Strona 1 z 1

look what's become of me

: pn cze 22, 2026 3:34 am
autor: benjamin thallman
here it is again,
yet it stings like the first time


Cholera. Gubił się.

Mijały dni, a Benjamin dalej nie potrafił przepędzić z głowy niejakiego Kierana Burreau. Chciał go przelecieć, to była prawda, ale było w tym chłopaku coś tak cholernie rozczulającego, że jego nikczemny plan, ta cała misja, niemalże szła się pieprzyć. Od kiedy on aż tak zwracał uwagę na czyjeś uczucia w kwestii fizyczności? No właśnie. Nie zwracał. Chciał się bawić, zwłaszcza teraz, kiedy lada moment mógł doszczętnie stracić słuch. Jedyny zmysł, na którym zależało mu aż tak bardzo. Zamiast tego coraz częściej zatrzymywał się w bibliotece, coraz częściej łapał się na wyszukiwaniu informacji o paragrafach z kodeksów karnych, którymi Kieran go obsypywał, coraz częściej po prostu o nim myślał. A rozmowy z kolegami, czy to z zespołu, czy z roku, nie sprawiały mu już aż takiej frajdy jak przysłuchiwanie się zbulwersowaniu blond chłopaka, który jako swoją zbroję nosił te koszule dodające mu wyłącznie powagi.

Irytował go.

Ciągle tylko biadolił o pięknie kobiet. Że powinno się je wielbić, że ich ciała były nieskazitelne, itepe, itede. No dobrze, Benjamin się zgadzał, ale ile można było tego słuchać? Miał jego przed sobą. Nie uważał, żeby był jakoś szczególnie nieatrakcyjny, a jednak każdy dotyk skierowany w stronę blondyna tamten traktował jak jakiś atak.
A pieprzyć to. Po co on w ogóle zawracał sobie głowę tym kujonem?
Przebrał się w miarę wyjściowe ciuchy, chociaż szczególnie nie miał pojęcia, co to niby miało znaczyć. Po prostu założył to, na co miał ochotę, zmierzwił włosy i zadzwonił do Deana, oznajmiając mu, że idą na imprezę do gejowskiego klubu. Chciał się nawalić, chciał spędzić czas z przyjacielem i skupić się na mężczyznach, którzy zrobiliby wszystko, byleby tylko na nich spojrzał. Byleby zatopił swoje usta w ich ustach. Skoro Kieran nie okazywał mu spojrzeniem nawet krzty zainteresowania, bo przecież podobały mu się tylko kobiety, to co on się będzie ograniczał? Naładuje siły w fizyczności z innymi ludźmi, a potem po prostu wróci na pole bitwy przeciwko Burreau, żeby jeszcze bardziej się nad nim poznęcać.

Kiedy weszli do klubu, muzyka dudniła tak głośno, że Benjamin poczuł ją bardziej w klatce piersiowej niż w uszach. Parkiet był pełny, światła migotały po twarzach, ramionach i wilgotnej od potu skórze, a on razem z Deanem od razu ruszył do baru, gdzie zamówił im kolejkę shotów. Chwycił pierwszy kieliszek i spojrzał na przyjaciela. - Dzięki, że ze mną tu przyszedłeś! - krzyknął wystarczająco głośno, żeby Dean go usłyszał. - Dino, muszę się wyszaleć! - Wypił shota. Po chwili następnego. I następnego. Nie czekał nawet, aż Dean go dogoni. Gdy tylko odstawił ostatni kieliszek na blat, ruszył bez ostrzeżenia w stronę parkietu, przeciskając się między ciałami, jakby właśnie tam miał znaleźć odpowiedź na cały ten cholerny chaos w swojej głowie. Albo przynajmniej kogoś, kto skutecznie pomoże mu o nim zapomnieć...

dino

look what's become of me

: sob cze 27, 2026 12:02 am
autor: Dean Vanberg
Był aroganckim chujem, który miał całkiem niezłe zadatki na kryminalistę z prawdziwego zdarzenia. Był imprezowiczem, który za nic miał sobie moralność, zasady, czy przestrzeń osobistą drugiej osoby. Lubił zapalić zielsko, zaszaleć bez opamiętania, jak również pościgać się w sposób mało legalny, prąc naprzód ulicami Toronto.
W tym wszystkim był również dobrym kumplem, który potrafił wspierać, gdy tylko zaszła taka potrzeba. A ślepy nie był i widział, że z Benjaminem dzieją się rzeczy nader nietypowe. Zniknęła gdzieś ta buńczuczność, która pchała go w ramiona co rusz innej osoby, by później wymienić informacje z Vanbergiem. Zniknęło szaleństwo, którego obaj potrzebowali. Pojawiło się, do cholery, czy to była jakaś dziwna nostalgia lub inne cholerne zamyślenie? Zdecydowanie nie był sobą, co samo w sobie krzyczało o pomoc, której Dean miał mu udzielić, godząc się na wszystko, czego przyjaciel potrzebował. Chciał rozmowy? Proszę bardzo. Może tancerz nie był idealnym materiałem do zwierzeń, jednak wbrew powszechnej opinii, potrafił słuchać, rzucając radami. Szczerymi, ale według niego to było najważniejsze. Jeśli Benjamin potrzebował wyszaleć się na imprezie, służył mu towarzystwem, pilnując (wcale nie), żeby czasem nie przesadził. Bo czego nie robiło się dla tej garstki, która akceptowała każdą wadę?
Stanęło na gejowskim klubie. Tak, totalnie gejowskim, gdzie ich piękne ciała były narażone na atak z każdej strony. Czy narzekał? Niespecjalnie. Nie od dzisiaj wiadomo było, że jego przygody miały miejsce z obiema płciami i nie straszne mu było dobranie się jakiemuś uroczemu przystojniakowi do majtek. Kto wie, może dzisiaj też stanie na krótkiej chwili w obskurnej ubikacji? Z natury stronił od takich miejsc, woląc bardziej przyjazne środowisko, ale gdy się nie ma co się lubi…
-No nie powiem, DJa mogliby zmienić. Nie chcesz się tu zatrudnić? - rzucił do Thallmana, kiedy znaleźli się w środku. Nie do końca takie klimaty, jakby pragnął, ale po dwóch głębszych wszystko stanie się znośne, a po kolejnych być może nawet mu się spodoba. - Bro, od czego mnie masz? Zresztą doskonale wiesz, że ja dobrej zabawy nie odmawiam. Ani darmowego alkoholu, bo widzę, że jedziesz z grubej rury - skomentował, wychylając pierwszy kieliszek. Paliło, czyli rola została spełniona.
Spojrzał na kumpla, lekko brwi marszcząc. Jak nic coś siedziało mu w głowie. Czyli plan na dzisiaj obejmował rozluźnienie Benjiego, a później zmuszenie go do wylewności, której przy dobrych wiatrach jutro nie będzie pamiętał. Plan idealny!
Uniósł brwi w akcie zdziwienia. Tak, był cholernie zdziwiony, że muzyk wyjebał niemal na raz wszystkie sześć szotów, zaraz ruszając na parkiet. I tyle z pilnowania go.
Wzruszył ramionami, nie pozostając mu dłużnym.
-To co, mały zakładzik kto z iloma się przeliże? Bo nie to, żeby, ale tamten brunecik mierzy cię nieźle wzrokiem. Jestem pewien, że w myślach rozebrał cię już z pięć razy - skomentował, obracając Benjamina w stronę chłopaka, o którym wspomniał. Jak się bawić to na całego!

benjamin thallman

look what's become of me

: pn cze 29, 2026 2:34 pm
autor: benjamin thallman
Był cholernie wdzięczny, że miał takiego przyjaciela jakim był Vanberg. Mogło się burzyć, sypać... wszystko co najgorsze... ale on? Zawsze mógł na niego liczyć, bezwzględnie co by się w jego życiu nie odpierdalało - zatrudnić? Tutaj? Van, błagam cię - parsknął, przekrzywiając głowę w stronę przyjaciela. - ale dzięki za komplement, czyli mam rozumieć, że podoba ci się mój gust muzyczny, eh? - uśmiechnął się szerzej, chwytając pierwszy kieliszek.- Kochanie, ty dzisiaj pełnisz funkcję wsparcia emocjonalnego, więc pijesz za darmo i nie zadajesz pytań, deal?

Po kilku shotach zerknął w stronę bruneta, którego wskazał Dean, i od razu uśmiechnął się pod nosem. No dobra. Jego bestie nie kłamał. Typ rzeczywiście patrzył na niego tak jakby zaraz mial go rozebrać, - done and done - powtórzył na propozycję zakładziku, a po kilku chwilach wszedł głębiej w tłum, łapiąc z brunetem kontakt wzrokowy na tyle długo, żeby ten dostał jasny komunika, że też wpadł mu w oko, a po chwili zaczął tańczyć w rytmie muzyki. Brunet pojawił się za jego plecami szybciej, niż się tego spodziewał. Yah, still got it... Poczuł jego dłonie na biodrach i zaczął się o niego ocierać... chciał po prostu przestać myśleć. Nie wracać głową do biblioteki, sztywnych koszul i blondyna, który nie rozumiał aluzji, ale potrafił jednym zdaniem wejść mu w zakurzone zakątki serca. Przed nim pojawił się zaraz szatyn o ciemnych oczach... No i pięknie. Dokładnie tak miało być. Jeden za plecami, drugi przed nim... jakby los podpowiadał mu, że w tamtym moomencie było zero miejsca na rozsądek... na...

k i e r a n a

Tańczył pomiędzy nimi, dając się prowadzić rytmowi... Brunet napierał na niego od tyłu, szatyn niemal stykał się z nim klatką piersiową, a Benji poruszał biodrami dając się ponieść chwili. Tylko, że kiedy brunet nachylił się do jego ucha, mówiąc coś, czego i tak nie usłyszał przez muzykę, Benjamin pomyślał o tym, że Kieran pewnie spojrzałby na tę scenę z absolutnym oburzeniem. Powiedziałby coś o braku poszanowania g r a n i c, irracjonalnym zachowaniu pod wpływem alkoholu, może jeszcze dorzuciłby jakiś paragraf, żeby spierdolić mu chwilę przyjemności... I, cholera, Benji prawie się uśmiechnął na tę mysl.

No kurwa, tragedia.

Brunet zacisnął palce na jego biodrze trochę mocniej. Benjamin przesunął się minimalnie do przodu, dając mu sygnał, żeby odpuścił. Nie odpuścił. Zamiast tego jego dłoń zsunęła się niżej, zbyt bezczelnie, obmacując go w rejonach na które akurat w tamtym momencie nie mial ochoty. Uśmiech natychmiast zniknął mu z twarzy. - Ej - rzucił ostro, odwracając głowę przez ramię. - Łapy. - typek coś odpowiedział, pewnie próbując obrócić to w żart, ale Benjamin nie miał zamiaru dawać mu drugiej szansy. Odepchnął jego rękę i przecisnął się bokiem, ignorując niezadowolone spojrzenie dwóch męzczyzn. Znalazł Deana kilka metrów dalej. Vanberg tańczył z jakimś typem, dosłownie zjadając mu połowę twarzy. WELP. NO SUPRISE THERE. Benjamin nie zastanawiał się długo. Wcisnął się między nich bez cienia poczucia winy, odrywając Deana od tamtego chłopaka. - Odbijany - oznajmił głośno. Zarzucił ręce na szyję przyjaciela i przysunął się bliżej, łapiąc rytm razem z nim. Patrzył mu prosto w oczy, próbując odzyskać oddech i kontrolę sytuacji - Ten brunet? No pojebany - rzucił, nachylając się do jego ucha. - poratujesz przyjaciela?

Vanberg

look what's become of me

: wt cze 30, 2026 11:17 am
autor: Dean Vanberg
Jedną z najważniejszych rzeczy w życiu każdego człowieka było znalezienie odpowiednich osób, z którymi można było robić dosłownie wszystko. Takich, którym człowiek ufał i mógł się swobodnie schlać bez obawy, że skończy okradziony lub skompromitowany w internecie. Nie to, żeby Vanbergowi specjalnie przeszkadzały nagrania, które mogły się pojawić (a o dziwo nie było ich praktycznie wcale, bo potrafił się zachować), chociaż unikał ich głównie ze względu na szkołę tańca, którą prowadził. Kompromitacje i skandale zdecydowanie nie pomagały w rozwijaniu biznesu, który w dużej mierze opierał się na werbowaniu dzieciaków bogatych rodziców, którzy chcieli wcisnąć swoje pociechy na jakieś dodatkowe zajęcia licząc, że zyskają więcej czasu dla siebie. Ci patrzyli jednak dość krytycznie na wszelkie komentarze i opinie w internecie, potrafiąc doszukać się całkiem sporo rzeczy, jeśli tylko zaszła taka potrzeba.
Wolał nie myśleć, co by stwierdzili, gdyby zobaczyli teraz Deana w otoczeniu jawnie napalonych kolesi, szukających przygody na jedną noc. Well, należał do nich, chociaż nie robił tego w tak desperacki sposób, jak wielu innych. Miał zasady, nie brał byle czego, a jeśli ktoś z taką łatwością mu się oddawał, tracił całą zabawę. Lubił się trochę natrudzić, bo i nagroda smakowała wtedy znacznie lepiej. Chyba, że sporo wypił. Wtedy praktycznie nic nie miało znaczenia.
-Jakbyś słuchał jakiegoś shitu to bym z tobą nie gadał. Szanujmy mnie i moje uszy, co? - powiedział, cicho prychając. Można mu było wiele zarzucić, ale potrzebował dobrego zmysłu słuchowego do układania choreografii.
Kolejna porcja alkoholu znalazła się w jego gardle, paląc miło. Czuł, jak roznosi się po organizmie, wpuszczając ciepło w żyły. Uśmiechnął się lekko. Wstęp do przedniej zabawy, która chwilę później tak bardzo pochłonęła jego przyjaciela. Na litość wszystkiego, zaraz faktycznie skończy w kiblu nie z jednym,a z dwoma.
Obserwował przez chwilę poczynania Benjamina, momentalnie samemu dając się ponieść. Nie był tak zachłanny, skupił się na uroczym blondynie o głowę od niego niższym. Wyglądał tak niewinnie, tak świeżo, że aż chciało się to zabrudzić, wprowadzając do jego życia trochę chaosu, który z czasem by go uzależnił.
Niezobowiązujący flirt, lekki uśmiech, wymowne spojrzenie. I ten uroczy rumieniec na twarzy, kiedy Vanberg zlustrował go wolno po całej długości ciała, zatrzymując się prowokacyjnie na miejscach uznawanych za strategiczne. Dean poczuł dreszczyk podniecenia na myśl, że blondas mógł stać się jego ofiarą. Był tym, czego aktualnie potrzebował. Przygodą mogącą wypełnić dzisiajszy czas, bo jak mniemał Thallman nie miał zamiaru kończyć na jednym tańcu w swojej seksownej kanapce.
Podszedł do niego, kładąc mu dłonie na biodrach. Nie oponował, a to było dobrym znakiem. Poruszanie się w rytm muzyki nie stanowiło dla niego problemu. Nachylił się nad młodzieńcem skradając pocałunek z różowych ust.
Niemal warknął z niezadowolenia, kiedy przed nim znalazł się Benjamin, odgradzając go od blondyna.
-Nosz kurwa, Thallman. Jaja sobie robisz? - rzucił, spoglądając za ramię przyjaciela. Blondyn odpuścił nie chcąc mierzyć się z kimś znacznie wyższym. No nic, później go znajdzie.
-Ja rozumiem, że jesteś o mnie cholernie zazdrosny, ale potrzebuję też innego urozmaicenia. Co, kanapka cię wystawiła? - powiedział, tym razem obracając się w stronę dwóch kolesi, z którymi tańczył wcześniej. - Nie no, stary. Z tobą jest dzisiaj coś poważnie nie tak. Nie idziesz z nimi w tango? Trójkąty to już nie twoja bajka? Chyba, że się…z a k o c h a ł e ś. Jeszcze mi powiedz, że w sztywnej blond panience, którą miałeś przelecieć i zostawić - prychnął, rozbawiony. Nijak mu to nie pasowało. Benjamin nie oddawał serca, a już na pewno nie prawnikowi, z którym nie szło się dogadać. - Ratunek? A jesteś na niego gotowy? - spytał gardłowo, łapiąc chłopaka za włosy, by unieruchomić jego głowę. Zacisnął lekko dłoń w pięść, czując pod palcami miękkie kosmyki.
-Thallman, jesteś wyjątkowo pojebany, mówił ci to ktoś - skomentował, chwilę później przyciągnął głowę przyjaciela, wpijając się zachłannie i natarczywie w jego usta, składając na nich brutalny pocałunek. Po czymś takim żaden inny nie zarwie. Ostatecznie polizane zaklepane, nie?

bromance