where it began...
i can't begin to know when..
Srutututu.
Nie dziwiło go, że chłopak zacznie zaraz biadolić o konsekwencjach prawnych, naruszaniu granic, and so on and on and on,
eyeroll. Benjamin tylko uniósł obie dłonie w geście niewinności i posłał mu swoje najlepsze kocie oczka ze Shreka. W ramach przeprosin, rzecz jasna.
- Dobrze, dobrze, wypluwam wszystko, co właśnie powiedziałem! Zobacz! - Nabrał śliny do ust i już spojrzał na bok, jakby naprawdę zamierzał ją wypluć, ale niestety, dalej byli w sali. W dodatku wśród ludzi... więc po prostu ją przełknął.
- Dobra, odpuszczę ci tego widoku - oznajmił łaskawie, po czym nachylił się odrobinę bliżej, zniżając głos.
- Ale przysięgam na wszystko, że nie spaaaleeeeeees z dziekaaaaaaanem. - Te ostatnie trzy słowa powiedział mu cichutko prosto do uszka, żeby przypadkiem nikt nie usłyszał tych jakże
nieprawdziwych insynuacji.
- Benji - poprawił go znowu. Nie przepadał, gdy rówieśnicy zwracali się do niego pełnym imieniem. Przeważnie oznaczało to, że narobił sobie jakichś kłopotów albo ktoś był z niego niezadowolony z bliżej nieokreślonego powodu. Nie żeby specjalnie obchodziło go, co tamten myślał na jego temat. Nic. Nada. A jednak wolałby usłyszeć z jego ust swoje imię wypowiedziane w sposób, który sprawiłby mu przyjemność. Ale dobrze. Jeśli blondyn zamierzał dalej tak się do niego zwracać, Benji upewni się, że tę słodszą wersję jeszcze będzie mu kiedyś wyjękiwał do ucha. Nachylił się do swojego plecaka, słysząc kolejny tekst chłopaka. Wyciągnął długopis, zębami ściągnął skuwkę i przytrzymał ją między śnieżnobiałymi zębami. Potem chwycił dłoń blondyna i bezceremonialnie napisał na jej wierzchu swój numer telefonu, a pod spodem nabazgrał jeszcze -
𝔟𝔢𝔫𝔧𝔦 𝔵. - Wsunął skuwkę z powrotem na długopis i spojrzał na niego niemal kokieteryjnie.
- Call me. - Zaraz potem parsknął śmiechem sam z siebie. Wiedział, że tamten nie zadzwoni. Nawet nie napisze. Nie był nawet pewien, czy blondyn używał telefonów komórkowych, czy raczej posługiwał się pocztą gołębią, biorąc pod uwagę styl, w jakim się wypowiadał i zachowywał, ale cóż. Szczegóły, co nie?
Uśmiechnął się szeroko, wpatrując się w chłopaka.
- Może i stać - odparł rozbawiony.
- Chwila skupienia, nic więcej - powtórzył za blondynem, dalej starając się go trochę powkurzać.
- Ach, robię badanie w terenie. - Zmrużył oczy, mierząc wzrokiem twarz kujonka. Słuchał go uważnie. Tego całego ogłoszenia, że kiedyś będzie miał żonę, też. Blondyn brzmiał przy tym tak przekonująco, że Benjamin prawie uwierzyłby mu że sam lubił groszek. A groszku szczerze nienawidził, więc to już coś znaczyło.
- Ach, czyli kobiety. Płeć piękna, a jakże - przytaknął z uznaniem, po czym przechylił lekko głowę.
- Wolisz cycki czy tyłek? To bardzo ważne pytanie, wiesz? Preferencje mówią wszystko o człowieku. - Zaśmiał się pod nosem. Nawet nie zauważył, kiedy wykład dobiegł końca, bo pupilek zerwał się z miejsca, znowu rzucił mu jakąś mądrością w twarz i zaczął schodzić. Nie przedstawiając mu się. Serio? Benjamin parsknął śmiechem sam do siebie, nachylając się po plecak. Poczekał chwilę, aż blondas zacznie kierować się do wyjścia, zanim odwrócił się do dwóch osób schodzących niżej.
- Ej! Ten chłopak, który wygląda, jakby mu rodzinę zabili... - Ha. Zabawne swoją drogą, że akurat tak powiedział, skoro sam był sierotą.
- Jak ma na imię? - zapytał z uśmiechem, podchodząc do schodów. - On? Kieran Burreau. Rzadko odzywa się do innych - odpowiedziała jedna dziewczyna. - Pochodzi z bardzo wpływowej rodziny - dopowiedziała druga, marszcząc brwi. - Zachowuje się, jakby był lepszy od innych. - Benjamin tylko uśmiechnął się szeroko.
No proszę. Książę William miał imię.
Zbiegł po schodach i wybiegł z sali, a kawałek dalej zobaczył chłopaka idącego w kierunku biblioteki. Och, no szok. Więc co zrobił Benjamin? Oczywiście zaczął głośno śpiewać. Na tyle głośno, że ludzie zaczęli się za nim odwracać. Niektórzy śmiali się pod nosem, niektórzy patrzyli z czystym zażenowaniem, a jeszcze inni najwyraźniej kojarzyli go z widzenia albo z koncertów.
- Touching hands... reaching out... touching meeee, touching youuu... - Szedł przed siebie, wymachując dłońmi w nicość i śpiewając
- Sweeeet Kieraaaannn... good times never seemed so good! - No, zwariowal, ale przynajmniej robił to z zaangażowaniem. Dalej szedł, śpiewając w jego kierunku, aż w końcu znalazł się wystarczająco blisko, żeby podbiec i zarzucić ramię na szyję blondyna. Thank fuck, że był od niego niższy.
- No cześć, Burreau - rzucił z szerokim uśmiechem, nachylając się bliżej.
- Nie myślałeś chyba, że tak szybko mi uciekniesz?
Burreau