Myślisz o nich?, mógłby teraz zapytać; czy myślisz o nich nawet kiedy opuścisz mury swojej pracy, czy sprawdzasz dane w systemie, obserwacje, zabiegi, chcesz wiedzieć czy jeszcze żyją; czy pamiętasz ich twarze, ich skórę bladą i spoconą, ich oddech na którym zaciskają się mięśnie pomiędzy pęczkami żeber, ich słowa, jedne z ostatnich słyszanych przed przekazaniem, czy zdążyli w tobie wypalić ślad swoim ciężkim spojrzeniem, czy słyszysz dźwięk monitora, odliczasz te kilka minut pomiędzy jedną a drugą ampułką adrenaliny, czy słyszysz pisk ładowanej defibrylacji gdy przy ocenie zatańczy właściwy rytm? Czy widzisz ich, młodych starych, samotnych i z wieńcem rodzin, chcących żyć i pragnących za wszelką cenę umierać, świadomych i nieprzytomnych, wydolnych i agonalnych, chodzących i wyniszczonych, czy widzisz ich? Musisz widzieć. Nie miał pojęcia czy powinien nazywać to współczuciem; sam nie czuł często emocji, czuł w zamian za to napiętą i wypukłą jak tętnica potrzebę, by się nie zatrzymywać, aby próbować, bo właśnie w ten sposób wyglądało ich zadanie, musieli być ciągle w biegu, musieli działać, mieć chłodne cierpliwe ręce. Nie lubił tego podkreślać, w dużej mierze dlatego że przecież sami to wybrali, sami się w tym kształcili i sami również mieli okazję się zaadaptować. Nie mógł jednak zaprzeczyć że odpowiedzialność została z góry wpisana w ich profesję, musieli z nią żyć tak samo jak żyli z historiami tych ludzi o szczęśliwym lub niekorzystnym zakończeniu. Rozumiał, co mówi Iris jednak obawiał się że nie istniał przełącznik który dałby im spokój, nawet osoby które słynęły z tego że niewiele ich obchodzi potrafiły wracać się, dopytywać, zupełnie przekreślając swoje wcześniejsze
przyzwyczaisz się. Ja kiedyś też przeżywałem. Przyzwyczaisz się. Przyzwyczaisz. Niektórych śmierci nie da się uniknąć. Przyzwyczaisz się.
-
Pierwsze da się załatwić. Drugie przychodzi z czasem - dokładnie taką miał dla niej teraz odpowiedź. Powtarzał jedynie słowa swoich przełożonych, nie będąc pewnym, czy oni również byli w stanie w nie uwierzyć. Jego szef przykładowo nie nigdy pił alkoholu gdy nie był na urlopie, zawsze gotowy aby przyjechać i wspomóc dyżurnego przy trudnej operacji. Nie mogli przestać zabierać obowiązków do domu, bez względu na to, co powtarzali innym. Być może taki był los, ich los kapryśny i przeklęty utrudniający im nawet przejście na emeryturę. To nie jest powołanie. To nie jest misja. To tylko cholerne życie.
Ich życie.
Aż?
-
Nazywania mnie doktorem w takich sytuacjach, na przykład - odbił wkrótce jej przytyk -
siostro przełożona - gdyby był rzeczywiście złośliwy, powiedziałby
siostro wielokrotnie przełożona. Wiedział że pielęgniarki zwracające się w ten sposób do swoich równolatków praktycznie zawsze mówiły to z ironią, a on on nie lubił tej maski bo w tym momencie nie był żadnym doktorem, był Jude, był znajomym z pracy. Nie wydawał się jednak tym przejęty ani poirytowany, bardziej prowokujący, igrając z tym, co sama przed krótką chwilą rozpoczęła. Poczuł się znacznie lepiej, rozluźniony, zupełnie jak gdyby jego ciało zaczęło w jej obecności zapominać o zmęczeniu.
-
Mówiąc jednak poważniej - skorygował niedługo potem -
wolałbym nie przysparzać ci kłopotów - miał w sobie wiele wad, ale nie chciał ich mówić. Nie był dobrym człowiekiem i miał tego pełną świadomość. Miał swoje wady, całe skupisko stroszących się łodyg wad spiętrzonych jak gęste chwasty. Nie był dobrym człowiekiem i gdyby chciał ją uchronić, nie powinien z nią iść i nie powinien w ogóle się odzywać, ale nie był dobrym człowiekiem i nie obronił jej przed sobą, wręcz przeciwnie - zachęcał. Próbował dalej przedłużyć moment ich spotkania.
Próbował dalej trwać przy niej.
-
Mieliśmy w końcu - kolejny, niewielki krok w jej kierunku, kolejny draśnięty dystans, bez zbędnego powodu, bez żadnej interpretacji -
zająć się czymś przyjemnym - powiedział nieco ciszej, subtelniej, zupełnie jakby ten wieczór, ten drobny moment słabości, ucieczki po nadgodzinach, miał zostać ich tajemnicą.
Zasłużyliśmy.
Iris Valentine