The burning eyes and our loud shoutings reaching across the world
: wt cze 30, 2026 1:08 am
Czasy szkolne, Oakville
Jeden, dwa, trzy.
Jeden, dwa, trzy.
Wodziła palcem po grzbietach książek, odliczając i wybierając te opatrzone dwójką. Dwa było bardzo ładną liczbą. Stanowiło parę, w której nic nie mogło byc samotne, zawsze mając towarzysza. Ktoś zapytałby czemu w takim razie odliczała właśnie do trzech, zamiast zmniejszyć wyliczankę o jeden. Odpowiedź była prosta - Cassandra nie potrzebowała aż tak wielu książek do referatu, który musiała skończyć, a odliczanie do trzech miało w sobie pewnego rodzaju poezję, dostrzeganą zapewne jedynie przez rudowłosą. Nie raz, nie dwa zdarzało się, że nastolatka widziała sens w rzecza, które dla innych były zwyczajnie niezrozumiałe, nielogiczne. Szeroko rozwinięta wyobraźnia bywała tu niezmiernie pomocna, chociaż w równie wielu przypadkach sprawiała jej kłopoty, ponieważ proste, jednoliniowe odpowiedzi też były w życiu potrzebne. Czy jednak codzienność nie była większą przygodą, jeśli człowiek nie podążał ślepo w utarte schematy? Warto było się wysilić, bo można było dojść do naprawdę fascynujących wniosków i sprawdzić własne możliwości. Mama zawsze powtarzała jej, że ograniczenia były tylko w głowie i to one paraliżowały ludzi, powstrzymując ich przed sięganiem po marzenia. Cass miała ich zdecydowanie za dużo, by pozwolić im zginąć pod powłoką niewykorzystanych możliwości.
-I kolejna! - rzuciła do siebie, ściągając z bibliotecznego regału następną pozycję. Ułożyła ją na powiększającej się stercie na podłodze. Było tego znacznie więcej, niż zakładała, ale powiedziała sobie, że przestanie wyliczać, kiedy dojdzie do końca trzeciego rzędu. Czyli jeszcze dwie.
Przyjrzała się krytycznie finalnej budowli i analizowała, jak najskuteczniej powinna przetransportować lektury do oddalonego o kilkanaście metrów stolika. Droga wydawała się być prosta; nie było niczego, co by ja blokowało. Dodatkowo książki nie były ciężkie, przynajmniej w pojedynkę. Najskuteczniejszą metodą, która pozwoli jej zaoszczędzić czas, było wzięcie wszystkich jednocześnie. Z tym, że konstrukcja była niemal tak wysoka, jak Wildbird.
-Ograniczenia są tylko w naszej głowie - powiedziała pewnie, tym samym motywując się dostatecznie, by podjąć decyzję. Ugięła nogi w kolanach i wsunęła palce pod książkę najbliżej podłogi. Uniosła ją lekko sprawdzając, jak całość się zachowa. Ha, było całkiem stabilnie. Czyli mogła działać bardziej. Uniosła powoli wieżę, zaraz podnosząc i swoje drobne ciało, które ważyło niewiele więcej co przedmioty w jej dłoniach. To jednak nie stanowiło problemu, bardziej martwiła się, że nie widziała zupełnie niczego.
Ale przecież zapamiętała, że nie było tam nikogo, ani niczego.
Bazując na wizualizacji sprzed zaledwie kilku minut, postawiła pierwszy krok.
Na próbę.
Chwilę później kolejny i następny.
I nagle poczuła opór. Niewielki, a jednak dostateczny, żeby zachwiać stertą.
-Och! - próbowała nad nią zapanować przesuwając się to w lewo, to w prawo. Wysiłki nie przyniosły większego rezultatu - całość runęła. Na nią. Na opór. Na podłogę.
-Cholera - westchnęła, kiedy jej ramię boleśnie spotkało się z krawędzią. - Przepraszam, pasy zabezpieczające nie zadziałały - skomentowała do oporu, którym okazał się Albert. - O, Albi. Przyszedłeś do mnie? - uśmiechnęła się do niego szeroko, pozwalając by jasne oczy rozjaśnił błysk zadowolenia. - Nie uszkodziłam cię bardzo, prawda? - lekko zmarszczyła brwi. Ona mogła cierpieć, ale przyjaciele byli świętością.
Forever together
Jeden, dwa, trzy.
Wodziła palcem po grzbietach książek, odliczając i wybierając te opatrzone dwójką. Dwa było bardzo ładną liczbą. Stanowiło parę, w której nic nie mogło byc samotne, zawsze mając towarzysza. Ktoś zapytałby czemu w takim razie odliczała właśnie do trzech, zamiast zmniejszyć wyliczankę o jeden. Odpowiedź była prosta - Cassandra nie potrzebowała aż tak wielu książek do referatu, który musiała skończyć, a odliczanie do trzech miało w sobie pewnego rodzaju poezję, dostrzeganą zapewne jedynie przez rudowłosą. Nie raz, nie dwa zdarzało się, że nastolatka widziała sens w rzecza, które dla innych były zwyczajnie niezrozumiałe, nielogiczne. Szeroko rozwinięta wyobraźnia bywała tu niezmiernie pomocna, chociaż w równie wielu przypadkach sprawiała jej kłopoty, ponieważ proste, jednoliniowe odpowiedzi też były w życiu potrzebne. Czy jednak codzienność nie była większą przygodą, jeśli człowiek nie podążał ślepo w utarte schematy? Warto było się wysilić, bo można było dojść do naprawdę fascynujących wniosków i sprawdzić własne możliwości. Mama zawsze powtarzała jej, że ograniczenia były tylko w głowie i to one paraliżowały ludzi, powstrzymując ich przed sięganiem po marzenia. Cass miała ich zdecydowanie za dużo, by pozwolić im zginąć pod powłoką niewykorzystanych możliwości.
-I kolejna! - rzuciła do siebie, ściągając z bibliotecznego regału następną pozycję. Ułożyła ją na powiększającej się stercie na podłodze. Było tego znacznie więcej, niż zakładała, ale powiedziała sobie, że przestanie wyliczać, kiedy dojdzie do końca trzeciego rzędu. Czyli jeszcze dwie.
Przyjrzała się krytycznie finalnej budowli i analizowała, jak najskuteczniej powinna przetransportować lektury do oddalonego o kilkanaście metrów stolika. Droga wydawała się być prosta; nie było niczego, co by ja blokowało. Dodatkowo książki nie były ciężkie, przynajmniej w pojedynkę. Najskuteczniejszą metodą, która pozwoli jej zaoszczędzić czas, było wzięcie wszystkich jednocześnie. Z tym, że konstrukcja była niemal tak wysoka, jak Wildbird.
-Ograniczenia są tylko w naszej głowie - powiedziała pewnie, tym samym motywując się dostatecznie, by podjąć decyzję. Ugięła nogi w kolanach i wsunęła palce pod książkę najbliżej podłogi. Uniosła ją lekko sprawdzając, jak całość się zachowa. Ha, było całkiem stabilnie. Czyli mogła działać bardziej. Uniosła powoli wieżę, zaraz podnosząc i swoje drobne ciało, które ważyło niewiele więcej co przedmioty w jej dłoniach. To jednak nie stanowiło problemu, bardziej martwiła się, że nie widziała zupełnie niczego.
Ale przecież zapamiętała, że nie było tam nikogo, ani niczego.
Bazując na wizualizacji sprzed zaledwie kilku minut, postawiła pierwszy krok.
Na próbę.
Chwilę później kolejny i następny.
I nagle poczuła opór. Niewielki, a jednak dostateczny, żeby zachwiać stertą.
-Och! - próbowała nad nią zapanować przesuwając się to w lewo, to w prawo. Wysiłki nie przyniosły większego rezultatu - całość runęła. Na nią. Na opór. Na podłogę.
-Cholera - westchnęła, kiedy jej ramię boleśnie spotkało się z krawędzią. - Przepraszam, pasy zabezpieczające nie zadziałały - skomentowała do oporu, którym okazał się Albert. - O, Albi. Przyszedłeś do mnie? - uśmiechnęła się do niego szeroko, pozwalając by jasne oczy rozjaśnił błysk zadowolenia. - Nie uszkodziłam cię bardzo, prawda? - lekko zmarszczyła brwi. Ona mogła cierpieć, ale przyjaciele byli świętością.
Forever together