i don't need no lecture
: wt cze 16, 2026 12:53 pm
-Thallman, jeżeli twoim jedynym priorytetem w życiu jest oblanie tego roku, to jesteś na idealnej do tego drodze! - rzucił dziekan w jego kierunku. Benjamin tylko się przeciągnął, wydobywając z gardła długie ziewnięcie, po czym spojrzał na starego mopsa w garniturze. - Och, już skończyłeś? - Przejechał dłonią po włosach, odgarniając opadające na czoło niesforne kosmyki. - Mówię poważnie. Jeszcze kilka takich numerów i pożegnasz się z uczelnią - odparł zirytowany starszy mężczyzna. Benjamin pokiwał jedynie głową, klepnął się dłońmi w uda, wstał pospiesznie i uśmiechnął się niemal rozbójniczo. - Jasna sprawa. Wezmę się w garść, to się więcej nie powtórzy. Obiecuję! - Zasalutował, chwytając plecak, który zarzucił sobie na ramię. - Dobrze. W sali 506 odbywają się twoje zajęcia. Muzyka za czasów renesansu. Upewnij się, że tam się znajdziesz. - Thallman tylko kiwał głową, zupełnie ignorując fakt, że tak naprawdę nie dosłyszał do końca co staruszek tam właściwie miauczał pod nosem.
Pomijając najważniejszą informację, że od jakiegoś czasu zaczął powoli tracić słuch w obu uszach, obecnie lewe ucho radziło sobie znacznie lepiej niż te prawe. Kiedy był zwrócony w stronę rozmówcy lub źródła dźwięku, słyszał niemal idealnie. Gdy jednak się odwracał, słowa zaczynały się rozmywać, a dźwięki stawały się coraz bardziej stłumione.
Kochał muzykę.
Kochał wypełniać swoje otoczenie dźwiękami i melodiami tworzonymi nie tylko przez ludzi, ale także przez zwierzęta, instrumenty i wszystko, co było częścią świata wokół niego. Sam grał na gitarze i śpiewał, a jego undergroundowy zespół indie rock The P!x3ls cieszył się coraz większą popularnością na torontońskiej scenie muzycznej. Kiedy usłyszał diagnozę i dowiedział się, że schorzenie jest nieodwracalne, załamał się. Nie powiedział o tym nikomu. Ani kumplom z zespołu, ani najbliższej mu osobie, starszemu bratu Albertowi, ani młodszej siostrze Clementine. Uznał, że skoro pozostało mu jeszcze trochę czasu, podczas którego będzie mógł cieszyć się dźwiękami, wykorzysta go na imprezy, alkohol i zapomnienie o wszystkim, co powoli zaczynało odbierać mu sens życia.
Tak więc, idąc teraz do sali 605, bo przecież właśnie taki numer usłyszał od dziekana, wparował do pomieszczenia przepełnionego ludźmi wyglądającymi, jakby szykowali się na pogrzeb, a nie zajęcia z kunsztu muzycznego. Żadnych kolorowych ubrań. Żadnych ciekawych fryzur. Żadnych oznak życia… Wszyscy wyglądali tak, jakby ktoś odebrał im ostatnie powody do szczęścia.Hm. Może coś się zmieniło od ostatniego razu, kiedy się tu pojawił. - Ahhh!!! Sorry za spóźnienie! Kontynuujcie! Proszę sobie nie przeszkadzać! - rzucił, niemal zbiegając po schodkach, z uśmiechem od ucha do ucha. Wykładowca wrócił do tłumaczenia czegoś, o czym Benjamin nie miał zielonego pojęcia, a on sam znalazł wolne miejsce obok blondwłosego chłopaka, który wyglądał tak, jakby od słów prowadzącego zależało całe jego życie. Awks. Rzucił plecak w jego stronę. Torba uderzyła o stopy przejętego studenta, jednak nie przejął się tym zbytnio. Upsi? Następnie rozsiadł się na krześle niemal w pozycji leżącej, szeroko rozstawiając nogi. Zerknął na chłopaka. - Ej, czy te zajęcia zawsze były tak kurewsko nudne? - Brzmiał szczerze przejęcie, bo od kiedy na zajęciach z muzyki mówiło się o kodeksie prawnym? Och, kurwa. Nie dosłyszał.
jakiś student?
Pomijając najważniejszą informację, że od jakiegoś czasu zaczął powoli tracić słuch w obu uszach, obecnie lewe ucho radziło sobie znacznie lepiej niż te prawe. Kiedy był zwrócony w stronę rozmówcy lub źródła dźwięku, słyszał niemal idealnie. Gdy jednak się odwracał, słowa zaczynały się rozmywać, a dźwięki stawały się coraz bardziej stłumione.
Kochał muzykę.
Kochał wypełniać swoje otoczenie dźwiękami i melodiami tworzonymi nie tylko przez ludzi, ale także przez zwierzęta, instrumenty i wszystko, co było częścią świata wokół niego. Sam grał na gitarze i śpiewał, a jego undergroundowy zespół indie rock The P!x3ls cieszył się coraz większą popularnością na torontońskiej scenie muzycznej. Kiedy usłyszał diagnozę i dowiedział się, że schorzenie jest nieodwracalne, załamał się. Nie powiedział o tym nikomu. Ani kumplom z zespołu, ani najbliższej mu osobie, starszemu bratu Albertowi, ani młodszej siostrze Clementine. Uznał, że skoro pozostało mu jeszcze trochę czasu, podczas którego będzie mógł cieszyć się dźwiękami, wykorzysta go na imprezy, alkohol i zapomnienie o wszystkim, co powoli zaczynało odbierać mu sens życia.
Tak więc, idąc teraz do sali 605, bo przecież właśnie taki numer usłyszał od dziekana, wparował do pomieszczenia przepełnionego ludźmi wyglądającymi, jakby szykowali się na pogrzeb, a nie zajęcia z kunsztu muzycznego. Żadnych kolorowych ubrań. Żadnych ciekawych fryzur. Żadnych oznak życia… Wszyscy wyglądali tak, jakby ktoś odebrał im ostatnie powody do szczęścia.Hm. Może coś się zmieniło od ostatniego razu, kiedy się tu pojawił. - Ahhh!!! Sorry za spóźnienie! Kontynuujcie! Proszę sobie nie przeszkadzać! - rzucił, niemal zbiegając po schodkach, z uśmiechem od ucha do ucha. Wykładowca wrócił do tłumaczenia czegoś, o czym Benjamin nie miał zielonego pojęcia, a on sam znalazł wolne miejsce obok blondwłosego chłopaka, który wyglądał tak, jakby od słów prowadzącego zależało całe jego życie. Awks. Rzucił plecak w jego stronę. Torba uderzyła o stopy przejętego studenta, jednak nie przejął się tym zbytnio. Upsi? Następnie rozsiadł się na krześle niemal w pozycji leżącej, szeroko rozstawiając nogi. Zerknął na chłopaka. - Ej, czy te zajęcia zawsze były tak kurewsko nudne? - Brzmiał szczerze przejęcie, bo od kiedy na zajęciach z muzyki mówiło się o kodeksie prawnym? Och, kurwa. Nie dosłyszał.
jakiś student?