And I'd give up forever to touch you
: wt cze 30, 2026 9:09 pm
Kilka lat wcześniej, na dalekim Bliskim Wschodzie
Wybuch.
Nagle kompletna cisza, która do tej pory dręczyła Hendersona, musiała ustąpić miejsca hukowi. Uderzył drastycznie w bębenki Jess’a – nie spodziewał się, że aż tak to odczuje mając na uszach teoretycznie odpowiednie słuchawki. Może i były dostosowane do wysokich decybeli jednak nie aż takich. Wątpił, że producent sprawdzał ich jakoś w tak zwanym punkcie zero. Henderson mógł teraz jednak recenzje na te okazje złożyć. Drażniący jego nozdrza pył był wszędzie. Gdziekolwiek nie obróciłby się, tam i on. Nie widział swoich współpracowników, celów, miejsca, którym był. Jesse nie widział nawet własnych dłoni, a po chwili wzrok już kompletnie go zawiódł. Zresztą, nie tylko wzrok. Zapanowała kompletna ciemność. I cisza.
Nagle, pośród tej ciemności zaczęło przebijać się białe światło. Zamiast krzyków rannych Jesse słyszał jedynie zwięźle i szybkie słowa. Wiedział, że były one po angielsku, jednak nie potrafił ich rozszyfrować. Prawda była taka, że nawet nie próbował, bo niedługą chwilę później ponownie jego świadomość gdzieś uciekła.
— Zmierz mu temperaturę. — Były to pierwsze słowa, jakie Jesse zrozumiał. Później usłyszał oddalający się stukot obcasów. Miał jeszcze zamknięte oczy, więc nie wiedział dokładnie, gdzie jest, jednak powoli zaczynał się domyślać. Charakterystyczne dźwięki znanych mu dobrze aparatur medycznych sugerowały mu, że był w ambulatorium. Podniósł lekko rękę – na tyle, na ile był w stanie przez podpięte do dłoni i przedramienia kabelki. Zdecydowanie był w szpitalu. W końcu odważył się otworzyć oczy. Nie była to najmądrzejsza decyzja, bo światło okazało się zbyt jasne na jego przyzwyczajone do ciemności oczy. Zmrużył lekko zmęczone ślepia.
Szpitalną biel biła go po oczach. Dawno w tym miejscu nie był, a już w szczególności w takiej sytuacji. Zazwyczaj to on odwiedzał pokiereszowanych przyjaciół albo zaglądał do swoich ulubionych medyków po leki na lepszy sen (a w sumie to jakikolwiek sen, bo w przypadku Hendersona można było już zdecydowanie mówić o insomnii). Osobiście, unikał szpitali na tyle, ile się dało. Tym razem jednak położyli go bez jego wiedzy. Nie sądził, że było to tak poważne i liczył, że wystarczy ładny uśmiech do Bonnie, aby przekonała przełożonego, by wypuścić Hendersona. Lepiej regenerować się będzie we własnym kontenerze.
— Czy to aby na pewno wszystko konieczne? — zapytał, odwracając się w stronę, po której miał wrażenie, że ktoś się przed chwilą krzątał. Spodziewał się zastać Bonnie – ratowniczkę, która drugą zmianę właśnie spędzała na Bliskim Wschodzie. Była ona już w sędziwym wieku, jednak łatwo więc się na jej decyzje wpływało, szczególnie będąc w stopniu oficerskim. Nie, żeby Jesse często z tego korzystał. Jakoś jednak tabletki załatwiać sobie musiał.
Ku jego zaskoczeniu, zamiast znanej mu dobrze starszej kobiety, zobaczył zdecydowanie młodszą dziewczynę. Nie znał jej. Nawet nie kojarzył, a jako stały bywalec miał już ogólne rozeznanie w stacjonujących tu żołnierzach. — Wszystko ze mną w porządku. Tylko miejsce komuś zajmuję — mówił, chociaż prawda była zgoła inna. Nie odczuwał aż takiego bólu, a jedynie ogólne osłabienie z uwagi na środki, jakimi do tej pory go faszerowali, czego świadomy nie był. Podniósł się na łokciach, chcąc zwyczajnie usiać, jednak okazało się, że takie proste to jednak nie jest. Zdziwił się tym. — Pomożesz mi to pozdejmować? — zapytał, przyglądając się wszystkiemu, co miał do siebie przyczepione. — Bonnie by mnie puściła. Jak nie wierzysz, to jej zapytaj — dodał pewnie, aczkolwiek w głębi tak naprawdę pewny swoich słów nie był. — Nie mam teraz czasu się wylegiwać — mówił i mówił. Gdy brunetka stanęła nad nim sądził, że udało mu się ją przekonać. Nic bardziej mylnego.
Iris Valentine
Wybuch.
Nagle kompletna cisza, która do tej pory dręczyła Hendersona, musiała ustąpić miejsca hukowi. Uderzył drastycznie w bębenki Jess’a – nie spodziewał się, że aż tak to odczuje mając na uszach teoretycznie odpowiednie słuchawki. Może i były dostosowane do wysokich decybeli jednak nie aż takich. Wątpił, że producent sprawdzał ich jakoś w tak zwanym punkcie zero. Henderson mógł teraz jednak recenzje na te okazje złożyć. Drażniący jego nozdrza pył był wszędzie. Gdziekolwiek nie obróciłby się, tam i on. Nie widział swoich współpracowników, celów, miejsca, którym był. Jesse nie widział nawet własnych dłoni, a po chwili wzrok już kompletnie go zawiódł. Zresztą, nie tylko wzrok. Zapanowała kompletna ciemność. I cisza.
Nagle, pośród tej ciemności zaczęło przebijać się białe światło. Zamiast krzyków rannych Jesse słyszał jedynie zwięźle i szybkie słowa. Wiedział, że były one po angielsku, jednak nie potrafił ich rozszyfrować. Prawda była taka, że nawet nie próbował, bo niedługą chwilę później ponownie jego świadomość gdzieś uciekła.
— Zmierz mu temperaturę. — Były to pierwsze słowa, jakie Jesse zrozumiał. Później usłyszał oddalający się stukot obcasów. Miał jeszcze zamknięte oczy, więc nie wiedział dokładnie, gdzie jest, jednak powoli zaczynał się domyślać. Charakterystyczne dźwięki znanych mu dobrze aparatur medycznych sugerowały mu, że był w ambulatorium. Podniósł lekko rękę – na tyle, na ile był w stanie przez podpięte do dłoni i przedramienia kabelki. Zdecydowanie był w szpitalu. W końcu odważył się otworzyć oczy. Nie była to najmądrzejsza decyzja, bo światło okazało się zbyt jasne na jego przyzwyczajone do ciemności oczy. Zmrużył lekko zmęczone ślepia.
Szpitalną biel biła go po oczach. Dawno w tym miejscu nie był, a już w szczególności w takiej sytuacji. Zazwyczaj to on odwiedzał pokiereszowanych przyjaciół albo zaglądał do swoich ulubionych medyków po leki na lepszy sen (a w sumie to jakikolwiek sen, bo w przypadku Hendersona można było już zdecydowanie mówić o insomnii). Osobiście, unikał szpitali na tyle, ile się dało. Tym razem jednak położyli go bez jego wiedzy. Nie sądził, że było to tak poważne i liczył, że wystarczy ładny uśmiech do Bonnie, aby przekonała przełożonego, by wypuścić Hendersona. Lepiej regenerować się będzie we własnym kontenerze.
— Czy to aby na pewno wszystko konieczne? — zapytał, odwracając się w stronę, po której miał wrażenie, że ktoś się przed chwilą krzątał. Spodziewał się zastać Bonnie – ratowniczkę, która drugą zmianę właśnie spędzała na Bliskim Wschodzie. Była ona już w sędziwym wieku, jednak łatwo więc się na jej decyzje wpływało, szczególnie będąc w stopniu oficerskim. Nie, żeby Jesse często z tego korzystał. Jakoś jednak tabletki załatwiać sobie musiał.
Ku jego zaskoczeniu, zamiast znanej mu dobrze starszej kobiety, zobaczył zdecydowanie młodszą dziewczynę. Nie znał jej. Nawet nie kojarzył, a jako stały bywalec miał już ogólne rozeznanie w stacjonujących tu żołnierzach. — Wszystko ze mną w porządku. Tylko miejsce komuś zajmuję — mówił, chociaż prawda była zgoła inna. Nie odczuwał aż takiego bólu, a jedynie ogólne osłabienie z uwagi na środki, jakimi do tej pory go faszerowali, czego świadomy nie był. Podniósł się na łokciach, chcąc zwyczajnie usiać, jednak okazało się, że takie proste to jednak nie jest. Zdziwił się tym. — Pomożesz mi to pozdejmować? — zapytał, przyglądając się wszystkiemu, co miał do siebie przyczepione. — Bonnie by mnie puściła. Jak nie wierzysz, to jej zapytaj — dodał pewnie, aczkolwiek w głębi tak naprawdę pewny swoich słów nie był. — Nie mam teraz czasu się wylegiwać — mówił i mówił. Gdy brunetka stanęła nad nim sądził, że udało mu się ją przekonać. Nic bardziej mylnego.
Iris Valentine