Strona 1 z 1

Horror is nothing when you have two brothers

: śr cze 17, 2026 11:34 pm
autor: Clementine Thallman
Otaczała ją ciemność, którą zakłócało jedynie światło pochodzące z telewizora. Siedziała opatulona swoim ulubionym kocykiem z Pikachu i oglądała w salonie maraton horrorów. W końcu padło na „Sinister”, bo miał całkiem fajne opinie, a jeszcze nie miała okazji obejrzeć tego filmu. Sama nie wiedziała czemu to sobie robiła. Jak na dziewczynę, która nieraz bała się własnego cienia, to masochistycznie katowała swój umysł strachem. I to w dodatku w nocy, gdy jej kochani bracia zostawili ją samą w domu. Głupio było jej przyznać, że po prostu bała się sama zostać w pustym domu. Albi już od kilku dni wspominał coś o jakiejś imprezie, a Benji wypalił nagle, że ma próbę zespołu. W tym oto pięknym stylu przybrała pozycję poczwarki pod kocem i wciskała w siebie drugą miskę popcornu, licząc że w końcu zmorzy ją sen i trochę odpocznie przed kolejnym maratonem w pracy.
Podskoczyła, gdy na ekranie nagle coś się pojawiło i wywaliła na podłogę cały popcorn. - No bez jaj... - wymamrotała zawstydzona swoim zachowaniem i cicho westchnęła patrząc na ten bałagan. Niepewnie zerknęła w stronę kuchni i przełknęła ślinę uzmysławiając sobie jak było już ciemno. Mogła wcześniej zapalić chociaż lampkę, ale po co?
- Jesteś odważna Clem. Nie zadzwonisz do braci. Raz na zawsze zerwiesz łatkę młodszej nieporadnej siostrzyczki i z dumą jutro im obwieścisz, że przeżyłaś samotnie tę noc. - próbowała zmotywować się do ruchu, ale nic z tego. Jej wyobraźnia wręcz szalała i była niemal pewna, że słyszała jakieś kroki na górze. Może to jakiś morderca? Przecież korespondowała z kilkoma osadzonymi i któryś ją w końcu znalazł? - To tylko twoja wyobraźnia. - mówienie do siebie nie wróżyło najlepiej, ale przecież nie mogła stchórzyć i wezwać Albiego lub Bena. Już i tak się z niej naśmiewali, że nieraz pakowała im się do łóżka jak naoglądała się głupot w internecie. Te filmiki o skinwalkerze naprawdę były tak realistyczne, że przez kilka dni w to wierzyła i podejrzliwie wpatrywała się w każdego psa mijanego na spacerze. Nie jej wina, że była podatna na tego typu rzeczy i wierzyła we wszystkie te paranormalne teorie. Zresztą uwielbiała ten dreszczyk emocji kiedy strach ogarniał ciało. Tyle, że nie lubiła spać sama po takiej dawce emocji.
Zarzuciła kocyk na swoje ramiona i biegiem popędziła do najbliższego pstryczka. Odetchnęła głęboko, gdy światło rozjaśniło pokój i czujnie rozejrzała się po nim. Ani śladu mordercy, ducha czy innego zjawiska. Była bezpieczna. Trzymając się ściany przekradła się niczym ninja do kuchni i zaczęła szukać zmiotki. Wtedy usłyszała to... Ktoś jakby skrobał paznokciami po drzwiach do domu. Z głośno bijącym sercem złapała za nóż i powoli zaczynała zmierzać w kierunku drzwi. Szuranie nie ustępowało, ale była zbyt przestraszona, żeby sprawdzić co to było. Ktoś próbował dostać się do środka?
Teraz już nie miała żadnych oporów. Zgarnęła z blatu telefon i wybrała numer Albiego. Nie odebrał. Później Benji. Nic, cisza. Przez chwilę nawet rozważała Deana, ale ten to nie dałby jej spokoju po takiej akcji. Zresztą i tak pewnie był na imprezie, więc... I wtedy to zobaczyła. Coś dużego poruszyło się na zewnątrz i nawet wywróciło kubeł ze śmieciami. Widziała to coś doskonale przez okno. Przestraszona wypuściła z dłoni telefon oraz nóż. To drugie próbowała złapać w locie, ale jedynie pokaleczyła dłonie, zostawiając plamki własnej krwi na panelach. Cofając się strąciła lampkę z komody, która roztrzaskała się, tworząc jeszcze większy bałagan w salonie. Jak oparzona pognała do swojego pokoju i zaryglowała się od środka w swojej szafie.
Na bank to był ten skinwalker!

albert thallman
benjamin thallman

Horror is nothing when you have two brothers

: sob cze 20, 2026 3:47 pm
autor: albert thallman
DOROSŁOŚĆ BYŁA PRZEREKLAMOWANA.


Poszedł na kolejną w tym tygodniu imprezkę? Tak. Chciał się najebać? Tak. Udało mu się to? Oczywiście, wykonał plan w stu dwudziestu procentach.

Przychodzi matematyk do baru i mówi:
- Czas zamienić procenty na promile.

Ba dum tss.

Wracając do tematu, Albert doszedł do wniosku, że miał już na tyle dorosłe rodzeństwo, że w końcu mógłby wyjąć kij z dupy i zluzować majty - w końcu nie musiał im matkować przez całe życie, nie? Nie musiał już co pięć minut sprawdzać telefonu, nie musiał udawać tego odpowiedzialnego... NO ALE MNIEJSZA, NIEWAŻNE, WSZYSTKO ZACZĘŁO SIĘ W DRODZE POWROTNEJ Z IMPREZY. Szedł ramię w ramię z jednym ze swoich ziomeczków, który uparł się, żeby odprowadzić Thallmana do domu (chyba aż tak źle wyglądał), no i właśnie wtedy poczuł potrzebę głębokiej dyskusji o ludzkiej egzystencji. - Mówię ci... życie to taka niesmaczna parówa - bełkotał do kumpla, wymachując rękami i prawie potykając się o własne buty na krawężniku. - Ojca straciłem. Matkę straciłem. Całe rodzeństwo... nie straciłem... musiałem ich utrzymać, czaisz? Całe życie zapierdalam, żeby mieli mleko i płatki... - jojczał, a ziomeczek poklepywał go po plecach, łącząc się z jego bólem. Ich rozmowa, niestety, została przerwana chwilę później, gdy zza krzaka wyłonił się wielki, tłusty szop pracz. - Ty patrz, jaki koczkodan - rzucił Ace pod nosem z poważną miną, zanim obaj z kolegą stwierdzili, że czas się ewakuować, zanim koczkodan ich zeżre.

Szli tak jeszcze przez dwie przecznice, zanim koleżka skręcił w swoją ulicę i zostawił pijanego Albiego samego naprzeciwko jego własnego domu. No dobra. Czas wejść do środka, ale najpierw... klucze. Albi poklepał się po kieszeniach dżinsów. Raz. Drugi. Trzeci. Szlag. Kluczy brak. Podszedł do drzwi i pociągnął za klamkę, ale były zamknięte. Chciał zadzwonić do Clem, żeby mu otworzyła, ale gdy wyciągnął komórkę z kieszeni okazało się, że po drodze zdążyła się rozładować. Kurwa. A co jak Clem już spała? Było już póóóóźno. Nie no, nie będzie budzić jej dzwonkiem, co nie? Był kochanym bratem. Niech Clem słodko śpi. Stary niedźwiedź mocno śpiiiii, hehehe. No i nagle pijany Albercik doznał przebłysku geniuszu. W kieszeni kurtki wymacał plastik. Kartę kredytową! - Wiem, jak to się rooobi - mruknął pod nosem, po czym podszedł do zamka i zaczął zamaszyście przeciągać kartą kredytową po szparze w drzwiach. W górę i w dół. Plastik skrobał drewno z dziwnym dźwiękiem, brzmiało to trochę jak jakieś drapanie pazurkami, bardzo zabawny odgłos, hahaha. Albert się nie poddawał, dalej machał kredytówką jak pojeb - przynajmniej dopóki karta nie pękła na pół. - No bez jaaaj - fuknął cicho. No i został z zamkniętymi drzwiami i bez karty. Słaby bilans. Nie rozumiał, dlaczego nie zadziałało - w hotelach i filmach działało...

Nagle w salonie rozbłysło światło, czyli... Clem nie spała! Chciał zerknąć do środka domostwa przez okienko obok drzwi frontowych, żeby sprawdzić, czy siostra już zmierzała, aby otworzyć mu drzwi, dlatego dał duży krok w tył i... wszedł prosto w rządek kwiatków doniczkowych, które postawiła tu jeszcze pierwsza właścicielka, kurwa jego mać. Stracił równowagę i zamachał ramionami, żeby ją odzyskać, ale nic z tego - poleciał jak długi prosto w stojący obok kosz na śmieci. Kubeł wywrócił się z głośnym łoskotem, śmieci rozsypały się po całym trawniku, ze środka z głośnym prychnięciem czmychnął ten sam tłusty szop, którego widział wcześniej, a Albert wylądował na plecach na środku tego pobojowiska. Przez chwilę leżał w bezruchu i gapił się w nocne niebo, a potem zaczął się śmiać pod nosem. Zamiast wstać, rozłożył ręce na trawie (ignorując fakt, że leżał tuż obok obierków po ziemniakach), po czym zaczął śpiewać. - I'M STILL STANDING, YEAH, YEAH, YEAH - śpiewał do księżyca, nie przejmując się ani Clem, ani sąsiadami, ani faktem, że on nie standing, tylko leżing. To była jego ulica, joł joł. - I'M STILL STAAANDING - zaśpiewał ponownie akurat w momencie, gdy usiadł na śmieciach, a na podjeździe pojawiła się jakaś postać...

benji
clem