yet it stings like the first time
Mijały dni, a Benjamin dalej nie potrafił przepędzić z głowy niejakiego Kierana Burreau. Chciał go przelecieć, to była prawda, ale było w tym chłopaku coś tak cholernie rozczulającego, że jego nikczemny plan, ta cała misja, niemalże szła się pieprzyć. Od kiedy on aż tak zwracał uwagę na czyjeś uczucia w kwestii fizyczności? No właśnie. Nie zwracał. Chciał się bawić, zwłaszcza teraz, kiedy lada moment mógł doszczętnie stracić słuch. Jedyny zmysł, na którym zależało mu aż tak bardzo. Zamiast tego coraz częściej zatrzymywał się w bibliotece, coraz częściej łapał się na wyszukiwaniu informacji o paragrafach z kodeksów karnych, którymi Kieran go obsypywał, coraz częściej po prostu o nim myślał. A rozmowy z kolegami, czy to z zespołu, czy z roku, nie sprawiały mu już aż takiej frajdy jak przysłuchiwanie się zbulwersowaniu blond chłopaka, który jako swoją zbroję nosił te koszule dodające mu wyłącznie powagi.
Ciągle tylko biadolił o pięknie kobiet. Że powinno się je wielbić, że ich ciała były nieskazitelne, itepe, itede. No dobrze, Benjamin się zgadzał, ale ile można było tego słuchać? Miał jego przed sobą. Nie uważał, żeby był jakoś szczególnie nieatrakcyjny, a jednak każdy dotyk skierowany w stronę blondyna tamten traktował jak jakiś atak.
A pieprzyć to. Po co on w ogóle zawracał sobie głowę tym kujonem?
Przebrał się w miarę wyjściowe ciuchy, chociaż szczególnie nie miał pojęcia, co to niby miało znaczyć. Po prostu założył to, na co miał ochotę, zmierzwił włosy i zadzwonił do Deana, oznajmiając mu, że idą na imprezę do gejowskiego klubu. Chciał się nawalić, chciał spędzić czas z przyjacielem i skupić się na mężczyznach, którzy zrobiliby wszystko, byleby tylko na nich spojrzał. Byleby zatopił swoje usta w ich ustach. Skoro Kieran nie okazywał mu spojrzeniem nawet krzty zainteresowania, bo przecież podobały mu się tylko kobiety, to co on się będzie ograniczał? Naładuje siły w fizyczności z innymi ludźmi, a potem po prostu wróci na pole bitwy przeciwko Burreau, żeby jeszcze bardziej się nad nim poznęcać.
Kiedy weszli do klubu, muzyka dudniła tak głośno, że Benjamin poczuł ją bardziej w klatce piersiowej niż w uszach. Parkiet był pełny, światła migotały po twarzach, ramionach i wilgotnej od potu skórze, a on razem z Deanem od razu ruszył do baru, gdzie zamówił im kolejkę shotów. Chwycił pierwszy kieliszek i spojrzał na przyjaciela. - Dzięki, że ze mną tu przyszedłeś! - krzyknął wystarczająco głośno, żeby Dean go usłyszał. - Dino, muszę się wyszaleć! - Wypił shota. Po chwili następnego. I następnego. Nie czekał nawet, aż Dean go dogoni. Gdy tylko odstawił ostatni kieliszek na blat, ruszył bez ostrzeżenia w stronę parkietu, przeciskając się między ciałami, jakby właśnie tam miał znaleźć odpowiedź na cały ten cholerny chaos w swojej głowie. Albo przynajmniej kogoś, kto skutecznie pomoże mu o nim zapomnieć...
dino