bishop to d3
: pt cze 12, 2026 6:39 pm
Numer
A więc zaczęło się.
Po tym jak redaktor Love Roderick wyciągnęła paczkę z pocztowej skrytki należącej do niejakiej Laury Rosecrans, nie było już odwrotu. Wyciek się dokonał, dokumenty opatrzone klauzulą „ściśle tajne” przestały być ściśle tajne, a ukryte w szafach trupy zaczerpnęły powietrza po raz pierwszy od blisko dwudziestu lat i miały apetyt na więcej. Oczywiście – pozostawała jeszcze kwestia podzielenia się tym wszystkim ze światem, ale po przeczytaniu tych raportów już nie dało się zastanawiać nad tym, „czy” w ogóle można to zrobić, tylko „kiedy” i „dlaczego tak późno”. Unikanie odpowiedzialności musiało się w końcu skończyć i sprawiedliwości też wreszcie musiało stać się za dość. Każdy przyzwoity człowiek zdawał sobie z tego sprawę.
A przynajmniej – z takiego założenia wychodził Anthony Bellore, gdy zaczynał szkicować ten swój misterny plan.
Teraz, kiedy wduszony dzwonek wydał tak dobrze znany dźwięk, nie czuł się jednak tak szlachetnie, jak mogł by się wydawać. Za drzwiami czekała na niego bowiem tyleż dziennikarka-sojuszniczka, co była kochanka. Nawet jeśli więc wszystko między nimi było dawno i nieprawdą, to wspomnienia i wyrzuty sumienia wręcz musiały rzucać się cieniem na szczytną, skądinąd, inicjatywę, z której korzyści oboje czerpać mieli tylko przy okazji. Niezależnie bowiem od tego, jak bardzo nie wmawialiby sobie bezinteresowności czy obojętności (a Tony wmawiał je sobie bardzo-bardzo-bardzo) są rzeczy, nad którymi nie można przejść obojętnie albo o których da się zapomnieć. Na przykład jak znajomego brzęczenia i towarzyszącemu mu dreszczowi na plecach, czy niecierpliwemu wyczekiwaniu i liczenia skrzypnięć parkietu po drugiej stronie.
– Wybacz. Hoarau chciał się wygadać, a ja teraz potrzebuję przyjaciół, więc musiałem go posłuchać. Długo czekasz? – Powiedział na przywitanie, obrzucając ją grzecznościowym spojrzeniem, gdy podawał jej tekturowy chwytak z dwoma kubkami kawy. Przez myśl przeszło mu, że pewnie nie powinien wystawiać kolegi na strzał, ale to nawet nie było top20 jego najbliższych partyjnych znajomych, więc jego los był mu obojętny. Zresztą – to chyba nie było takie ważne, skoro znów był w jej mieszkaniu i mógł sprawdzić, jak wiele się zmieniło (albo jak dużo zapamiętał, z jego punktu widzenia to chyba ważniejsze). – Nie mam za dużo czasu. Odbieram Młodego z treningu. – Anthony zerknął wymownie na zegarek w przerwie od wścibskiego rozglądania się na boki, a potem wyjął ściskany dotąd pod pachą album i podał go Love. Obity w skórę album był zatytułowany „Camp Nathan Smith Class of 2007”, a oprócz nazwy sygnowany był pseudonimami jego autorów, więc już na pierwszy rzut oka było wiadomo, że to nieoficjalna dystrybucja, mimo że wykonany był całkiem profesjonalnie. – Mówiłaś coś o nazwiskach, więc zabrałem obozowy yearbook z tamtego roku. Pewnie nie wszystkich już pamiętam. Przewinęło się mnóstwo ludzi – wyjaśnił, sprytnie ukrywając swoje „zaćmienia” również przed samym sobą. To przecież nic takiego, że zapominasz nazwiska ludzi, od których zależało twoje życie. Normalny człowiek nie pamięta wszystkich kumpli z podstawówki, nie?
Prawda?
Prawda?
Love Roderick
A więc zaczęło się.
Po tym jak redaktor Love Roderick wyciągnęła paczkę z pocztowej skrytki należącej do niejakiej Laury Rosecrans, nie było już odwrotu. Wyciek się dokonał, dokumenty opatrzone klauzulą „ściśle tajne” przestały być ściśle tajne, a ukryte w szafach trupy zaczerpnęły powietrza po raz pierwszy od blisko dwudziestu lat i miały apetyt na więcej. Oczywiście – pozostawała jeszcze kwestia podzielenia się tym wszystkim ze światem, ale po przeczytaniu tych raportów już nie dało się zastanawiać nad tym, „czy” w ogóle można to zrobić, tylko „kiedy” i „dlaczego tak późno”. Unikanie odpowiedzialności musiało się w końcu skończyć i sprawiedliwości też wreszcie musiało stać się za dość. Każdy przyzwoity człowiek zdawał sobie z tego sprawę.
A przynajmniej – z takiego założenia wychodził Anthony Bellore, gdy zaczynał szkicować ten swój misterny plan.
Teraz, kiedy wduszony dzwonek wydał tak dobrze znany dźwięk, nie czuł się jednak tak szlachetnie, jak mogł by się wydawać. Za drzwiami czekała na niego bowiem tyleż dziennikarka-sojuszniczka, co była kochanka. Nawet jeśli więc wszystko między nimi było dawno i nieprawdą, to wspomnienia i wyrzuty sumienia wręcz musiały rzucać się cieniem na szczytną, skądinąd, inicjatywę, z której korzyści oboje czerpać mieli tylko przy okazji. Niezależnie bowiem od tego, jak bardzo nie wmawialiby sobie bezinteresowności czy obojętności (a Tony wmawiał je sobie bardzo-bardzo-bardzo) są rzeczy, nad którymi nie można przejść obojętnie albo o których da się zapomnieć. Na przykład jak znajomego brzęczenia i towarzyszącemu mu dreszczowi na plecach, czy niecierpliwemu wyczekiwaniu i liczenia skrzypnięć parkietu po drugiej stronie.
– Wybacz. Hoarau chciał się wygadać, a ja teraz potrzebuję przyjaciół, więc musiałem go posłuchać. Długo czekasz? – Powiedział na przywitanie, obrzucając ją grzecznościowym spojrzeniem, gdy podawał jej tekturowy chwytak z dwoma kubkami kawy. Przez myśl przeszło mu, że pewnie nie powinien wystawiać kolegi na strzał, ale to nawet nie było top20 jego najbliższych partyjnych znajomych, więc jego los był mu obojętny. Zresztą – to chyba nie było takie ważne, skoro znów był w jej mieszkaniu i mógł sprawdzić, jak wiele się zmieniło (albo jak dużo zapamiętał, z jego punktu widzenia to chyba ważniejsze). – Nie mam za dużo czasu. Odbieram Młodego z treningu. – Anthony zerknął wymownie na zegarek w przerwie od wścibskiego rozglądania się na boki, a potem wyjął ściskany dotąd pod pachą album i podał go Love. Obity w skórę album był zatytułowany „Camp Nathan Smith Class of 2007”, a oprócz nazwy sygnowany był pseudonimami jego autorów, więc już na pierwszy rzut oka było wiadomo, że to nieoficjalna dystrybucja, mimo że wykonany był całkiem profesjonalnie. – Mówiłaś coś o nazwiskach, więc zabrałem obozowy yearbook z tamtego roku. Pewnie nie wszystkich już pamiętam. Przewinęło się mnóstwo ludzi – wyjaśnił, sprytnie ukrywając swoje „zaćmienia” również przed samym sobą. To przecież nic takiego, że zapominasz nazwiska ludzi, od których zależało twoje życie. Normalny człowiek nie pamięta wszystkich kumpli z podstawówki, nie?
Prawda?
Prawda?
Love Roderick