Strona 1 z 1

The One Where William Cleans Her Place

: śr cze 17, 2026 9:52 pm
autor: Wendy Gardner
017
Niby się z kimś przyjaźnisz i znasz go na wylot, a jednak pewne rzeczy i tak odkrywasz z biegiem czasu. Przykładowo Wendy nie miała pojęcia, że Williama uspokaja sprzątanie, a naczyń trochę miała do umycia, odkurzyć też by wypadało nie mówiąc o przeklętym praniu, które walało się po salonie i po pewnym czasie zamiast je składać wolała dać drugi raz do pralki, tak właśnie sprzątała Gardner. Teraz jednak prania uzbierało się tak wiele, że podjęła się próby upychania czegoś w szafie, ale zapomniała, że już samo jej otwieranie grozi wysypaniem się całej zawartości na szaleńca, który się tego podejmie. Nic dziwnego, że chwilę później już siedziała w sypialni pod stertą ubrań, które wyrzygała jej szafa. Nie ma jednak tego złego, co by na dobre nie wyszło, bo z głębi szafy wypadło coś, co musiała na siebie założyć zanim przyjdzie William. Aktualnie miała na sobie czarny sportowy kombinezon, ale widząc żółty kombinezon będący pamiątka po zeszłorocznym Halloween nie zastanawiała się zbyt wiele i po prostu go ubrała na to co już miała na sobie.
Wsparcie przyjaciela to jedno, a odwrócenie uwagi i próba rozbawienia to też pewna forma terapii, prawda? Przynajmniej Gardner uważała, że odrobina żartu zawsze łagodzi sytuację tylko nie była pewna, czy nie za szybko sobie na nie pozwalała… ale to był William, przecież wiedział, że nie złośliwości jej w głowie. Więc gdy rozległ się dzwonek do drzwi otwarła mu je nie tylko w żółtym kombinezonie, ale i z maską na twarzy.
Jesteś pewien, że to nie wysoce zaraźliwe? Bo dwie w tak krótkim czasie to już prawie jak epidemia, a ja jestem w grupie wysokiego ryzyka. Słyszałam, że to dotyka tylko kobiety — zaczęła poważnie wpuszczając go do środka i wskazując na stolik w kuchni na którym stały już dwa kieliszki. — Najpierw się zdezynfekuj, jestem za młoda żeby umierać! — nie żeby dzieci to był koniec świata, ale odrobina dramaturgii w związku z tą całą kwarantanną nikomu nie zaszkodzi.

Obrazek

The One Where William Cleans Her Place

: wt cze 30, 2026 6:00 pm
autor: William N. Patel
Dlaczego wszechświat musi mnie tak karać? Wydawało mi się, że jestem względnie dobrym człowiekiem, ale chyba wcale nie, skoro w ostatnim czasie spotkało mnie tyle... Hm, właściwie ciężko stwierdzić jak to nazwać? Złe rzeczy to raczej niezbyt odpowiednie słowo, bo dla większości posiadanie potomstwa to jednak było bardziej błogosławieństwo niż kara, ale byli też tacy jak ja. W każdym razie nie mogę pojąć dlaczego spotyka mnie ostatnio tak wiele przykrości i rozkminiam to przez całą drogę do Wendy, w zasadzie uspokajam myśli dopiero kiedy staję pod jej drzwiami i dzwonię dzwonkiem. Normalnie to bym wlazł bez pukania nawet, ale było zamknięte, więc musiałem użyć palca żeby zaznaczyć swoją obecność. Przestępuję z nogi na nogę, przekładam torbę z wódką z jednego ramienia na drugie i wtedy w drzwiach pojawia się Gardner. Wendy Gardner w stroju, który w pierwszej chwili sprawia, że się cofam, a potem wbijam w nią zaskoczone spojrzenie, obie moje brwi unoszą się wysoko, a powieki rozszerzają do granic możliwości. Ostrożnie przekraczam próg, ale każde jej kolejne słowo sprawia, że na mojej twarzy z wolna wykwita coraz szerszy uśmiech - Też już się zaczynam zastanawiać czy to nie jakiś wirus, bo aż się nie chce wierzyć - kręcę głową, chociaż to prawda akurat. W sensie nie z tym wirusem, tylko z tym, że aż się nie chce wierzyć, w zasadzie do tej pory wydawało mi się, że wieloletnie prowadzenie się w sposób wręcz degenerujący raczej upośledziło moją płodność, a nie na odwrót. Kiwam głową, że tak, koniecznie się trzeba zdezynfekować. Zrzucam buty, po czym idę z nią do kuchni, jeszcze raz mierząc spojrzeniem jej sylwetkę - Skąd wytrzasnąłeś taki strój? - pytam ze śmiechem i jak tylko obydwoje zatrzymujemy się przy stoliku to od razu wyciągam flaszkę, po czym polewam do wskazanych naczyń, tak z czubem, że aż ciężko unieść do ust. Ale z drugiej strony co to dla takich wprawionych w bojach zawodników jak my? Mnie nawet kropelka się nie ulewa poza gębę, za to jak tylko odkładamy kieliszki to od razu polewam po drugim - Dla pewności, że dezynfekcja na pewno zadziała - tłumaczę pokrótce, nieznacznie wzruszając przy tym ramionami, po czym ponownie unoszę alkohol do warg i chlup! Prosto w przełyk. Pali ostro, po całości, aż do żołądka, który także zalewa przyjemnym ciepłem. Przecieram usta wierzchem dłoni i z głośnym wydechem opadam na jedno z krzeseł - Powiedz mi, Wendy, dlaczego mnie to spotyka? - rzucam od razu z grubej rury, bo w tym momencie wyroki Losu są dla mnie kompletnie niezrozumiałe i wbijam w nią spojrzenie, jakby mi miała rozjaśnić sytuację.

Wendy Gardner

The One Where William Cleans Her Place

: pt lip 03, 2026 8:54 pm
autor: Wendy Gardner
Słuchaj no albo to wirus albo twoje plemniki w końcu uznały, że tak się beznadziejnie prowadzisz, że trzeba się wyprowadzić i najwyraźniej podjęły tą decyzję akurat jak nadjechał odpowiedni autobus — czyli dokładnie wtedy, kiedy Patel postanowił skończyć w jakiejś lasce, no a że dużo ich miał i na jeden kurs się nie zmieściły to zapłodnił dwie… a może i więcej, ale nigdy się o tym nie dowie? Wendy to na punkcie zabezpieczeń miała bzika, jakby bała się, że zajdzie w ciąże i to nie tak, że nie lubiła dzieci, może kiedyś w odległej galaktyce chciałaby mieć własne, ale na ten moment Krabiki jej wystarczały, a widok ich rodziców, którzy niekiedy przywozili dziecko z rana wyglądali jak obraz nędzy i rozpaczy, wcale jej nie pomagał. Poza tym to trzeba mieć z kim zakładać rodzinę, a u Gardner to się wcale na to nie zapowiadało.
Halloween, chciałam być minionkiem ale wykupili więc poszłam w inny żółty model — zażartowała, choć nie była taka pewna czy dobrze kojarzyła okazję. Miała ten strój ubrany dwa razy, bo była na jakimś party z wirusowym motywem, coś jak ospa party urządzane przez idiotycznych rodziców, by dzieci się zaraziły za jednym zamachem, ale bez ospy. Na to by w sumie nie poszła, bo jeszcze by się ospą zaraziła, a za dzieciaka nie przechodziła. Potem jeszcze zaraziłaby Williama i by się razem zadrapywali na śmierć.
Spoiler
Obrazek
Polał, więc sięgnęła po kieliszek szybko orientując się, że no tak łatwo to ona tego nie przełknie, musiała najpierw ściągnąć z głowy część kostiumu. Tak też zrobiła i zaraz szybko łyknęła też na drugą nóżkę czy dla pewności, jak to Will określił. I gdy tak przyklapnął na krzesło położyła mu te dłonie ukryte w czarnych rękawicach na ramionach wzdychając ciężko. — Ty naprawdę nie wiesz? — zapytała przecież to oczywiste skąd się biorą dzieci! — Jesteś ofiara potężnej degradacju Księżyca w znaku Skorpiona, przy jednoczesnym trancośtam Jowisza, Plutona lub innego Marsa przez twoją strefę… — zacieła się bo u licha nie miała pojęcia o czym w ogóle mówi, miała jedną taką kumpelę co nawalała o takich rzeczach, a Wedny nic z tego nie rozumiała. Rzucała zupełnie przypadkowe słowa. — …reprodukcyjną. Gwiazdy ci nie sprzyjają po prostu — oznajmiła po tym jak zaserwowała mu rozluźniający masaż ramion i opadła na krzesło obok ściągając rękawiczki. — A tak serio to co ty sobie myślałeś? Że dragi, alkohol i trawka tworzą jakąś barierę ochronną w twoich gaciach? — westchnęła, bo wciąż miała ochotę go porządnie zrugać za te tabletki o których wspomniał w smsie. — Plemniki supertwardziele, przetrwały wszystko by zrujnować ci święty spokój — nieśmieszne, więc zamiast się śmiać polała im po trzecim kieliszku. — Czy podjęliście już jakieś decyzje? — w sensie wiedziała jaką decyzję podjąłby Wiliam, ale nie wiedziała co w końcu zdecydowały szczęśliwe mamusie noszące to wspaniałe nasienie.
William N. Patel