Strona 1 z 3

one more day

: pn cze 08, 2026 6:28 pm
autor: margo mercer
Nadchodząca niedziela nie dawała jej żyć. Nie pozwalała o sobie zapomnieć ani na moment, wdzierała się pomiędzy kolejne myśli, odbierała skupienie nawet przy najbardziej prozaicznych czynnościach i skutecznie spędzała sen z powiek. Strach, którego dotąd nie znała narastał z każdym dniem, choć robiła wszystko, by Rhys go nie dostrzegł.
Po raz pierwszy brakowało jej tej niezachwianej pewności, że wszystko skończy się dobrze; że jak zawsze wyjdą z tego obronną ręką. Nieważne ile razy próbowała przekonać samą siebie, że tak właśnie będzie, w jej głowie nieustannie pojawiało się jakieś ale.
Intuicja, która przez większość życia była jej sprzymierzeńcem, tym razem zdawała się szeptać coś zupełnie innego. Nakazywała jej złapać za rękę mężczyznę, którego kochała do szaleństwa i powstrzymać go przed tym, co zamierzał zrobić, jeśli chciała nadal mieć go przy sobie.
Z jednej strony wiedziała, że nie mieli innego wyjścia. Jeśli naprawdę chcieli odzyskać choć namiastkę spokoju, musieli zaryzykować. Z drugiej jednak ta bardziej impulsywna część jej natury, ta sama, która przez lata pakowała ją w kłopoty, podpowiadała coś zupełnie odwrotnego. Kazała już dziś wsadzić go do samochodu pod byle pretekstem i wywieźć jak najdalej stąd, nie tłumacząc niczego i nie oglądając się za siebie.
Im bliżej było do niedzieli, tym bardziej pragnęła rozciągać wspólny czas. Miała wrażenie, że godziny przeciekają jej przez palce, że każda kolejna doba kończy się zanim zdąży naprawdę się rozpocząć. Jeszcze przed chwilą zerkała na zegarek wskazujący północ, a teraz cyfry wyświetlały trzecią nad ranem.
Leżała obok śpiącego Rhysa i przyglądała mu się w ciszy, jak kiedyś robił to on. Chłonęła ten widok, próbując zapamiętać każdy detal. Serce ściskało jej się boleśnie, a ciężar zalegający w klatce piersiowej stawał się coraz trudniejszy do zignorowania.
Potrzebowała być jeszcze b l i ż e j. Wtulała się w jego bok, kiedy nieświadomie przyciągał ją do siebie przez sen. Układała w głowie kolejne scenariusze, każdy gorszy od poprzedniego. Kilkukrotnie miała ochotę go obudzić, tylko po to, by ukraść jeszcze kilka minut rozmowy, jeszcze jedną godzinę, jeszcze jedną wspólną chwilę.
Od pierwszego impulsu do działania minęło zaledwie kilka minut. Usiadła obok niego, już ubrana w ciepły dres i zdecydowanie za dużą bluzę, która należała do niego. Pochyliła się i obudziła go pocałunkiem. - Wstawaj - mruknęła cicho, gdy leniwie otworzył oczy, wyraźnie nie rozumiejąc, co się dzieje. - Mamy niecałe dwie godziny do wschodu słońca. Chcę go zobaczyć - podniosła się z łóżka i podeszła do szafy, wyciągając dla niego pierwsze lepsze ubrania.
Jeszcze zanim zdążył cokolwiek odpowiedzieć, nim przyszło mu do głowy, by zaprotestować albo przyciągnąć ją z powrotem do siebie, zniknęła w salonie, a chwilę później po mieszkaniu rozniosło się głośne jebnięcie drzwiami wejściowymi.
Papieros tlił się pomiędzy jej palcami, gdy czekała na dole oparta o maskę chargera. W ciągu ostatnich dni sięgała po nie zdecydowanie częściej niż chciała sama przed sobą przyznać. Uśmiechnęła się na jego widok, podczas gdy on wyglądał tak, jak powinien wyglądać człowiek wyciągnięty z łóżka o trzeciej trzydzieści nad ranem. Co więcej, nie kazał jej czekać nawet w połowie tak długo, jak ona kazałaby czekać jemu.
Kiedy znalazł się wystarczająco blisko, przyciągnęła go do siebie i pocałowała bez słowa. Dopiero później wsunęła pomiędzy jego wargi na wpół wypalonego papierosa, jednocześnie podrzucając w dłoni kluczyki od samochodu. - Jutro wylatujemy do Meksyku. Być może nigdy tutaj nie wrócimy, więc sądzę, że to jest dzień, kiedy wreszcie powinieneś pozwolić mi prowadzić - nie czekając ani na zgodę, ani na sprzeciw, odepchnęła się od maski i ruszyła w stronę drzwi od strony kierowcy. Kilka sekund później siedziała już za kierownicą, uruchamiając silnik i obserwując jego minę z rosnącym rozbawieniem.
- Ostatni dzień w Toronto będzie naszym dniem pierwszych razów - gdy wreszcie zajął miejsce pasażera, wyglądając jeszcze bardziej nieszczęśliwie niż wtedy, gdy opuszczał mieszkanie, ona uśmiechnęła się szeroko i wcisnęła pedał gazu nie wrzuciwszy uprzednio biegu.

Rhys Madden

one more day

: wt cze 09, 2026 8:19 pm
autor: Rhys Madden
Świadomość nadciągającego końca przynosiła pewien spokój.
Nie było w nim nic naturalnego. Nie był chwilą oddechu, łapaną na kanapie po ciężkim i długim dniu. Nie był odłożonymi na stół kluczami po wejściu do domu, z którego nie musiało się już tego dnia wychodzić. Nie był nawet ulgą posiadania zakupionych biletów, stojącą za tym definitywnością, którą widzieli w wydaniu pieniędzy inni ludzie.
Był czymś innym, czego jeszcze nigdy wcześniej nie doświadczył.
Rozlewał się po jego ciele jak smar. Czuł jego lepkość na swojej skórze gdy budził się w środku nocy i nad ranem uchylał powieki. Krążył w jego żyłach, jak chłodny przedsmak adrenaliny mknący w górę i dół krwiobiegu poszukujący swojego celu. Zostawiał w jego wiecznie spiętych mięśniach odrętwienie, wprawiał je w stan pomiędzy tym, co znały a relaksacją, której nigdy nie były w stanie sięgnąć.
W ten czy inny sposób, w tę niedzielę to wszystko miało się skończyć.
I choć decyzja wciąż nie została przez niego podjęta na papierze, tkwiła zapisana w jakimś zakątku jego duszy. Nie widział jej, ale czuł jej obecność, źródło tego pieprzonego spokoju, który równie dobrze mógł być transem, z którego nie mógł się obudzić.
Miał swoje plusy.
Wiadomości od Carbone'a nie przedzierały się przez jego gęstą zasłonę. Nie wywoływały w nim reakcji, które powinny, gdy stojący u szczytu Ventresci przywódca podsyłał mu kolejne groźby. Niektóre dotyczyły jego - sporadyczne, jakby wiedział, że te punkty nie są wystarczająco wrażliwe na nacisk. Inne sięgały w stronę jego matki, były jej zdjęciami zrobionymi ukradkiem gdy robiła zakupy bądź usiłowała doprowadzić ogródek do porządku.
Zdecydowana większość jednak dotyczyła j e j.
Jakby Sergio zwęszył, że Margo stała się jego wrażliwym punktem - jego cholernym centrum wszechświata, dla którego był w stanie wszystko Nie w ten heroiczny sposób, w jaki to słowo wypowiadają bohaterowie w książkach lub aktorzy na ekranach kin.
Dla Margo był gotów zrobić naprawdę w s z y s t k o.
Był gotów poświęcić swoje ciało i duszę żeby tylko groźby wypełniające jego skrzynkę wiadomości nie znalazły spełnienia. Gdy sięgał w tę stronę myślami, nie był w stanie wpaść na ani jedną rzecz, która znajdowałaby się za jakąś granicą - może dlatego, że w jej przypadku tej granicy nie było.
Tkwił do niej w kontraście, teraz, gdy nim władał spokój, a ją obejmowały nerwy. Wyczuwał to pod skórą, instynktownie i jakby pobudzony tym instynktem przede wszystkim, rozbudził się niemal natychmiast gdy wyczuł jakikolwiek ruch obok siebie. Nigdy nie należał do osób, które spały mocno - bez niej obok bywały noce, że nie spał w c a l e - tym razem jednak potrzebował jeszcze krótszego czasu by zorientować w czasie i przestrzeni.
- Jest środek nocy, Margo - odrzucił z westchnieniem, przecierając twarz by pozbyć się piasku spod powiek. - Jestem pewien, że wschody słońca wyglądają tak samo niezależnie od tego, w jakim punkcie świata jesteś.
Mrucząc pod nosem przekleństwa, wysunął się z łóżka by doprowadzić z grubsza do porządku. Mimo wszystkich swoich sprzeciwów, rozbudzenie się przyszło mu natychmiast - jakby jej ciche słowa były wystrzałem, którego huk natychmiast obudził wszystkie zakończenia nerwowe w jego ciele. Nie minęło dziesięć minut gdy, w narzuconej na siebie białej koszulce i czarnych jeansach, znalazł się na błogo chłodnym powietrzu n o c n y m.
- Czy tym pierwszym razem będzie twoje szanowanie mojego samochodu? - spytał ze skwaszoną miną, przeczesując palcami włosy, które wciąż nosiły na sobie ślad poduszki i lekkiego snu. - Potrzebuję kawy. Albo co najmniej trzech.

margo mercer

one more day

: śr cze 10, 2026 10:58 am
autor: margo mercer
Była jego słabością dokładnie w ten sam sposób w jaki on stał się nią dla niej.
Nie istniała na świecie ani jedna rzecz, która sprawiłaby, że przymknęłaby oczy na podobne rzeczy wobec kogokolwiek innego. Jeszcze kilka miesięcy temu wszystko było dla niej proste - istniało dobro i zło, właściwe decyzje i te, których nigdy nie należało podejmować. Tymczasem odkąd w jej życiu pojawił się Rhys, granice zaczęły się zacierać. Nie dlatego, że nagle przestała odróżniać jedno od drugiego, ale dlatego, że po raz pierwszy naprawdę rozumiała, co potrafi zrobić człowiek postawiony pod ścianą. Rozumiała desperację, strach i gotowość do przekroczenia własnych zasad dla kogoś, kogo kochało się bardziej niż cokolwiek innego.
Nie było też drugiego człowieka dla którego zrobiłaby to samo. Nie było nikogo za kim byłaby gotowa ruszyć na drugi koniec świata, zostawiając za sobą Toronto, własną pracę, rodzinę i wszystkie miejsca, które przez lata nazywała domem. Nikogo dla kogo bez wahania spakowałaby całe swoje życie do jednej walizki.
Zbliżający się nieubłaganie dzień zero odbierał jej zdolność do tych drobnych, codziennych potyczek słownych, które zwykle prowadzili z taką łatwością. Normalnie odpłaciłaby mu pięknym za nadobne, rzuciłaby równie złośliwą uwagę i nie odpuściła, dopóki nie przyznałby jej racji. Tym razem jego niechęć skwitowała jedynie krótkim pocałunkiem, skradzionym tuż przed tym, gdy wymknęła się z mieszkania, zostawiając go samego z koniecznością podążenia za nią. - Nie widzieliśmy go nigdy wcześniej w takich okolicznościach - odpowiedziała tylko.
Gdy wyszedł na zewnątrz, patrzyła wprost na niego, dochodząc do wniosku, że zawsze wyglądał za dobrze. Nieważne czy wracał po trzydziestu godzinach na nogach, z zarostem i podkrążonymi oczami, czy właśnie został wyciągnięty z łóżka przed świtem z włosami pozostającymi w kompletnym nieładzie.
Wciąż wywoływał w niej ten sam znajomy skurcz gdzieś pod mostkiem. Miała absurdalną ochotę podejść do niego, wsunąć dłonie w jasne kosmyki i uporządkować je wyłącznie po to, żeby chwilę później znowu je rozczochrać.
L e d w i e powstrzymywała ten odruch, gdy jeszcze mocniej starała się nie myśleć o tym, że być może już jutro mogłaby tęsknić właśnie za takimi drobiazgami.
- Czy ja kiedyś wykazywałam brak szacunku dla twoich rzeczy? - uniosła pytająco brew. - To ty wyrzuciłeś w s z y s t k o, co do mnie należało, kiedy ostatnim razem wyjechałam - wypomniała, ukrywając rozbawienie pod pozorną powagą. - Znalazłam swoje ciuchy upchnięte głęboko w szafie pod twoim mundurem, Rhys - parsknęła wreszcie śmiechem. - To jest największa otchłań. Głębsza niż piekło - przez pierwszą część drogi rzeczywiście prowadziła z zaskakującym poszanowaniem dla jego ukochanego samochodu. Dopóki nie okazało się, że manualna skrzynia biegów została stworzona wyłącznie po to, by uprzykrzać ludziom życie. - Okropnie się to prowadzi - mruknęła pod nosem, gdy kolejny raz zmiana biegu odbyła się zdecydowanie m n i e j płynnie, niż życzyłby sobie tego Madden.
Miasto zostało za ich plecami, uliczne światła ustąpiły miejsca ciemności i dopiero gdzieś za jego granicami zatrzymali się na stacji benzynowej. Wrócili z niej uzbrojeni w dwa kubki gorącej kawy i kilka zupełnie niepotrzebnych rzeczy, które Margo uznała za absolutnie niezbędne.
Niedługo później asfaltowa droga zaczęła przechodzić w coraz węższe ścieżki prowadzące pomiędzy drzewami. Gdy wreszcie zaparkowała, wokół nich rozciągała się cisza. Przed nimi połyskiwała ciemna tafla jeziora, dalej wznosiły się skaliste brzegi porośnięte drzewami, a nad wszystkim unosił się chłód ostatnich godzin nocy. - Byłeś tutaj kiedyś? - zapytała, gasząc silnik. Odpięła pas i wysiadła z samochodu, nie przejmując się specjalnie tym, że drzwi zatrzasnęły się o d r o b i n ę za głośno. - Zabierałeś w takie miejsca swoje dziewczyny?

Rhys Madden

one more day

: sob cze 13, 2026 10:29 am
autor: Rhys Madden
Wyjazd wiązał się z własnym szeregiem problemów, którym nie wiedział, czy w ogóle mogliby sprostać.
Wyjmował ją ze środowiska, które znała całe swoje życie. Z miejsca, w którym dorastała, w którym czekała na nią jej rodzina oraz praca, którą kochała. Nie mógł być permanentny z natury - niezależnie od tego jak silne było uczucie, które ich połączyło, nie mogli przecież spędzić w Meksyku wieczności.
Mógł być jedynie kolejną łatką nałożoną na dziurę, którą musieli w ten czy inny sposób zamknąć na dobre. Łatką, która obecnie wydawała się wystarczająca nawet, jeśli nie miała taka być permanentnie.
Ale wiedział, że Margo była tego świadoma.
Przekazywało to jej zawahanie, schowane gdzieś w miejscu, którego nie mógł sięgnąć, ale które widział kątem oka. Bezsenność, która najwyraźniej dogoniła również ją - której się od niego z a r a z i ł a tak, jak on niekiedy zarażał się jej optymizmem.
Dlatego nie zamierzał narzekać, nawet jeśli wiązało się to z nieco krótszym snem. Rzeczywistość na jawie z nią obok zawsze wydawała mu się więcej warta niż niespokojne przewracanie się w pościeli, która nocami lubiła kąsać.
- Kiedy uciekłaś i myślałem, że nigdy więcej cię nie zobaczę? - poprawił rzeczowo, zanim wsunęli się do wnętrza samochodu. Gdyby mógł, chętnie dywagowałby tu i teraz na ten temat, byle tylko odroczyć fakt jej zajęcia miejsca kierowcy.
Mieli wyjechać - dlatego westchnął, wręczając jej kluczyki do stacyjki, jeśli wcześniej sama nie zgarnęła ich z kuchennego blatu.
Wkrótce miał tego pożałować.
- Wyczuwa intencje kierowcy - warknął w odpowiedzi, natychmiast ucinając zdanie nim powie za dużo. Odgłosy wydawane przez prowadzony przez nią pojazd sprawiały, że jego szczęka zaciskała się za każdym razem odrobinę mocniej i teraz wymagała od niego świadomego rozluźnienia nim był w stanie powiedzieć coś jeszcze.
Nie mając jednak nic miłego do powiedzenia, zdecydował się zrobić to, co robił najlepiej - milczeć.
Paskudna kawa ze stacji benzynowej, na której się zatrzymali przywodziła mu na myśl smak kawy z komisariatu. Gorzka, mocna, zabijana przez jego kolegów z pracy dużą ilością mleka i niekiedy cukru. Lata temu i on dolewał do niej śmietanki, licząc na to, że smak ulegnie poprawie, jednak z biegiem lat przywykł do niego, a nawet w jakiś sposób go polubił.
Zastanawiał się, czy poprzedniego wieczora pił ją po raz ostatni - wtedy, gdy samochód wtaczał się na swoje miejsce docelowe, a on, pochłonięty tymi rozmyśleniami, z początku nie zauważył miejsca, które wybrała.
- Pytasz, czy w środku nocy wywoziłem swoje dziewczyny na odludzie, na którym nikt nie mógłby ich znaleźć? - odrzucił z rozbawieniem, z ulgą przyjmując gasnący silnik samochodu i odruchowo sięgając do pasa, odpinając się w nagłej potrzebie zaznania powietrza na zewnątrz. Chwycił kubek, w którym zabrakło już połowy kawy i sięgnął do drzwi, obrzucając kobietę krótkim, znaczącym spojrzeniem. - Większość dziewczyn preferuje kolację przy świecach, Margo.
Obszedł samochód, znajdując się po jej stronie jeszcze zanim wyszła sama, uchylił drzwi - był bardzo skłonny do dżentelmeńskich gestów i podawania jej ręki, jeśli miało to szybciej usunąć ją sprzed kierownicy, za którą ewidentnie nie powinna się znajdować ze swoją miłością do automatów.
I tak stojąc z wyciągniętą w jej stronę dłonią, nie odsunął się, jak powinien, zamiast tego blokując jej wyjście. Jeśli podała mu dłoń, wyciągnął zamiast tego drugą w jej stronę w wymownym geście, wcześniej odkładając kubek na dach samochodu.
- Kluczyki - zażądał przebiegle, wiedząc, że w innym wypadku czeka ich powtórka. - Pobawiłaś się już moim kosztem, wystarczy - wyjaśnił, na wszelki wypadek będąc w gotowości jakby Mercer postanowiła dla zasady zjechać z pieprzonego klifu.

margo mercer

one more day

: ndz cze 14, 2026 4:33 pm
autor: margo mercer
Te same myśli towarzyszyły jej nieustannie, splatając się z całą resztą natrętnych obaw, które od kilku dni nie pozwalały jej spokojnie spać, oddychać ani skupić się na pracy. Wracały podczas każdej czynności, nawet tej najbardziej błahej. Zastanawiała się wtedy czy pojutrze, za tydzień albo za miesiąc nadal będzie mogła robić dokładnie to samo. Czy nadal będzie obok niej on, jak skończy się ten tydzień i jak rozpocznie następny.
Bardzo starała się od tego odciąć, jadąc w miejsce, które odwiedzała dziesiątki razy na przestrzeni wielu lat. Traktowała je dokładnie tak, jak Rhys traktował whisky, dzieląc ją na tę dobrą i złą nie ze względu na smak, lecz okoliczności. Dla niej tym czymś było niewielkie jezioro położone za granicami Toronto.
Przyjeżdżała tutaj, gdy była szczęśliwa i wtedy, gdy miała wrażenie, że świat wali jej się na głowę. Gdy chciała świętować i wtedy, gdy potrzebowała schować się przed wszystkim. Gdy brakowało jej tchu i gdy pragnęła poczuć coś wyjątkowego. Nigdy jednak nie przyjechała tutaj z kimkolwiek. Nie przyprowadziła żadnego przyjaciela, żadnego mężczyzny, nikogo z rodziny. To miejsce należało wyłącznie do niej, mimo że przecież nie było żadną tajemnicą i znało je wielu innych ludzi.
- Tak, pytam dokładnie o to - wywróciła z rozbawieniem oczami. - Mając szesnaście albo osiemnaście lat zabierałeś dziewczyny na kolacje przy świecach? - uniosła brew, nie będąc w stanie uwierzyć w taki obrazek. D z i s i e j s z y Rhys Madden mający trzydzieści sześć lat nie zabierał kobiet do eleganckich restauracji na romantyczne kolacje. Nigdy nie zabrał tam nawet jej. Okrągłe zero wskazywało idealną liczbę, żeby policzyć sytuacje, które choć odrobinę przypominały klasyczną randkę, a co dopiero mówić o świecach i nastrojowej muzyce.
- Jedyna kolacja, na której byliśmy, to ta, gdy JA zabrałam ciebie do portu - wysiadła z samochodu, korzystając z jego wyciągniętej dłoni, a potem jeszcze raz obrzuciła go rozbawionym spojrzeniem. Jej wzrok przesunął się powoli wzdłuż jego sylwetki, bezczelnie oceniając sytuację. Zdecydowanie wyglądał jak ktoś, kto wywoził dziewczyny w podobne miejsca w bardzo konkretnym celu.
Zrobiła dokładnie to, czego się spodziewał. Przyciągnęła go do siebie i skradła szybki pocałunek, zanim oddała mu kluczyki do samochodu.
Przez chwilę po prostu stała obok, pozwalając spojrzeniu chłonąć widok przed sobą. Powietrze wciąż było chłodne, a gdzieś pomiędzy drzewami zaczynał pojawiać się blady ślad wschodzącego dnia. Dopiero po chwili odwróciła się z powrotem w jego stronę, podeszła do chargera i dwukrotnie poklepała dłonią maskę samochodu, jakby chciała zwrócić na siebie uwagę. Uśmiech natychmiast wypełzł na jej usta.
- Czy spotka mnie kara, jeśli zaraz na nią wskoczę i rozsiądę się po turecku? Jestem pewna, że akurat z tego miejsca widok wschodu będzie najpiękniejszy - dla bezpieczeństwa odsunęła się na drugą stronę auta, na wypadek gdyby postanowił natychmiast ją złapać i wyperswadować jej z głowy każdy głupi pomysł, który właśnie się w niej pojawiał.

Rhys Madden

one more day

: pn cze 22, 2026 4:57 pm
autor: Rhys Madden
Był w stanie zrozumieć dlaczego chciała przyjechać do tego miejsca nawet, jeśli nigdy wcześniej go tutaj nie zabrała.
Słońce jeszcze nie wychylało się zza horyzontu ale nawet w szarym półmroku zbliżającego się poranka, tafla jeziora skrzyła się od gwiazd na niebie powyżej. Miejsce było odosobnione, zaszyte, a jednocześnie położone na tyle wysoko, że nie posiadało tego klaustrofobicznego wrażenia charakterystyczne dla dziczy. Roztaczający się z niego widok był jednocześnie odległy jak i wydawał się być na wyciągnięcie ręki.
Miejsce wprost idealne na jakiegoś rodzaju pożegnanie.
Gdy klucze znalazły się w jego dłoni, odruchowo, natychmiast wsunął je do kieszeni spodni świadom tego, że Margo równie szybko mogła zmienić zdanie - jak dziecko, wyciągające w stronę drugiego lizaka po to, by w ostatnim momencie cofnąć rękę. Dopiero wtedy wyprostował się, pozwalając jej wyjść z samochodu choć nie bez ostrożnego ocenienia błysku, który nawet w półmroku rzucał się w oczy.
Jak zawsze, gdy zagnieżdżał się w jej oczach.
- Będę musiał to nadrobić żebyś dała mi wreszcie żyć - odrzucił z przekąsem, jakby fakt niezabierania jej na kolacje był mu wygarniany nieustannie, a nie był prztyczkiem rzucanym w sprzeczce rozpoczętej przez niego samego.
Sięgnął po kubek odłożony na dach samochodu i upił łyka reszty zimnego już napoju nim odłożył go z powrotem na miejsce. W ciemności łatwiej było tolerować potencjał wylanej na samochód kawy gdyby któreś o nim zapomniało.
- Jaka dokładnie kara chodzi ci po głowie, Mercer? - parsknął, zbliżając się, wyłącznie po to by pochylić w jej stronę i sięgnąć dłońmi do jej pośladków. Uniósł kobiece ciało w górę, sadzając ją na masce samochodu, z którego chciała podziwiać widoki. - Mam wrażenie, że bardzo często do niej dążysz.
Wsunął się między jej nogi, pozwalając im opleść się w biodrach. Jego ramiona owinęły się wokół jej talii, kompletnie niwelując wszelkie plusy, które miało dać jej siedzenie na masce gdy jego ciało przysłoniło widok na horyzont, na którego linii pojawiały się pierwsze odcienie różu.
Wczepiając palce w materiał bluzki, którą pośpiesznie założyła rano na siebie, przysunął się bliżej. Do zgięcia w szyi, w którym zatrzymał się na jeden pocałunek, do kurtyny włosów, która omiotła jego świat zapachem kobiecych perfum zmieszanych z rześkością wczesnego poranka.
Jej bliskość pobudzała go znacznie szybciej niż tania kawa ze stacji benzynowej, którą zgarnęli po drodze.
- Dlaczego to miejsce? - zapytał krótko, świadom tego, że nie chodziło o zobaczenie wschodu słońca, że w jej spontaniczności nie chowała się wyłącznie ekscytacja biletami lotniczymi, które leżały na kuchennym stole.
W potrzebie dojrzenia fragmentu prawdy, którą przed nim skrywała.

margo mercer

one more day

: wt cze 23, 2026 8:30 am
autor: margo mercer
Nawet teraz w jej głowie wciąż pojawiała się ta sama, uporczywa myśl, że coś pójdzie nie tak. Nawet wtedy, gdy mówił o najbardziej zwyczajnych rzeczach czekających na nich w przyszłości, o wszystkich kolacjach, których jeszcze nie zjedli, o kolejnych wschodach słońca, które mieli oglądać razem. Nie potrafiła jednak uwierzyć w nie bezwarunkowo.
Mimo to uśmiechnęła się do niego, śledząc wzrokiem każdy jego ruch. - Mam nadzieję, że będziesz miał okazję robić to każdego wieczora od jutra - odpowiedziała, bo obok tych najgorszych scenariuszy pojawiały się również te dobre. Widziała ich siedzących przy małym stoliku, próbujących kolejnych dań, śmiejących się bez powodu, sączących drinki i tańczących w rytmie słyszanym wyłącznie przez nich. Widziała ich wracających do hotelowego pokoju późno w nocy, zbyt zajętych sobą, by przejmować się godziną i zasypiających dopiero wtedy, gdy za oknem zaczynał pojawiać się świt.
Nie odsunęła się, gdy podszedł bliżej. Gdy jego dłonie zacisnęły się na jej pośladkach, niemal odruchowo uniosła ręce i objęła go za szyję, zmniejszając dzielący ich dystans do minimum. Uśmiech ani na moment nie zniknął z jej twarzy, zwłaszcza gdy bez zawahania posadził ją na masce swojego u k o c h a n e g o samochodu. - Miła - odparła tonem tak oczywistym, jakby właśnie oznajmiała najbardziej niepodważalny fakt świata.
Pierwsze promienie słońca, które jeszcze kilka godzin temu były ich celem, nagle przestały mieć większe znaczenie. Gdy stanął przed nią, skutecznie zasłaniając widok jeziora, nie próbowała nawet spojrzeć ponad jego ramieniem. - Ja z kolei mam wrażenie, że ty bardzo lubisz prowokować mnie do tego, żebym na tę karę zasłużyła - było to okropne kłamstwo. Doskonale wiedziała, że niemal każda z tych sytuacji zaczynała się od niej. To ona wrzucała ich w środek absurdalnych pomysłów, testowała jego cierpliwość, przesuwała granice i z premedytacją sprawdzała, jak daleko będzie gotów za nią podążyć. Później zaś z niewinną miną udawała ofiarę, domagając się konsekwencji, które sama wcześniej sprowokowała.
Odchyliła głowę do tyłu, czując ciepło jego ust na swojej szyi. Miała wrażenie, że bez względu na miejsce i okoliczności zawsze odnajdywali drogę do bliskości, która przychodziła im tak naturalnie, jak oddychanie. Uwielbiała sposób w jaki potrafił odczytywać ją bez słów, jak wyprzedzał jej potrzeby o jeden krok, jak nigdy nie musiała tłumaczyć mu, czego akurat pragnie.
Skradła mu krótki pocałunek, celowo przedłużając ciszę zanim odpowiedziała na jego pytanie. - Policja to tylko przykrywka - odparła z rozbawieniem. Przez cały czas bawiła się palcami przy jego karku. Raz po raz muskała skórę opuszkami, przesuwała dłonią po jego szyi i ramionach, wracając do tatuaży, które od miesięcy oglądała z niezdrową fascynacją. Nawet teraz, znając każdy ich fragment, wciąż zatrzymywała na nich spojrzenie odrobinę dłużej.
- To moje miejsce - wzruszyła lekko ramionami, nie znajdując lepszego wyjaśnienia. - Nie umiem się wyciszyć w żaden ze sposobów. Nie lubię jogi, nie umiem medytować, nie znoszę siłowni ani pustych rozmów o problemach, więc musiałam znaleźć coś innego, co pomoże mi złapać dystans, kiedy będę tego potrzebować - przesunęła spojrzeniem po wodzie i ciemnej linii drzew odbijającej się w jej powierzchni.

Rhys Madden

one more day

: wt cze 23, 2026 11:00 am
autor: Rhys Madden
Może to był instynkt.
To samo trudne do wytłumaczenia wrażenie, którym wspierali się każdego dnia w robocie. Przeświadczenie, które nie miało swojego źródła w czymś namacalnym, co można było wskazać i wytłumaczyć w racjonalny sposób. Za każdym razem, gdy któreś z nich wybiegało w przyszłość i malowało jej niezmącony chaosem obrazek, gdzieś z tyłu jego głowy zapalała się czerwona lampka. Nie wiedział dlaczego, ale wiedział, że coś w tym obrazku było nie takie, jakim być powinno.
I to samo wrażenie otaczało ich od ostatnich dni, utrzymując na zmianę jedno lub drugie bezsennym, wpatrującym się w sufit w trakcie nocy, które wydawały się nie mieć swojego końca.
I każde z nich to wrażenie ignorowało, zamiast tego skupiając się na tym, co było tu i teraz - uparcie starając się ignorować czerwone lampki, wierząc w obrazek, który był zbyt piękny, by był prawdziwy.
- Jak zawsze wszystko jest moją winą - mruknął w odpowiedzi, pełen wrażenia, że mimo tych słów, Margo była w pełni samoświadomą jednostką - i każdy tworzony przez nią chaos rodził się z premedytacji. - Czy to ty lubisz mnie o wszystko oskarżać, czy powinienem sprowadzić to do cechy osobowej wszystkich kobiet?
Złośliwość przemknęła po jego głosie, sięgając do pierwszych dni ich wspólnej pracy, w trakcie których Mercer uwielbiała wytykać mu rzekomy szowinizm wszędzie tam, gdzie widziała ku temu sposobność.
Ta bliskość była magnetyzująca.
Przyciągała go niezależnie od tego, czy akurat tkwili w stosownych do tego warunkach czy tkwili pośród szalejącej kłótni. Była zupełnie oderwana od tego obrazka, w który żadne z nich nie potrafiło w pełni uwierzyć - pośród wszystkich kłamstw i obietnic czekających na spełnienie, była czymś prawdziwym.
I zarazem właściwym.
Nawet teraz z trudem oderwał swoje usta od delikatnej skóry na jej szyi, zatrzymał dłonie błądzące po jej talii, zaczepnie bawiące się krawędzią materiału bluzki - wyłącznie po to, by odwrócić głowę. Na moment spojrzeć na j e j miejsce tak, w jaki sposób spoglądała na nie ona. Nie dostrzegając w nim punktu widokowego dla turystów, nie widząc krawędzi wyznaczonego parkingu i odległych świateł budynków gdzieś na krawędzi ich pola widzenia, rujnujących iluzję.
Dostrzegając spokojną taflę wody i lekkie podmuchy wiatru, unoszące kosmyki ich włosów w górę. Słysząc brzęczenie owadów i nocnego życia dobiegającego z linii drzew, przy której się znajdowali. Odczuwając tę pustkę, która nie miała nic wspólnego z samotnością - która oferowała dystans potrzebny do zebrania się w całość.
- Mogłaś mówić wcześniej. Zabierałbym cię tu każdego ranka przed robotą - odrzucił półżartem, choć w jego oczach błysnęło zamyślenie gdy odwrócił wzrok od widoku z tyłu, zamiast tego odwracając głowę z powrotem w jej stronę.
Na jedno uderzenie serca pozwolił, by ciszę między nimi wypełniał wyłącznie szelest poruszanych wiatrem liści.
- Jesteś pewna, Margo? - zapytał cicho, odrywając rękę od jej talii po to, by spróbować w półmroku odnaleźć jej własną. - Jutra.

margo mercer

one more day

: wt cze 23, 2026 12:37 pm
autor: margo mercer
Jej samoświadomość była dokładnie taka za jaką ją uważał - o g r o m n a. W pracy niemal każdy ruch poprzedzała kalkulacja i chłodna analiza. W życiu prywatnym wyglądało to nieco inaczej. Tam częściej kierowała się impulsem, podejmowała decyzje pod wpływem emocji i bez myślenia o wszystkich możliwych konsekwencjach. Odkąd pojawił się w nim on, prowokacje stały się czymś naturalnym.
Dla większości ludzi flirt oznaczał ukradkowe spojrzenia, przypadkowe dotknięcia czy niewinne komplementy. Dla nich były to złośliwości, przepychanki słowne i nieustanne wystawianie siebie nawzajem na próbę. W dziwny sposób właśnie to podsycało ogień, który między nimi i tak zdawał się nie gasnąć. - Pytasz o to mnie? - uniosła brew, przyglądając mu się z rozbawieniem. - Ty umawiałeś się z różnymi kobietami, więc... jak to jest? Wszystkie były takie same?
Na jej twarzy pojawił się ten uśmiech. Czekała na odpowiedź z wyraźnym zainteresowaniem, spodziewając się wszystkiego. Kolejnej złośliwości, próby odbicia piłeczki, albo całkowitego zaprzeczenia i zapewnienia jej, że była to wyłącznie jej własna, wyjątkowo irytująca cecha. - Nie rozmawialiśmy jeszcze o tym, ile ich było, a nagle wydaje mi się to niesamowicie ciekawe - dodała niewinnie, choć oboje wiedzieli, że niewinność nie miała z tym pytaniem nic wspólnego. Popełnił błąd, sprowadzając rozmowę właśnie na ten tor. Na teren, po którym poruszała się pewnie i bez najmniejszego zawahania.
- Słyszałam nawet historie o flirtach na komisariacie - było to oczywiste kłamstwo. Żadne historie nigdy do niej nie dotarły, a nawet gdyby tak się stało, najpewniej nie poświęciłaby im więcej niż kilka sekund uwagi. Plotki dotyczące innych ludzi od zawsze wydawały jej się stratą czasu. Teraz jednak zamierzała wykorzystać każdą okazję, by skierować rozmowę dokładnie tam, gdzie chciała.
Oczekując odpowiedzi, bezwstydnie domagała się jego uwagi w inny sposób. Przyciągając go bliżej siebie, skróciła dystans, który i tak praktycznie nie istniał. Jej dłonie, jeszcze przed chwilą spoczywające na jego ramionach, przesunęły się niżej i wsunęły pod materiał koszulki. Chłodne opuszki palców zetknęły się z rozgrzaną skórą, wywołując kontrast. Powolnym ruchem przesunęła nimi po jego boku, potem wyżej, zatrzymując się na moment tuż pod żebrami. - Opowiadaj, słucham - zachęciła go, jakby naprawdę zależało jej wyłącznie na odpowiedzi.
Celowo zignorowała jego następne pytanie. Nie chciała o tym myśleć, nie teraz, gdy po raz pierwszy od wielu dni udało jej się naprawdę odetchnąć. Próbowała zatrzymać tę chwilę przy sobie jak najdłużej, rozciągnąć ją, sprawić, by kilka minut zamieniło się w godzinę.
Była p e w n a swojej decyzji. Tak samo pewna, jak wtedy, gdy postawiła wszystko na jedną kartę i wybrała właśnie jego, mimo wszystkich znaków, które od początku sugerowały, że ta historia nie zakończy się dobrze. Nigdy nie żałowała - ani wtedy, gdy się kłócili, ani gdy doprowadzał ją do szaleństwa, gdy chciała go udusić za jego upór, skłonność do poświęcania się albo nieustanną potrzebę dźwigania wszystkiego samemu. Nigdy nie pojawiła się myśl, że mogłaby wybrać inaczej.
Bała się jutra bardziej niż chciała przyznać, ale nigdy nie bała się jego, bo jeśli istniała na świecie jedna rzecz, której była absolutnie pewna - był nią właśnie Rhys.

Rhys Madden

one more day

: wt cze 23, 2026 2:13 pm
autor: Rhys Madden
Zbyt długo samemu posługiwał się unikami tego typu by teraz ich nie rozpoznawać.
Dla niektórych mogłyby być subtelne. Wydawałoby się, że jedna osoba tak skupiła się na innym temacie rozmowy, że zwyczajnie następne pytanie jej umknęło. Że ich nastrój był zbyt ukierunkowany na zaczepki by tak płynnie przejść do czegoś, co można było uznać za poważne.
Ale dla niego Margo nigdy nie była subtelna.
Ani w pozytywnych, ani w negatywnych emocjach, które okazywała. Nie bez powodu nazwał ją w przeszłości buldożerem, nie potrafiła go zmylić, zamydlić mu oczu i sprzedać coś innego. Natychmiast dostrzegł, że nie chciała tego poruszać, nie chciała teraz skupiać się na tym, co czekało ich jutro - i sam ten fakt sprawił, że coś przewaliło mu się w nieprzyjemny sposób w żołądku.
Ale, niemal jak zawsze, zamierzał to respektować.
Pod tym względem mieli pewną zmowę milczenia - jeśli jedno nie chciało rozmawiać na dany temat, drugie szanowało wyznaczoną w piasku granicę. Przynajmniej zwykle. Jemu wychodziło to znacznie częściej niż jej.
Ale też on częściej tę granicę wyznaczał.
- Masz rację, pomyślmy - westchnął, stając częściowo obrócony w stronę widoku, dla którego przecież tu przyjechali. Słońce wychylało się powoli zza horyzontu, malując pierwsze elementy krajobrazu pomarańczową łuną. - Najpierw była Anna. A może Claudia? Była ogromną fanką koni, nie w moim typie, ale miała bardzo zgrabny tyłek.
Świadom tego, że każde słowo może kosztować go zupełnie innego rodzaju karę, przyjął rzuconą w jego stronę rękawicę z niemal mistrzowską precyzją. Margo lubiła testować jego granice, a on zwykle potrafił odpowiadać zupełnie tym samym.
I teraz, w bezczelnym wyrazie, ignorując jej chłodne palce wspinające się po jego skórze pod koszulką, samemu sunął po jej udzie wspominając wszystkie inne kobiety.
- Później była Katja. Niewiele mówiła po angielsku, ale szczerze mówiąc, niewiele rozmawialiśmy, więc nieszczególnie mi to przeszkadzało - dodał rzeczowo, wodząc wzrokiem po linii drzew jakby sięgał nim w stronę przeszłości i nie potrafił skupić spojrzenia na siedzącej przy nim kobiecie. Udając zamyślonego, oderwał dłoń od jej talii po to, by ostentacyjnie pstryknąć palcami w powietrzu po chwili milczenia. - Kolejna była Melania. Z perspektywy czasu wydaje mi się, że miała problemy z alkoholem. Albo z ich pomocą maskowała inne problemy, takie skupione bardziej wokół jej ojca.
Odwrócił wreszcie głowę ku niej, przyglądając jej się z uwagą jakby dostrzegał ją teraz w innym świetle - tym różowym, padającym zza jego pleców, których cień powoli zaczynał malować się na kobiecej sylwetce i masce samochodu, na którym siedziała.
- Pod paroma względami bardzo ją przypominasz - dodał, z umiejętnie skrywaną złośliwością, choć znała go na tyle dobrze, by dostrzec ją od razu niezależnie od jego wysiłków. - Następna była... Musisz dać mi pomyśleć. W tym czasie zbiegło się ich kilka.

margo mercer