Małe Patele? Zamilkła i na moment się nad tym zastanowiła, po czym wzruszyła bezradnie ramionami. —
Może tak, może nie… ja wychodzę z założenia, że w życiu wszystko jest możliwe, bo tak się lepiej żyje. Choć w tym wypadku to nie wiem, czy lepiej będzie ci się żyło, jak się okaże, że stadko twoich kopii chodzi po tej ziemi — szczególnie biorąc pod uwagę jego zamiłowanie do posiadania dzieci. —
Możesz spróbować zebrać je wszystkie, a ja otworzę Patelowskie przedszkole i codziennie będę wyłapywać twoje cechy w tych małych brzdącach — a co będzie ble, fuj, bądź niefajne będzie podsumowywać krótko:
po matce. Tak rzuciła na pocieszenie, choć wiedziała, że dosyć marne. Chyba, by się z alimentów nie wybronił jednak, więc może lepiej nie szukać wcale. Nawet mając przedszkolankę za darmoszkę nie wyjdzie na tym zbyt dobrze. Dłonią przesunęła mu przed twarzą, by zbić tego palucha, co już go zamierzał pożreć w całości, nie było nic gorszego niż poobgryzane pazury. Zaraz też posłała mu karcące spojrzenie i westchnęła ciężko na myśl o wazektomii.
— Wiesz no, ja zawsze ci będę radzić, byś kilkukrotnie przemyślał temat zanim się zdecydujesz, ale… nigdy nie widziałam cienia zawahania, gdy wyrażałeś swoją opinię na temat dzieci i nigdy się ona nie zmieniała na przestrzeni czasu. Wydaje się stała i przemyślana, ale to ty wiesz najlepiej… czego chcesz — prawda? gówno prawda. Przecież ona sama nie wiedziała czego w życiu chce, ale chyba uznała, że inni są mądrzejsi i na pewno wiedzą. —
Zawsze możesz się umówić do lekarza, zapytać o pierdyliard rzeczy, zobaczyć co ci powie i wtedy może poczujesz, co chcesz zrobić — zasugerowała nim jeszcze wyszła z pokoju, a gdy zaoferował się ze składaniem to zaraz się wychyliła jeszcze przed drzwi gwiżdżąc, by przykuć jego uwagę i posyłając mu spojrzenie, przed którym nawet najcwańszy Patel nie ucieknie. Będzie składał jej pranie, postanowione. Wcale nie przepadała za tym, że pakował się w kłopoty, ale trzeba przyznać, że dzisiaj czerpała z tego korzyści. Mycie garów, składanie prania? Bajka. Zaraz więc po opróżnionym kieliszku podeszła do blatu i wskoczyła na niego przyglądając się jak sterta naczyń w zlewie maleje, w przeciwieństwie do zmartwień Williama. —
Czyli w zasadzie z Charlotte to nie wiadomo co, ale cokolwiek nie zdecyduje i tak źle na tym wyjdziesz? — podsumowała zdając sobie sprawę z tego, że biedak zdążył coś do niej poczuć, a to oznaczało tylko jedno… —
Chujowa sprawa — i nawet doradzić nie bardzo mogła, bo nie wiedziała jak. Mogła jedynie być, polać, dołożyć jakiś brudny talerz dla zajęcia rąk i myśli. Za to w drugiej kwestii już mogła dorzucić jakąś złotą myśl. —
Dziewczyna nie próżnuje — skwitowała poczynania jego byłej, nie bardzo przejmując się tym, że sama do świętych nie należała. Miała gdzieś czy wypadało jej oceniać, czy nie. Pięciu?! Jednak nie to okazało się najciekawsze, jego dalsza opowieść sprawiła, że szerzej już oczu otworzyć nie potrafiła. Zaraz na zimną wodę mu przekręciła i ręką pod strumieniem wody zamachnęła, by wylądowała na jego twarzy. —
Chyba jesteś na jakimś emocjonalnym haju! — no miał rację, odjebało mu. —
W minucie ciszy oddajmy hołd tym strajkującym, dzięki którym nie siedzisz w jakiejś dżungli z gołym tyłkiem i poczuciem winy — no jasne, że głos na niego podniosła, ale szybko też się poprawiła, bo ona średnio potrafiła utrzymać taki stan.
— Słuchaj, ja wiem, że to Gaba i ona działa na ciebie jak działa, a do tego dochodzi nostalgia i jeszcze trzeba wziąć pod uwagę, że mózg lubi pamiętać to, co było dobre, a te złe rzeczy wypierać, ale no zastanów się… — zaczęła znów poprawiając wodę, by w zimnej garów nie mył —
nie powiesz mi, że nie mam racji — wtrąciła zaraz kontynuując —
ale to trochę toksyczne, że pojawia się na chwilę, a ty jesteś gotowy przekreślić wszystko co tutaj masz i zniknąć cholera wie gdzie — wyznała wzdychając ciężko, ciesząc się, że w sumie jest spłukana, bo gdyby jej odwalił taki numer, to zamiast myć patelnię to by nią oberwał. Solidnie.
— I wiesz, ja szanuje to co do niej czułeś, ale pewne relacje nie bez powodu powinny zostawać w przeszłości — a czy miała rację? Bóg jeden to wie! —
A ty powinieneś się skupić na przyszłości dla dobra… — nie, nie Patelowskich dzieci! —
…naszego przyszłego wyjazdu?! Chyba dobrze ci zrobi, bo masz zdecydowanie zbyt wiele na głowie — a kilkudniowa libacja na festiwalu to świetna okazja, by
zrobić kilka małych kopii Williama z kolejnymi przypadkowymi kobietami? z a p o m n i e ć. —
Słuchaj, bo ja myślałam nad tym naszym bingo! Mam już pomysł na kilka kwadracików na planszy, w sumie jeden to nawet inspirowany twoim wybrykiem z Madoxem — wyznała zsuwając się z blatu tak bardzo, że podjechała na wodzie, którą sama rozchlapała wokół, by sprowadzić Williama na ziemię. Cóż, sprowadziła też siebie, bo siadła na tyłku wystarczająco mocno, by poczuć swoją kość ogonową.
— Można zrobić Las Vegas Express czyli szybki ślub z przypadkową osobą na festiwalu, albo odlot na marsa i podciągnąć pod to wszystkie akcje, w których ktoś straci kontakt z rzeczywistością — coś przeczuwała, że to każdy zaznaczy prędzej czy później. —
Spacer wstydu, czyli powrót o świecie po eskapadzie bóg wie z kim — w jednym bucie albo nago?! Why not! —
O, albo pojedynek na arenie… to chyba się nazywa thunderdome. Nie zrobiłam zbyt wielkiego rozeznania, ale tam można zostać nawet dziełem sztuki, ludzie po sobie malują, wiedziałeś? Albo wbić do namiotu z medytacją i narobić larum — było tyle opcji by zaszaleć!
Will