Strona 1 z 1

let yourself breathe

: śr cze 24, 2026 9:52 pm
autor: Jude Iverson
07.

trigger warning
motyw choroby nowotworowej
Pozostał dziś nieco dłużej - przeciągnął strunę odprawy zatrzymując się na rozmowie ze swoim kierownikiem, streszczając mu zastrzeżenia rodziny jednego spośród pacjentów i obwieszczając jak zawsze kiełkujące potencjalne przyjęcia które hodowano na oddziale ratunkowym. Obiecał, że doprowadzi do końca pewną balansującą na pograniczu konsultację, niestety, pacjenci przyjeżdżający do szpitala nie mieli wyczucia czasu i wgryzali się niekiedy w dość niewygodny moment pomiędzy zmianą zespołów - jednym z nich był mężczyzna krwawiący ze stenotycznego guza który prawdopodobnie rozwijał się w nim przez lata, doszczętnie choć początkowo subtelnie trawiąc jego ciało, obecnie wciśnięte w pościel niczym kukła o dużym, rozdętym do granic brzuchu i cichym, zmatowiałym głosie. Był to gatunek sprawy już z samej góry przegranej - o której każdy z nich wiedział że skończy się w jeden sposób możliwe że odwleczony w czasie, ale przecież się skończy, prędzej niż błogie później. Zbiegał po schodach nadal o nim myśląc, świadomy, że gdy powróci do pracy mężczyzny mogło już nie być bo równie dobrze była w stanie go uśmiercić sama zaproponowana operacja. Zgadzał się. Rozmawiał z nim i się zgadzał, obiecał mu że podpisze dokumenty. Wydawał się być świadomym, że nie ma innego wyjścia. Cóż.
Nie chciało mu się zadzwonić, bo i tak wydostawał się z pracy drogą prowadzącą przez oddział ratunkowy. Przystanął przy stanowiskach, gdzie miejsce zdążyły zagrzać już nowe (wypoczęte?) osoby. Odczekał, aż znajdą chwilę, podnosząc na niego wzrok - stał w ten sposób, opierając się nonszalancko o powierzchnię blatu.
- ...z cztery jednostki mu zapotrzebujcie - przekazał, na początku wskazując którego pacjenta rzeczywiście miał na myśli - i może już jechać do nas - szef doskonale wiedział i szef na niego oczekiwał wyznaczając odpowiednie osoby do zabiegu. Trochę żałował, że nie był w stanie go wykonać, zupełnie jakby było mu mało... Niektórzy śmiali się że próbował zawsze brać na siebie zbyt wiele, a on zastanawiał się, co tak naprawdę w tych chwilach nim kierowało - dlatego, że nie było to na pewno współczucie ani świadomość misji (jakiej misji, do cholery?).
- A ja w zamian za to - dodał później - oznajmiam, że w y p i e r d a l a m - wzruszył ramionami, podnosząc się i przechodząc nieopodal lady. Nie martwił się, czy ktokolwiek z pacjentów zdołał usłyszeć jego słowa - w takich chwilach mówił szybciej niż myślał, wyłącznie ciesząc się faktem ze mógł zwyczajnie odpocząć od obowiązków. Miał już całkiem wychodzić, ale jego spojrzenie zatrzasnęło się na postaci jednej z pielęgniarek - wiedział że tak jak on podobnie skończyła pracę.
- Jeszcze tu jesteś? - pytanie w jego ustach ulotniło się z tonem nagłego i niewątpliwie rozbawionego oskarżenia. Sam nie był lepszy, tkwiąc tutaj więcej niż było mu wyznaczone, co sprawiło, że z twarzy noszących na powierzchni wspomnienia ostatniego dyżuru - zostało ich tylko dwoje.

Iris Valentine

let yourself breathe

: czw cze 25, 2026 2:46 pm
autor: Iris Valentine
Istniało duże prawdopodobieństwo, że Iris Valentine pracowała za dużo. Istniało nawet duże prawdopodobieństwo, że doskonale zdawała sobie z tego sprawę. Jeśli jednak nie zdawał sobie z tego nikt, kto był nad nią i kto akceptował wszystkie jej zmiany grafików, dodatkowe dyżury i nadgodziny – zamierzała z tego korzystać. Im bardziej skupiała się na pracy, im bardziej była zmęczona i mniej spała tym mniej przejmowała się wszystkim, co działo się w jej życiu poza pracą. Trudno, żeby doskwierała ci samotność, gdy cały dzień funkcjonujesz na wysokich obrotach i dookoła wielu różnych osób. Zarówno personel jak i pacjenci byli po prostu jej tłem. Szumem, który zagłuszał wszystko, co jej doskwierało. I funkcjonowało jej się w ten sposób doskonale!
Dlatego nie spieszyła się z wyjściem ze szpitala. Jej dyżur mógł się skończyć parę chwil wcześniej, ale chyba trochę liczyła, że jak się zakręci tu i tam to znajdzie sobie zajęcie, komuś się przyda albo okaże się, że brakuje obstawy. Mogłaby przecież jeszcze zostać! Mogła…
Jeszcze tu jesteś?
W myślach aż przeklęła, bo nie spodziewała się, że ktoś ją na tym przyłapie. Albo raczej inaczej… że ktoś zwróci na to uwagę w tak bezpośredni sposób. Odwróciła się przez ramię i zmierzyła lekarza spojrzeniem, bo tak – dość sprawnie dodała dwa do dwóch, a kącik jej ust drgnął w lekkim rozbawieniu
To samo można powiedzieć o tobie, doktorze Iverson. – rzuciła zaskakująco swobodnie, bo to pierwsze spięcie bardzo szybko minęło. Nie był lepszy od niej. W ciągu ostatnich kilkunastu godzin spotkali się na tych korytarzach nie raz, nie dwa i pewnie nie pięć razy. Zamknęła szafkę z lekami, odwróciła się w stronę mężczyzny i założyła ręce na piersi, ale nie przestała się przy tym uśmiechać – Mało tego… wyglądasz jak ktoś, kto jeszcze chętnie by został. Znam to spojrzenie. – zdecydowanie zbyt często widywała je w lustrze – Czternaście już minęło? – zapytała, a ponad jego ramieniem spojrzała na to, co dzieje się na oddziale. I to był błąd! Nawiązała kontakt wzrokowy z przełożoną pielęgniarek, która chwilę wcześniej zaczęła dyżur. Liczyła, że dzisiaj panowanie obejmie ktoś inny.
Valentine! – Iris skrzywiła się wymownie, starając się przesunąć tak, żeby Jude odrobinę ją zasłonił – Nie chowaj się tylko stąd idź! Nie potrzebuję przepracowanych pielęgniarek na zmianie! Niezależnie od tego jak dobre są, albo przynajmniej tak im się wydaje! – zagrzmiała kobieta, a Valentine tylko wywróciła oczami – Jestem dobra. – mruknęła pod nosem, spojrzała na zegarek, a zaraz po tym na lekarza, który pracował tak samo długo jak ona – Uważaj, bo ciebie też stąd wyrzuci. – bo ktoś tym miejscem musiał rządzić i to naprawdę rzadko byli lekarze. Ruchem głowy wskazała na kierunek wyjścia z oddziału - Lepiej po dobroci. - i dlatego sama tam ruszyła.


Jude Iverson