the party?
Hey, can you let a couple of my friends into?”
Dean Vanberg
* Utwór: The Pretty Reckless - Factory Girl
-
a Canadian is somebody who knows how to make love in a canoe
nieobecnośćniewątki 18+takzaimkizaimkityp narracjinarracja trzecioosobowaczas narracjiczas przeszłypostaćautor
-Oboje wiemy, że osobno te rzeczy nie robią takiego bałaganu cielesnego, jak wszystkie razem - odpowiedział, zerkając na nią. Był pewny tego, o czym mówił i w jej oczach widział potwierdzenie własnych słów. Nadal chciała go mieć niczym zabawkę, którą jeszcze się nie znudziła. I już Deana w tym głowa, żeby nie nastąpiło to nigdy.
-Słuchaj, po odpowiedniej ilości alkoholu każda i każdy są piękni. Zresztą nawet jej dobrze nie pamiętam, nawaliłem się. Ale to znaczy, że w łóżku też nie dawała rady - wzruszył ramionami. Nie pierwszy i zapewne nie ostatni raz po sporej ilości procentów skupi swoją uwagę na osobie, na którą normalnie nie zwróciłby najmniejszej. Nie bez powodu mówiło się, że po alkoholu świat staje się piękniejszy. - Grzeczny? To nie jest coś, co lubisz, hm? Chyba, że od ostatniego razu zmieniły ci się preferencje i nagle dostałaś oświecenia, że czas się nawrócić - odpowiedział, lustrując ją raz jeszcze. Lubił piękne kobiety, lubił ich towarzystwo. niektóre w pociągu nie były złe, ba, zepsułby trzy takie, które siedziały nie wiedząc co ze sobą zrobić. Niemniej miał zobowiązania i aktualnie swoje cenne ciało, jak również wszystko co do niego należało, skupiał na Gabrieli oraz na tabletce, którą właśnie przekazywała mu w dość ordynarny sposób.
-Jeszcze chwila, a ściągną na nas policję - powiedział do niej szeptem widząc, jak starsza pani odwraca wzrok. - Kochana, to jedynie gra wstępna. Nie można mieć wszystkiego od razu. Apetyt rośnie w miarę jedzenia. Poza tym chcesz, żeby staruszka zawału dostała? Więzienie co prawda jest wylęgarnią cielesne uciechy, ale nie trafię do celi z tobą - odpowiedział, niezrażony. Mógłby ją wziąć w obroty, mógłby spełnić fantazje, które pojawiały się w jego głowie, potęgowane efektami zwolna działającego narkotyku. Ach, jak chętnie zatopiłby usta w jej ciele, napawając się jego idealnością.
-Jak się wypierdolę, to pretensje do siebie - skomentował, kiedy skoczyła mu na barana. Ciężka nie była, ale świat mu trochę wirował, zniekształcając obrazy. Przyjemne uczucie, ale równie niebezpieczne.
Nie wiedział jak udało im się wezwać taksówkę, ale plus dla kierowcy, który im nie odmówił, zapewne w swojej karierze widząc już wiele. Powinni zostawić mu napiwek, ale ta myśl uleciała mu z głowy w chwili, w której znaleźli się w imprezowej chacie.
-Zobaczymy czy było warto! To co, zakładzik kto ile razy w ślinę pójdzie, a numerek liczony za pięć? - zerknął na nią, wchodząc do środka, gdzie zaraz uderzyła go głośna muzyka, zmieszana z dymem oraz zapachem alkoholu.
Gabriela R. Blais