ODPOWIEDZ
26 y/o
DEBIUTUJĄCY SKRYBA
163 cm
wiolonczelistka, sprzedawca Toronto Symphony Orchestra, Bookland
Awatar użytkownika
Can we pretend that airplanes in the night sky are like shootin' stars?
nieobecnośćnie
wątki 18+tak
zaimkizaimki
typ narracjinarracja trzecioosobowa
czas narracjiczas przeszły
postać
autor

Czasy szkolne, Oakville Jeden, dwa, trzy.
Jeden, dwa, trzy.
Wodziła palcem po grzbietach książek, odliczając i wybierając te opatrzone dwójką. Dwa było bardzo ładną liczbą. Stanowiło parę, w której nic nie mogło byc samotne, zawsze mając towarzysza. Ktoś zapytałby czemu w takim razie odliczała właśnie do trzech, zamiast zmniejszyć wyliczankę o jeden. Odpowiedź była prosta - Cassandra nie potrzebowała aż tak wielu książek do referatu, który musiała skończyć, a odliczanie do trzech miało w sobie pewnego rodzaju poezję, dostrzeganą zapewne jedynie przez rudowłosą. Nie raz, nie dwa zdarzało się, że nastolatka widziała sens w rzecza, które dla innych były zwyczajnie niezrozumiałe, nielogiczne. Szeroko rozwinięta wyobraźnia bywała tu niezmiernie pomocna, chociaż w równie wielu przypadkach sprawiała jej kłopoty, ponieważ proste, jednoliniowe odpowiedzi też były w życiu potrzebne. Czy jednak codzienność nie była większą przygodą, jeśli człowiek nie podążał ślepo w utarte schematy? Warto było się wysilić, bo można było dojść do naprawdę fascynujących wniosków i sprawdzić własne możliwości. Mama zawsze powtarzała jej, że ograniczenia były tylko w głowie i to one paraliżowały ludzi, powstrzymując ich przed sięganiem po marzenia. Cass miała ich zdecydowanie za dużo, by pozwolić im zginąć pod powłoką niewykorzystanych możliwości.
-I kolejna! - rzuciła do siebie, ściągając z bibliotecznego regału następną pozycję. Ułożyła ją na powiększającej się stercie na podłodze. Było tego znacznie więcej, niż zakładała, ale powiedziała sobie, że przestanie wyliczać, kiedy dojdzie do końca trzeciego rzędu. Czyli jeszcze dwie.
Przyjrzała się krytycznie finalnej budowli i analizowała, jak najskuteczniej powinna przetransportować lektury do oddalonego o kilkanaście metrów stolika. Droga wydawała się być prosta; nie było niczego, co by ja blokowało. Dodatkowo książki nie były ciężkie, przynajmniej w pojedynkę. Najskuteczniejszą metodą, która pozwoli jej zaoszczędzić czas, było wzięcie wszystkich jednocześnie. Z tym, że konstrukcja była niemal tak wysoka, jak Wildbird.
-Ograniczenia są tylko w naszej głowie - powiedziała pewnie, tym samym motywując się dostatecznie, by podjąć decyzję. Ugięła nogi w kolanach i wsunęła palce pod książkę najbliżej podłogi. Uniosła ją lekko sprawdzając, jak całość się zachowa. Ha, było całkiem stabilnie. Czyli mogła działać bardziej. Uniosła powoli wieżę, zaraz podnosząc i swoje drobne ciało, które ważyło niewiele więcej co przedmioty w jej dłoniach. To jednak nie stanowiło problemu, bardziej martwiła się, że nie widziała zupełnie niczego.
Ale przecież zapamiętała, że nie było tam nikogo, ani niczego.
Bazując na wizualizacji sprzed zaledwie kilku minut, postawiła pierwszy krok.
Na próbę.
Chwilę później kolejny i następny.
I nagle poczuła opór. Niewielki, a jednak dostateczny, żeby zachwiać stertą.
-Och! - próbowała nad nią zapanować przesuwając się to w lewo, to w prawo. Wysiłki nie przyniosły większego rezultatu - całość runęła. Na nią. Na opór. Na podłogę.
-Cholera - westchnęła, kiedy jej ramię boleśnie spotkało się z krawędzią. - Przepraszam, pasy zabezpieczające nie zadziałały - skomentowała do oporu, którym okazał się Albert. - O, Albi. Przyszedłeś do mnie? - uśmiechnęła się do niego szeroko, pozwalając by jasne oczy rozjaśnił błysk zadowolenia. - Nie uszkodziłam cię bardzo, prawda? - lekko zmarszczyła brwi. Ona mogła cierpieć, ale przyjaciele byli świętością.

Forever together
28 y/o
For good luck!
185 cm
workin' nine to five what a way to make a livin'
Awatar użytkownika
a Canadian is somebody who knows how to make love in a canoe
nieobecnośćnie
wątki 18+tak
zaimkiona/jej
typ narracji3 os.
czas narracjiprzeszły
postać
autor

So come up with me, I'll take you high
That Primadonna spice up your life
You know I got that shit that you like
So come up with me, run up, uh, jump


Budzik o siódmej rano powinien być nielegalny, tak samo jak edukacja publiczna.

Albert szedł szkolnym korytarzem z rękami wciśniętymi w kieszenie spodni i wszyscy schodzili mu z drogi, gdy tylko widzieli jego naburmuszoną twarz. Był niewyspany, zawalił sprawdzian z matmy, rano mała Clem podjebała mu dziennik (co skończyło się rodzinną awanturą jeszcze przed wyjściem do budy), pokłócił się z chłopakami z zespołu o jakąś durną aranżację, faza księżyca była zła i w ogóle dzień też był beznadziejny. Miał wrażenie, że jeśli zaraz nie spierdoli z tej budy, to będzie musiał komuś przyłożyć, więc plan był prosty - wagary. Był jednak jeden problem, zrywanie się z lekcji samemu było cholernie nudne, w związku z czym… potrzebował kompana zbrodni. A raczej - kompanki o imieniu Cassandra.

Chciał znaleźć ją przed dzwonkiem obwieszczającym rozpoczęcie kolejnej lekcji, dlatego szybciutko skierował swoje kroki do jedynego miejsca w tej budzie, którego unikał jak ognia. Do biblioteki. Pachniało tam kurzem, starym papierem i kulkami na mole, które bibliotekarka rozwieszała w szafach na dokumenty. Nie wiedział, po co to właściwie robiła, ale dorośli bywali doprawdy dziwni, więc wolał nie pytać. Wślizgnął się do biblioteki po cichu i przyszło mu do głowy, że gdyby Birdy była pokemonem, to czytelnia zdecydowanie byłaby jej głównym miejscem spawnu. No i co? No i nie mylił się - od razu dostrzegł rudą czuprynę przyjaciółki między regałami. Oparł się o jeden z nich, złożył ręce na piersi i z rozbawieniem obserwował, jak dziewczyna budowała wieżę (zbudujemy wieżę, wierzę, wierzę, wierzę, lol, WIEŻĘ BABEL) z książek, która powoli zaczynała być wyższa od niej, co w sumie nie było trudne, no ale… No, nieważne.

Naiwnie sądził, że Cassie w końcu go zauważy. Ba, nawet podszedł bliżej i stanął w przejściu między regałami, tuż przed nią, ale zapomniał o jednym, dość istotnym szczególe, a mianowicie… wieża z książek totalnie odcięła pole widzenia Cassandrze. Zanim zdążył się odsunąć, Birdy po prostu w niego wlazła, stos książek po zderzeniu z jego klatką piersiową zaczął się chwiać, a potem… wszystkie książki wylądowały na podłodze. Plus był taki, że Cassie w końcu go zauważyła. - Och - zawtórował Rudej z rozbawieniem, po czym kucnął i zacząć zbierać tomidła z podłogi. Na co Cassie te wszystkie książki? Jezu. O, Albi! Przyszedłeś do mnie? - Noms - dodał krótko, dzieląc książki na dwa stosy, żeby nie wydarzyła się powtórka z rozrywki. - Nah, nic mi nie jest, a ty jesteś cała? Niezły z ciebie kaskader, Birdy - rzucił z rozbawieniem, po czym wręczył jej jeden mniejszy stos książek, a sam wziął do rąk ten większy i skierował swoje kroki do czytelni, licząc na to, że Cassie pójdzie za nim.

Z trzaskiem odłożył stos książek na stół, jednak nie usiadł na jednym z krzeseł, bo w sumie… no, nie planował się rozsiadać, nie? - Przyszedłem uratować cię przed śmiercią - zaczął konspiracyjnym szeptem, po czym rzucił szybkie spojrzenie przez ramię w stronę bibliotekarki, która patrzyła na nich wściekłym wzrokiem. - Przed śmiercią z nudów - dodał jeszcze ciszej, ale mimo to bibliotekarka wstała i zaczęła podążać w ich stronę. Albert przekręcił oczami i usiadł przy stoliku, otworzył losową ksiażkę przytarganą tu przez Cassie i zaczął udawać, że treść niezmiernie go interesuje. Szkoła go prześladowała i był uczniem uciśnionym, nic już nie wolno było robić w tej szkole, nawet rozmawiać. - Ma być cisza, tak? - zganiła ich bibliotekarka, po czym zniknęła za rogiem, żeby wskazać jakiejś blondynie książki o stworzeniach morskich.

Albert znowu przekręcił oczami i wyjął z plecaka kartkę. Nabazgrał na niej kilka słów i podsunął Cassie pod nos.
Ty + ja = wagary?

PS. Clem mnie wkurwiła, w zespole dym i w dupie mam fizykę, chodź, spierdalamy.
Posłał Cassie łobuzerski uśmiech i czekał na odpowiedź twierdzącą, bo jakżeby inaczej? Zerknął przez okno na drzewa i kołyszące się liście. Kurde, było ciepło i ładnie, wolał iść do parku nieopodal szkoły niż kisić się w czterech ścianach, noooo…

Birdy
26 y/o
DEBIUTUJĄCY SKRYBA
163 cm
wiolonczelistka, sprzedawca Toronto Symphony Orchestra, Bookland
Awatar użytkownika
Can we pretend that airplanes in the night sky are like shootin' stars?
nieobecnośćnie
wątki 18+tak
zaimkizaimki
typ narracjinarracja trzecioosobowa
czas narracjiczas przeszły
postać
autor

Podejmowane przez nią decyzje nie zawsze były racjonalne, chociaż o tym nastolatka przekonywała się dopiero w chwili, w której przyszło jej mierzyć się z konsekwencjami. Często dość bolesnymi, jak w tym przypadku. Dziwić się, że co rusz wracała do domu z nowymi bliznami i ranami, z których musiała się tłumaczyć tacie. Domyślała się, że nie było dla niego komfortowym patrzeć, jak jego jedyna córka się okalecza. Nieplanowanie, ale rezultat był podobny i wywoływał na twarzy mężczyzny dezaprobatę. Przynajmniej mogła dostrzec jakąś reakcję, bo z tymi niestety po śmierci mamy bywało różnie. Odnosiła wrażenie, że staruszek zapada się w sobie, odcinając się od świata. Pracował, zajmował się domem, ale było go w nim znacznie mniej, niż kilka lat wcześniej. Chłód w domu wkradał się niepostrzeżenie, panosząc się niczym kolejny lokator. Nie lubiła tego uczucia, ale nie potrafiła go usunąć. Zamiast tego skupiała się a rzeczach bardziej przyjemnych, spychając problemy głęboko w siebie. ostatecznie życie było zbyt krótkie, żeby się załamywać, a Cassie zdecydowanie lepiej cię czuła, kiedy na około niej panował lekko chaos. Który, tak nawiasem, sama w dużej mierze wywoływała. Wystarczyło spojrzeć na stertę, która chybotała się w jej szczupłych ramionach. To musiało się źle skończyć!
Czy pomimo pojawiających się trudności rezygnowała? Zdecydowanie nie. Broniąc honoru rudych osób, posiadała dość wysoki level upartości, która pchała ją dalej i dalej do osiągnięcia celu. Tym aktualnym było dostarczenie książek do stolika, na którym spoczywało rozpoczęte wypracowanie. Proste zadanie, złe wykonanie. Wieżę szybko trafił szlag, kiedy rozsypała się niczym domek z kart. Ach, gdyby tylko bolało tak, jak dotyk cienkiego papieru damy kier.
-Gdybym przykładała się bardziej do fizyki, może środek ciężkości umieściłabym gdzie indziej - stwierdziła, zupełnie randomowo. Lubiła się uczyć, spędzając czas w bibliotece, zalatując przy tym kujonstwem, chociaż nie każdy przedmiot był fantastyczny. Fizyka tak w połowie, za dużo równań i wzorów, które jej się mieszały. Nie było w nich nic magicznego i nie uciekały się do chociażby takiej chemii, która przypominała czary.
-Nowa blizna, nowa przygoda w przyszłości do opowiedzenia. Wyobrażasz to sobie? Siedzisz na ganku, bawisz dzieci i mówisz im, że zaatakowała cię książka podobna do Potwornej księgi potworów - uśmiechnęła się do przyjaciela, układając lektury. Oczywiście, że chciała wszystkie ponownie dać na jeden stos, jednak Albert ją uprzedził wykazując się lepszą rezolutnością.
Usiadła na krześle, spoglądając na Thallmana zza okularów. Lubiła jego towarzystwo. Dzięki niemu mogła urzeczywistnić wszelkie fantazje - od wspięcia się na najwyższy dach, po eksplorowanie ciemnej jaskini, w której potrzebowała towarzystwa. Nie bał się niczego, zaspokajając ją pod względem przygód. Mogła się domyślić, że i tym razem będzie miał propozycję tak ciekawą, że nie dało się odmówić.
-Rycerz w srebrnej zbroi. Co jest twoją kartą przetargową, panie Thallman? - spytała, opierając podbródek na stosie książek przed nią.
Zaśmiała się cicho na słowa bibliotekarki. Kiedy Wildbird była sama, nie zdarzały jej się upomnienia. Gdy pojawiał się Albi, świat ulegał zmianie, wplatając odrobinę kontrolowanego chaosu.
Sięgnęła po długopis, poddając się grze. Napisała odpowiedź pochyłym, równym pismem z zawijasami.
Obrazek


Uniosła wzrok, dostrzegając jego uśmieszek. Rzucał jej wyzwanie, a Cassie niestety była na nie wyjątkowo podatna. Czas z Albertem, czy wypracowanie? Wspomnienia, kontra przyszłość.
Przyszłość z Albertem brzmiała znacznie bardziej kusząco.
Skinęła głową, ulegając mu. Referat nie ucieknie, a Thallman jednak miał nogi i szybko biegał.
Obrazek


albert thallman
28 y/o
For good luck!
185 cm
workin' nine to five what a way to make a livin'
Awatar użytkownika
a Canadian is somebody who knows how to make love in a canoe
nieobecnośćnie
wątki 18+tak
zaimkiona/jej
typ narracji3 os.
czas narracjiprzeszły
postać
autor

Sun is shinin' in the sky
There ain't a cloud in sight
It's stopped rainin'


Przyglądał się rudowłosej przyjaciółce z tym swoim klasycznym aroganckim uśmieszkiem i przyszło mu do głowy, że Cassie była magnesem na kłopoty, ale - jak na ironię - każdy kolejny siniak na jej kolanie utwierdzał go w przekonaniu, że byli dla siebie stworzeni i nadawali na tych samych falach. Oboje nienawidzili nudy i oboje woleli kolekcjonować blizny niż spędzić najlepsze lata swojego życia w czterech ścianach. Albooo... na lekcjach fizyki, słuchając o jakichś głupich środkach ciężkości. - Fizyka srizyka, weź, nie nudź, Cassie, bo mnie rozboli głowa - prychnął z uśmiechem i przekręcił oczami. Nie był zbyt pilnym uczniem, ale od czegoś miał Cassie, prawda? Zawsze mu pomagała z lekcjami, mimo że była dwie klasy niżej. Trafiła mu się przyjaciółka bystrzacha.

Wyobrażasz to sobie? Siedzisz na ganku, bawisz dzieci i mówisz im, że zaatakowała cię książka podobna do Potwornej księgi potworów. O niee… Co to za babskie gadanie? - Chcesz mieć dzieci? - przerwał jej Albert wpół słowa i skrzywił się odrobinkę na samą myśl o pieluchach. Był nastolatkiem, proszę go nie winić. Dla niego szczytem dorosłości było kombinowanie, skąd skołować kasę na papierosy i jak nie podpaść dyrektorowi. Na pieluchy miał jeszcze czas, o ile w ogóle będzie miał dzieci w przyszłości. - Dobra, zanim zostaniesz babcią z ganku, musimy zrobić coś super - machnął ręką i automatycznie ściszył głos, bo znowu w ich stronę zaczęła zbliżać się bibliotekarka. Ta to chyba nie miała nic innego do roboty w tej bibliotece, słowo daję.

Chwilę później już wymieniali się wiadomościami.

Namawiasz mnie do złego, panie Thallman. Opłaci mi się to? Gdy przeczytał to zdanie, uśmiechnął się szelmowsko do przyjaciółki i nie dopisał już ani słowa. Uniósł tylko wymownie brwi, a w jego jasnych oczach pojawiło się… wyzwanie - liczył na to, że tyle wystarczy, aby wyrwać ją ze szkolnych murów na zewnątrz. No i miał rację. Porozumiewawcze spojrzenia wystarczyły, aby dziewczyna wprawiła długopis w ruch ponownie. Przekonałeś mnie. Ale truskawkowe lody z kawałkami czekolady są moje. Da się załatwić!

Nie zamierzał marnować ani sekundy, bo jeszcze Cassie zmieniłaby zdanie i przypomniałaby sobie o jakimś sprawdzianie albo innym referacie. Bez uprzedzenia pociągnął Cassie za rękę (nawet nie pozwolił jej zabrać tych ciężkich książek ze stołu ani schować długopisu) i wyszli z biblioteki powolnym niewinnym krokiem pod czujnym spojrzeniem bibliotekarki, dopiero na korytarzu rzucając się biegiem w kierunku najbliższego wyjścia na boisko, żeby przypadkiem nie natknąć się na żadnego nauczyciela albo woźnego.

Skręcili przy klatce schodowej, minęli salę od biologii i z impetem naparli na tylne drzwi wyjściowe. Ciepłe promienie słońca musnęły ich twarze od razu, gdy tylko wypadli na szkolne boisko. Byli wolni! Przynajmniej do końca dnia, ale to już coś. Zaczęli zmierzać w stronę ogrodzenia - a dokładniej do miejsca, w którym znajdowało się wąskie przejście na ulicę. - Pójdziemy przez park, a potem pokażę ci stare, opuszczone kino przy teatrze - rzucił przez ramię, poprawiając plecak na ramieniu i rzucając przyjaciółce szeroki uśmiech. - Wchodzisz w to, Wildbird? - spytał jeszcze raz na wszelki wypadek, już przechodząc przez dziurę w ogrodzeniu i stawiając pierwszy krok ku wolności.

Birdy
26 y/o
DEBIUTUJĄCY SKRYBA
163 cm
wiolonczelistka, sprzedawca Toronto Symphony Orchestra, Bookland
Awatar użytkownika
Can we pretend that airplanes in the night sky are like shootin' stars?
nieobecnośćnie
wątki 18+tak
zaimkizaimki
typ narracjinarracja trzecioosobowa
czas narracjiczas przeszły
postać
autor

Znała jego podejście do nauki. Tak wiele razy starała się przekonać go, że mógłby więcej czasu poświęcić na studiowanie książek, ale równie szybko jak zaczynała, kończyła, wiedząc, że nie przyniesie to oczekiwanego rezultatu. Zresztą czy nie zalatywało hipokryzją? Sama wbijała sobie do głowy tylko te rzeczy, które interesowały ją najbardziej, przy okazji potrafiąc szybko się rozproszyć, uciekając w świat fantazji. Ewentualnie ze szkoły, chociaż to miało miejsce głównie, kiedy Albert wyskakiwał z nagłym pomysłem zbadania świata poza murami. Niemal, jakby po jednym dniu miało zmienić się tam tak wiele.
Poddawała mu się bez większych przeszkód, dając się wplatać w kolejne wyprawy, zarówno krótkie jak i dłuższe. Ach, ile razy zdarzyło się, że samowolne zwolnienie z jednych zajęć przedłużało się do całego szkolnego dnia? Czas płynął nieubłaganie szybko w doborowym towarzystwie i podczas kreowania nowych wspomnień. Nie żałowała. Przez te wszystkie lata nauczyła się, że chwile poświęcone przyjaciołom oraz rodzinie były naprawdę ważne. A szkoła? Ona nóżek nie miała i uciec nie mogła, przez dziesięciolecia stojąc w tym samym miejscu.
Zerknęła na niego znad sterty książek, zastanawiając się przez chwilę nad pytaniem, które padło z jego ust. Temat, który raczej nie zaprzątał jej głowy. Panował tam chaos większy, niż w obracanym kalejdoskopie, a jakby jeszcze potomstwo tam wrzucić mieszanina byłaby nie do opanowania.
-Nie wiem, może kiedyś. Nie myślę o tym teraz. Bo wiesz… raczej nie wyobrażam sobie, że miałabym z nosidełkiem sprawdzać, czy ta opuszczona szopa w lesie faktycznie jest nawiedzona. Jeszcze by dzieciaka opętało, a wiesz jak to jest we wszystkich horrorach - wzruszyła ramionami, z uśmiechem na twarzy lokując w nim jasnozielone tęczówki. - Ej, uprzedzam cię, że ty będziesz dziadkiem z banku po przeciwnej stronie! Pinky promise, że zamieszkamy obok siebie - zaśmiała się, nie wyobrażając sobie, że mogliby żyć zupełnie gdzie indziej, osobno. Był jej przyjacielem na dobre i złe, czy mu się to podobało, czy nie. Jej słoneczkiem i ostoja w potrzebie. Ramionami, w które mogła zapłakać, kiedy było jej źle. Jak po śmierci mamy.
Jedno wyzywające spojrzenie, jeden błysk zaczepki sprawiły, że Wildbird uległa całkowicie, wyrzucając z głowy referat. To takie niesprawiedliwe, że Albert wiedział co dokładnie powiedzieć i zrobić, by nie była w stanie mu odmówić! Nie podobały jej się te tajemne moce, którymi trzymał ją w garści, siłą perswazji zmuszając do złego!
Pozwoliła się wyciągnąć z budynku, narażając bibliotekarce, która będzie musiała posprzątać książkowy bałagan ze stolika, przy którym nie zagrzała nawet miejsca. Teraz jej głowę zaprzątały inne myśli - ciepłe promienie słońca, lekki wiatr i świeże powietrze, które wygrywało nawet z zapachem zakurzonych książek. Tak zaczynała się przygoda.
-Thallman… - zerknęła na niego pewnie z uniesionym dumnie podbródkiem, dotrzymując mu kroku. No, prawie, bo jej nóżki były trochę krótsze biorąc pod uwagę, że do wysokich nie należała. - Ja już w to weszłam. Jesteś za mnie odpowiedzialny i nie pozbędziesz się teraz tak łatwo. No i przy okazji jesteś berek! - Klepnęła go w ramię, kiedy przeszli przez ogrodzenia. Przynajmniej w biegu mogła konkurować z nim niemal jak równy z równym. Jasne, omal nie wywalił się z pięć razy, potykając o źdźbła trawy, ale liczył się efekt końcowy! - No dalej, Albi! Bo noc nas zastanie! - zawołała do niego przez ramię. Błędne było założenia, że powinna to robić, bo z impetem wpadła na niewinnie spacerującego mężczyznę z psem.
-Oj, przepraszam! - powiedziała, zerkając na niego. Spowolnił ją, a to zmniejszało jej szanse na wygraną.
-Patrz jak leziesz gówniaro! Te dzisiejsze dzieciaki. Zero szacunku i dyscypliny - burknął, oddalając się od nich.
-Chyba mnie nie polubił - stwierdziła, kiedy Albert się z nią zrównał. - Prowadź, bo ja nie wiem gdzie - skomentowała, szybko zapominając o incydencie. Złapała przyjaciela za dłoń, ciągnąc go za sobą, zupełnie przecząc temu co chwilę wcześniej powiedziała. - Lody! Albi, idziemy na lody! - zawyrokowała, dostrzegając zaparkowany w parku samochód, przed którym stało już kilka osób. - Wiesz, że podobno kiedy zje się dużo lodów bardzo szybko, można sobie mózg odmrozić? - rzuciła, zerkając na niego. Randomowe informacje mieszały się z tymi, które mogłaby faktycznie w przyszłości wykorzystać.

albert thallman
28 y/o
For good luck!
185 cm
workin' nine to five what a way to make a livin'
Awatar użytkownika
a Canadian is somebody who knows how to make love in a canoe
nieobecnośćnie
wątki 18+tak
zaimkiona/jej
typ narracji3 os.
czas narracjiprzeszły
postać
autor

Fajnie było być dzieciakiem jednak.

Szedł powoli parkową alejką, co chwilę oglądając się za siebie z uniesionymi brwiami, jakby sprawdzał, czy bibliotekarka albo jakiś wściekły nauczyciel nie ruszyli za nimi w pościg, ale wyglądało na to, że udało im się opuścić szkolne mury bez żadnych wścibskich spojrzeń. Przejechał dłonią po swoich włosach i słuchał potoku słów, które wylewały się z ust Cass. Uwielbiał ją jako swoją przyjaciółkę, była jedyną stałą w jego pieprzonym życiu i pomogła mu się pozbierać po śmierci ojca, ale - JEZU CHRYSTE - jej dzisiejsze odklejki zwalały go z nóg. Tak szczerze to czasami po prostu się wyłączał i jej nie słuchał, żeby nie dostać skrętu mózgu od tych wszystkich wizji z nosidełkami w nawiedzonych szopach. - Cassie, przerażasz mnie - skwitował z głębokim westchnięciem i pokręcił głową z rozbawieniem. I pewnie nie powiedziałby nic więcej, gdyby Cassie nie stwierdziła, że Ace zostanie dziadkiem z banku. Parsknął śmiechem i wbił ręce w kieszenie. Serio, skąd ona brała te pomysły? On? W banku? W garniturze? Z własnym domem? Niezły żart, niezły. - Nie będę dziadkiem z banku, będę hodować marihuanę w ogrodzie i wyzywać dzieciaki łażące po moim trawniku - odpowiedział, mimo że wizja mieszkania obok Cass wcale nie była taka zła, bo pewnie codziennie faszerowałaby go ciastem, a Albert lubił ciasto.

Zanim jednak zdążył pociągnąć temat ich emerytury, Cassie klepnęła go w ramię, nazwała berkiem i zerwała się do biegu. Ace, oczywiście, nawet nie drgnął. Był już PRAWIE dorosły. - Berek-srerek, nie jesteśmy w podstawówce - zawołał za nią i przekręcił oczami. No i w sumie okazało się, że dobrze, że za nią nie pobiegł - Wildbird, jak to ona, pędząc przed siebie i oglądając się przez ramię, z impetem wpadła na jakiegoś dziadka spacerującego z psem. Gbur zaczął na nią fukać, nazwał ją gówniarą i zaczął głosić jakieś farmazony, dlatego Ace jednak ruszył dupę i stanął między facetem a przyjaciółką, no bo tylko on miał prawo do opierdalania Cass. - A pan się odczepi, dobra? Ja wiem, czym pan jeździ - rzucił groźnie, po czym posłał dziadowi tak niesympatyczne spojrzenie, że starszy mężczyzna tylko coś fuknął pod nosem i szybko się oddalił.

Zerknął na Cassie spod byka. - Jakbyś tak nie poleciała do przodu to byś wiedziała, gdzie, bo bym ci powiedział - skomentował złośliwie całe zajście, a Cassie jak gdyby nigdy nic złapała go za rękę, pociągnęła w stronę furgonetki z lodami i zarządziła przerwę na deser. Początkowo chciał się nie zgodzić, bo dalej mógł ich tutaj capnąć jakiś belfer, aleeee skoro tak jej się oczęta zaświeciły na widok mrożonych kulek, to nie miał serca jej odmówić. - Dobra, to bierz, ja nie chcę. Ale szybko, zanim jakiś nauczyciel nas zauważy i zawróci do budy - rzucił, po czym stanął za Cassie w kolejce i czekał naprawdę bardzo cierpliwie, aż Ruda dostanie swoją porcję. No i gdy Cass znowu zaserwowała mu kolejną porcję randomowej wiedzy, tym razem szturchnął ją lekko ramieniem. - Niektórzy mają chyba zamrożony cały czas - podsumował z głupim uśmiechem. No i kiedy już Cassie miała te swoje lody, Ace ruszył żwawym krokiem ku właściwemu celowi ich dzisiejszej ucieczki. Wcale nie było tam tak daleko, wiecie? Po kilkunastu minutach drogi dotarli na tyłu starego, opuszczonego budynku kina. Elewacja popękała, powybijane szyby straszyły… ale w środku było całkiem fajnie, dlatego Ace całkiem sprawnie sforsował dziurę w zardzewiałym ogrodzeniu, a potem pomógł Cassie wdrapać się przez otwarte, niskie okno do środka.

W środku powitał ich zapach stęchlizny, gruz leżący pod nogami i porozrzucane śmieci. Bardzo sympatycznie. Przeszli przez ciemny korytarz i nagle znaleźli się w ogromnej, pustej sali kinowej. - Ta daam - oznajmił dumnie Ace, rozłożył szeroko ramiona i obrócił się w stronę przyjaciółki. - Odkryłem tę miejscówkę w zeszłym tygodniu razem z Chrisem i Thalią - dodał, krzywiąc się na samo wspomnienie Rosenhall. Cały czas nie rozumiał, dlaczego Chris - jego najlepszy przyjaciel - w ogóle był z tą Rosenhell, no ale… to nie był jego interes. Dzisiaj był tutaj z Cassie i zamierzał wyluzować. Przeszedł między rzędami zniszczonych siedzeń, wybrał jeden z foteli w pierwszym rzędzie, z którego wyłaziła już gąbka, i rozsiadł się na nim wygodnie. Wyciągnął długie nogi przed siebie i oparł głowę, wpatrując się w wielką, zakurzoną, czerwoną kurtynę, która była częściowo odsłonięta. - Ciekawe, kiedy to wyburzą - rzucił w eter, po czym wskazał skinieniem głowy na fotel obok siebie, dając Birdy znać, żeby w końcu usiadła.

Birdy
ODPOWIEDZ

Wróć do „⋆ W czasie”