Strona 1 z 2

And I'd give up forever to touch you

: wt cze 30, 2026 9:09 pm
autor: Jesse Henderson
Kilka lat wcześniej, na dalekim Bliskim Wschodzie


Wybuch.
Nagle kompletna cisza, która do tej pory dręczyła Hendersona, musiała ustąpić miejsca hukowi. Uderzył drastycznie w bębenki Jess’a – nie spodziewał się, że aż tak to odczuje mając na uszach teoretycznie odpowiednie słuchawki. Może i były dostosowane do wysokich decybeli jednak nie aż takich. Wątpił, że producent sprawdzał ich jakoś w tak zwanym punkcie zero. Henderson mógł teraz jednak recenzje na te okazje złożyć. Drażniący jego nozdrza pył był wszędzie. Gdziekolwiek nie obróciłby się, tam i on. Nie widział swoich współpracowników, celów, miejsca, którym był. Jesse nie widział nawet własnych dłoni, a po chwili wzrok już kompletnie go zawiódł. Zresztą, nie tylko wzrok. Zapanowała kompletna ciemność. I cisza.
Nagle, pośród tej ciemności zaczęło przebijać się białe światło. Zamiast krzyków rannych Jesse słyszał jedynie zwięźle i szybkie słowa. Wiedział, że były one po angielsku, jednak nie potrafił ich rozszyfrować. Prawda była taka, że nawet nie próbował, bo niedługą chwilę później ponownie jego świadomość gdzieś uciekła.
— Zmierz mu temperaturę. — Były to pierwsze słowa, jakie Jesse zrozumiał. Później usłyszał oddalający się stukot obcasów. Miał jeszcze zamknięte oczy, więc nie wiedział dokładnie, gdzie jest, jednak powoli zaczynał się domyślać. Charakterystyczne dźwięki znanych mu dobrze aparatur medycznych sugerowały mu, że był w ambulatorium. Podniósł lekko rękę – na tyle, na ile był w stanie przez podpięte do dłoni i przedramienia kabelki. Zdecydowanie był w szpitalu. W końcu odważył się otworzyć oczy. Nie była to najmądrzejsza decyzja, bo światło okazało się zbyt jasne na jego przyzwyczajone do ciemności oczy. Zmrużył lekko zmęczone ślepia.
Szpitalną biel biła go po oczach. Dawno w tym miejscu nie był, a już w szczególności w takiej sytuacji. Zazwyczaj to on odwiedzał pokiereszowanych przyjaciół albo zaglądał do swoich ulubionych medyków po leki na lepszy sen (a w sumie to jakikolwiek sen, bo w przypadku Hendersona można było już zdecydowanie mówić o insomnii). Osobiście, unikał szpitali na tyle, ile się dało. Tym razem jednak położyli go bez jego wiedzy. Nie sądził, że było to tak poważne i liczył, że wystarczy ładny uśmiech do Bonnie, aby przekonała przełożonego, by wypuścić Hendersona. Lepiej regenerować się będzie we własnym kontenerze.
Czy to aby na pewno wszystko konieczne? — zapytał, odwracając się w stronę, po której miał wrażenie, że ktoś się przed chwilą krzątał. Spodziewał się zastać Bonnie – ratowniczkę, która drugą zmianę właśnie spędzała na Bliskim Wschodzie. Była ona już w sędziwym wieku, jednak łatwo więc się na jej decyzje wpływało, szczególnie będąc w stopniu oficerskim. Nie, żeby Jesse często z tego korzystał. Jakoś jednak tabletki załatwiać sobie musiał.
Ku jego zaskoczeniu, zamiast znanej mu dobrze starszej kobiety, zobaczył zdecydowanie młodszą dziewczynę. Nie znał jej. Nawet nie kojarzył, a jako stały bywalec miał już ogólne rozeznanie w stacjonujących tu żołnierzach. — Wszystko ze mną w porządku. Tylko miejsce komuś zajmuję — mówił, chociaż prawda była zgoła inna. Nie odczuwał aż takiego bólu, a jedynie ogólne osłabienie z uwagi na środki, jakimi do tej pory go faszerowali, czego świadomy nie był. Podniósł się na łokciach, chcąc zwyczajnie usiać, jednak okazało się, że takie proste to jednak nie jest. Zdziwił się tym. — Pomożesz mi to pozdejmować? — zapytał, przyglądając się wszystkiemu, co miał do siebie przyczepione. — Bonnie by mnie puściła. Jak nie wierzysz, to jej zapytaj — dodał pewnie, aczkolwiek w głębi tak naprawdę pewny swoich słów nie był. — Nie mam teraz czasu się wylegiwać — mówił i mówił. Gdy brunetka stanęła nad nim sądził, że udało mu się ją przekonać. Nic bardziej mylnego.

Iris Valentine

And I'd give up forever to touch you

: wt cze 30, 2026 9:59 pm
autor: Iris Valentine
Gdy informowała swoich bliskich i znajomych, że postanowiła wstąpić do kanadyjskiej armii i tam kontynuować swoją pielęgniarską karierę – w pierwszej chwili reagowali śmiechem, a później pukali się w czoło. Była przecież młodziutka, niedoświadczona a do tego no… miała ledwie metr siedemdziesiąt wzrostu, wagę piórkową i nigdy, absolutnie nigdy nie miała nic wspólnego z wojskiem. Jednocześnie tak bardzo potrzebowała uciec z Toronto i od własnej rodziny, zacząć życie na swój rachunek i się od nich odciąć, że wydawało jej się to doskonałym pomysłem. Zresztą Valentine jak sobie coś postanowiła to po prostu to zrobiła. Dlatego niedługo później, gdy już ukończyła wszystkie szkolenia i zdobyła swój stopień – na ochotnika zgłosiła się do uczestnictwa w misji zagranicznej. Oczywiście, że nie miała pojęcia z czym to się wiązało… pod tym względem była zielona, ale jednocześnie nie miała nic do stracenia.
Czy było intensywnie? Oczywiście. Czy było zupełnie inaczej niż sobie wyobrażała? Tak. Życie w bazie wyglądało zupełnie inaczej niż życie w Toronto. Życie na pustyni wyglądało zupełnie inaczej niż w Toronto. I cholera… jakkolwiek źle by to nie brzmiało i może naprawdę nie powinna tego mówić biorąc pod uwagę, że dookoła niej toczyła się wojna – to ona czuła się doskonale. Wreszcie czuła, że żyje. Głównie dlatego, że cały czas funkcjonowała na pełnych obrotach. W ostatnich dniach, gdy trafiły do nich ofiary poważnego wybuchu w mieście – szczególnie mocno! Zwłaszcza, że praca w szpitalach polowych na pustyni nie należała do najłatwiejszych.
- Śpiąca królewna do nas wróciła. – skomentowała zaskakująco pogodnie, gdy zauważyła ruch na jednym z łóżek, gdzie poszkodowany w wybuchu żołnierz próbował się wyplątać z całej aparatury, którą do niego podpięli. Odłożyła tacę ze sprzętem na najbliższy stolik i pokonała tych kilka kroków, żeby się nad nim pochylić. I uśmiechnąć. Widziała go pierwszy raz, on ją również… i z jakiegoś powodu wyjątkowo rozbawiło ją, że od razu chciał się wykpić znajomością z inną pielęgniarką – Masz pecha, żołnierzu. Po pierwsze nie jestem Bonnie, po drugie nie ma tu Bonnie, po trzecie wcale nie brakuje nam łóżek, żebyś miał się gdzieś spieszyć, a po czwarte… póki się z tego wszystkiego nie wyliżesz raczej nikomu się nie przydasz. – zadecydowała, zupełnie nie robiąc sobie nic z tego, że zarówno starszy wiekiem jak i stopniem mężczyzna mógłby próbować się tu dzisiaj rządzić. W szpitalu nie miał nad nią władzy. Nie mówiąc o tym, że no… - Amerykanin, prawda? – tego nie dało się ukryć, ten ich akcent. Przysunęła sobie szpitalny stołek bliżej jego łóżka i przy nim usiadła – Jak na moje będziesz żyć… – kącik ust drgnął jej w lekkim rozbawieniu – Ale na boga przestań się tak szarpać. – to nie państwowy szpital, sprzęt był limitowany i nikt nie lubił wyrwanych portów i wkłuć albo pourywanych kabelków - Powiesz mi jak się czujesz? Ból? W skali od jeden do dziesięć zakładając, że dziesięć jest nie do wytrzymania? - zapytała, nie spuszczając z niego wzroku i starając się ocenić jego stan, wyczytać z niego trochę więcej niż chciałby jej powiedzieć.


Jesse Henderson

And I'd give up forever to touch you

: czw lip 02, 2026 9:34 pm
autor: Jesse Henderson
Swoim ludziom po takich przeżyciach nie pozwoliłby wstać ze szpitalnych łóżek przez przynajmniej tydzień. Wiedział, że ciało potrzebowało regeneracji. Zresztą, nie tylko ono – psychika również. Może i oczekiwano od nich nerwów ze stali, anielskiej cierpliwości, naiwnej odwagi i wielu innych cech, które określały żołnierzy jednostek specjalnych, jednak nie zmieniało to faktu, że dalej było tylko ludźmi. I tak samo jak każdy inny żołnierz mogli zmęczyć się fizycznie jak i fizycznie. Może mieli trochę dalej przesunięte granice, jednak nie miało to aktualnie znaczenia.
Znaczenia nie miało również to, że Jesse tak samo jak inni – był jedynie człowiekiem. Oczekiwał od siebie więcej, zarówno z racji stopnia, ale również stanowiska. Był ich dowódcą. Dla niego ta cała szpitalna otoczka była niewskazana. Bonnie to rozumiała – nowa ratowniczka nie do końca. Nie wiedział, jak ją odbierać. Ciężko mi było ją wyczuć, chociaż Henderson szczycił się tym, że potrafił czytać ludzi jak otwarte księgi. Ta księga jednak była zamknięta, a przynajmniej na razie. — Nie za dużo tych wyliczeń jak dla osoby, która dopiero się obudziła? — zapytał, gdy tylko skończyła mówić. Nie była z jego armii. Wiedział, że Stany były ogromne i akcentów było w nich od groma, lecz na tyle długo współpracował z Kanadyjczykami, że wiedział, kiedy miał z nimi do czynienia. — Narodowość mam wypisana na twarzy, czy akcent tak mocny, że nie sposób nie zauważyć? — zapytał, siląc się na akcent podobny do jej. Średnio mu to wychodziło. Cóż, Jesse nie miał zdolności lingwistycznych, jednak postrzelenie taliba z dwustu metrów nie stanowiło dla niego większego problemu – można się domyślić, która umiejętność była bardziej przydatna w otaczających ich warunkach.
Nie do końca wiedział, dlaczego zamiast Bonnie zastał w ambulatorium kogoś innego. Spędził za granicą już tyle czasu, że na pamięć znał już grafik zjazdów i wyjazdów konkretnych zmian. Ostatnio żadna większa nie przylatywała, a przynajmniej tak mu się wydawało. Fakt, mogło mu coś umknąć z uwagi na przygotowania do zadania, ale chwilę mu zajęło, by przypomnieć sobie, ile czasu spędził w kancelarii analizując każdy krok i działania tej misji. Przynajmniej opłaciło się to. Tak? Prawda? Hendersonowi nagle ciśnienie lekko podskoczyło, próbując przypomnieć sobie finał zadania. Nie był w stanie, co lekko go zaniepokoiło. — Udało nam się? — zapytał prędko, przyglądając się reakcji kobiety. Wiedział, że często w takich sytuacjach okłamywało się pacjentów, aby niepotrzebnie ich nie denerwować. Po oczach jednak dało się poznać, czy ktoś mówił prawdę. Miała duże, ciemne oczy, których rozczytanie sprawiało mu trudność, nawet z bliska, gdy usiadła na stołku obok. — Od razu powiem, że nie ma sensu mnie okłamywać — zaznaczył, poprawiając się na łóżku. Nie czuł się komfortowo rozmawiając z nią w pozycji niemalże leżącej. — Widzisz, kolejny powód, żeby mnie od tego wszystkiego odłączyć — powiedział, uważając swój argument za słuszny. Po jej spojrzeniu wiedział, że ona inne zdanie na ten temat miała. — Ja nie mogę tyle siedzieć. Wykończę siebie i Ciebie — dodał, dalej próbując ją przekonać.
Na pytanie o ból westchnął pod nosem. Ciężko mu było określić skalę. Bolało, ale czy było to dla niego uciążliwe? Może niekomfortowe, ale to jedynie. Domyślał się zresztą, że w jego żyłach płynęła solidna dawka leków przeciwbólowych, biorąc pod uwagę ilość bandaży i opatrunków. Wtedy dopiero zobaczył. Trochę go poharatało. Przyłożył również dłoń do policzka, na którym dopiero teraz wyczuł opatrunek. — Zero — zakomunikował, jednak prędko zorientował się, że ta odpowiedź nie przejdzie. — Cztery — poprawił. Te odpowiedź uznał za bardziej satysfakcjonującą dla niej. Poza tym, była bliżej prawdy. — Gdzie jest Bonnie? — zapytał. — Nie, żeby Twoje towarzystwo mi nie odpowiadało, ale sama rozumiesz — wytłumaczył. Wiele od Bonnie jej nie różniło. Może i była młodsza i ładniejsza, jednak zacięty język do pacjentów miała podobny. — Zastępujesz ją? Na długo? — pytał. — Nie wiem czy jest sens cię urabiać czy na nią poczekać — rzucił żartobliwie.

Iris Valentine

And I'd give up forever to touch you

: sob lip 04, 2026 3:32 pm
autor: Iris Valentine
Zaskakująco szybko nauczyła się funkcjonować w tym miejscu. Niekoniecznie było to łatwe i pierwsze dni były dla niej ogromnym szokiem, ale minęły szybko. Nauczyła się też funkcjonować w towarzystwie żołnierzy, którzy jakby nie było… byli wyjątkowo specyficzną grupą zawodową. Albo w ogóle grupą ludzi. Uwielbiała ich! Naprawdę dobrze czuła się w tym męskim towarzystwie, już podczas szkoleń uodporniła się na zaczepki i złośliwości, więc w bazie również nie miała z tym problemu, czym dość łatwo zdobywała sympatię. Nie bała się ich, nie trzymała dystansu, nie brała wszystkiego do siebie… tak, naprawdę dało się ją lubić i o dziwo zdawała sobie z tego sprawę. W tamtym momencie pewność siebie Iris była w szczytowej formie i nigdy wcześnie, ani nigdy później nie czuła się ze sobą tak dobrze. Może właśnie dlatego tak bardzo jej tego później brakowało.
- Sprawdzam jak sobie radzisz z ogarnianiem rzeczywistości, żołnierzu. – skwitowała, uśmiechając się pod nosem, bo może faktycznie mówiła za dużo? Ale przecież nie mogła się do tego przyznać – duma by jej na to nie pozwoliła! – Oczywiście, że masz akcent. – prychnęła, bo nieważne jak się starał… i tak dało się wyczuć, że był prosto z Ameryki! Czy to źle? Nie. Poznała tu wielu Amerykanów, a poza tym w takich okolicznościach przyrody i gdy wszyscy grali do tej samej bramki… narodowość nie miała większego znaczenia – Ale prawda jest też taka, że przynieśli twoje rzeczy. Amerykańska przyszywka nie ucierpiała, możesz odetchnąć. – dodała przekornie, bo chociaż sama była patriotką (a przynajmniej powinna skoro była w armii, prawda?) to zawsze trochę bawiło ją ich przywiązanie do tych wszystkich patriotycznych symboli. Jakby obwieszenie wszystkiego flagami sprawiało, że jesteś lepszy od tych, którzy tego nie robią. Więcej patrioty w patriocie!
- Nie zamierzam cię okłamywać. – wywróciła oczami – A nie możesz tyle siedzieć, bo powinieneś leżeć i o mnie się nie martw… nie jesteś pierwszym marudnym żołnierzem, z którym sobie tutaj poradziłam. – dodała przekornie i nie spuszczała z niego uważnego spojrzenia. Naprawdę nie zamierzała go okłamywać, ale też zanim przejdzie do opowiedzenia mu, co wiedziała i jak wyglądała sytuacja – musiała poznać jego odpowiedzi. Najpierw uzupełnienie karty! No i zadbanie o pacjenta. Jego bólowego „zera” nawet nie skomentowała… wywrócenie oczami było wystarczająco wymowne. Na zero to nawet ona się nie czuła, bo wojskowa prycza nie była szczególnie wygodna i już nie wiedziała jak to jest żyć bez bólu pleców – Cztery mnie bardziej satysfakcjonuje. Chociaż z doświadczenia wiem, że wasze cztery oznacza coś bliżej sześciu, więc zaraz podam ci coś przeciwbólowego. I już daj spokój z tą Bonnie… jeszcze chwila i będę zazdrosna! – rzuciła rozbawiona i podniosła tyłek ze stołka, żeby faktycznie sięgnąć do szafki z lekami, żeby móc do jego kroplówki wstrzyknąć coś przeciwbólowego. Sześć to zdecydowanie za dużo! – Może nie jestem aż tak fajna, ale daj mi chociaż szansę. – rzuciła, gdy do niego wróciła i uśmiechnęła się pod nosem. Otworzyła strzykawkę i sprawnym ruchem do wlewu przy kroplówce podała mu leki przeciwbólowe – A co do twojego wcześniejszego pytania. – tego, czy im się udało. Wrzuciła strzykawkę i rękawiczki do pobliskiego pojemnika na odpady medyczne i wróciła na swoje wcześniejsze miejsce – na stołek przy łóżku Hendersona – Właściwie oberwałeś najbardziej. Reszta to drobne urazy, więc nie zajmują nam tu łóżek. Także możesz przyjąć moje gratulacje. – uśmiechnęła się – Mam nadzieję, że ta informacja sprawi, że przestaniesz się denerwować i próbować walczyć z opatrunkami. Nie chcę ich zmieniać, co pięć minut. – dodała przekornie i wbiła uważne spojrzenie w męską twarz. Nawet zmęczony i zmarnowany na szpitalnym łóżku wydawał się być przystojny – Iris. – przedstawiła się – I jak chciałbyś mnie urabiać, żołnierzu? - jak już zdecyduje, czy widział w tym sens!


Jesse Henderson

And I'd give up forever to touch you

: sob lip 04, 2026 10:16 pm
autor: Jesse Henderson
Jesse został wychowany w miłości do swojej ojczyzny. Takie wartości wpajano mu, odkąd tylko się urodził. Jego ojciec był lotnikiem, który swoje życie narażał w Wietnamie i zawsze powtarzał, że ani jednego dnia spędzonego tam nie żałuje. W samych superlatywach przedstawiał swoją służbę, wręcz namawiając syna, aby podobną ścieżkę obrał. Cóż, młodego wówczas Hendersona nie trzeba było namawiać. Obiecał sobie jeszcze będąc w przedszkolu, że jak dorośnie to wejdzie w mundur jak tata. W mundur wszedł, trochę w innych kolorach, lecz to znaczenia nie miało. Poświęcał się temu w stu procentach. Można nawet powiedzieć, że swoje życie i serce temu poświęcał, a teraz, gdy jego małżeństwo chyliło się już ku końcowi, tym bardziej nie miał żadnych hamulców. Oddawał się każdej misji, wykonując ją po granice swoich wytrzymałości, a czasami nawet je przekraczał – tak jak było w tym wypadku. Nie musiał aż tak się narażać, nawet powinien się wcześniej wycofać, jednak nie zrobił tego. I teraz odczuwał tego konsekwencje. Powoli przypomniał sobie wydarzenia z tamtego dnia, a w szczególności z jego końca, jednak na razie poza zamazanymi obrazami i głośnymi hukami nie kojarzył więcej. Może, gdyby bardziej się skupił na przypominaniu sobie, a nie dyskutowaniu z ratowniczką, to już dawno wiedziałby, co wtedy miało miejsce. Ludzie jednak mają różne priorytety.
Ale mogę być pierwszym, z którym sobie nie poradzisz — odpowiedział w podobnym tonie, co ona. Pocieszna była.
Kobieta była na odpowiednim miejscu – wiedziała, że Jesse przekłamywał swój poziom bólu, więc postanowiła dać mu większą dawkę leków. Nie protestował. — Bardziej się boję, że Bonnie będzie zazdrosna — stwierdził żartobliwie. Dziewczyna wstała z miejsca, a Jesse uważnie pilnował ją wzrokiem. Mimo jej wcześniejszych zaleceń, poprawił się na łóżku tak, aby dalej bardziej siedzieć niż leżeć. Lepiej mu się tak z nią rozmawiało, a miał ochotę porozmawiać. Może i nie była Bonnie, ale chyba nawet bardziej mu to odpowiadało. Była za nią świetnym zastępstwem. — Za te leki chyba dam — stwierdził, patrząc jak majstruje coś przy kroplówce. Nie odczuł momentalnie ulgi, jednak sama myśl była pomocna.
Uśmiechnął się, gdy dziewczyna z powrotem usiadła i chciała dotrzymać mu towarzystwa. Innych pacjentów w zasięgu wzroku nie widział, a przynajmniej nie takich, pręży byli w stanie cokolwiek powiedzieć albo go posłuchać. Bonnie po podaniu leków rzuciłaby jakimś śmiesznym tekstem i wyszła. Chyba jednak była fajniejsza.
Wiedziałem — powiedział z ekscytacją w głosie. Momentalnie ucieszył się na jej słowa, co mogło dziwnie wyglądać, biorąc pod uwagę, że informowała go, że on na tym wszystkim wyszedł najgorzej. — Jak ja wyszedłem najgorzej to znaczy, że poszło nam świetnie — dodał, czując pewnego rodzaju dumę. — Moim chłopakom zawsze idzie fantastycznie. Ale nie mów im tego, bo jeszcze w piórka obrosną — mówił, zupełnie tak, jakby dziewczyna miała to w zamiarze, jakby w ogóle wiedziała z kim na co dzień Jesse współpracuje. Akurat tożsamość jego ludzi nie była powszechnie znana. Oczywiście inni żołnierze wiedzieli, kto i w jakiej grupie działa, jednak konkretnych stopni oraz stanowisk nie znali. Po Hendersonie zresztą też nie było widać jego oficerskiego stopnia oraz pozycji. Dla bezpieczeństwa. — Teraz tym bardziej musisz mnie szybciej wykurować, żebym mógł im osobiście pogratulować — stwierdził z przekonaniem w głosie.
Dziewczyna w końcu postanowiła przedstawić mu się, na co uśmiechnął się. — Ładne imię pasuje do ładnej twarzy — powiedział nie myśląc, że uwaga ta mogłaby źle być odebrana. Tyle przebywał w męskim towarzystwie, że nauczył się mówić wszystko co mu do głowy przychodzi, zazwyczaj bez przefiltrowania tego. — Jesse — odpowiedział. — Podałbym ci rękę, ale zaraz ktoś na mnie nakrzyczy, że się szarpie z kabelkami — stwierdził żartobliwie, a przez jego wymalowany uśmiech, krawędź jego opatrunku odkleiła się lekko.
Myślisz, że tak o, ci powiem? — zapytał, kręcąc nieznacznie głową. — Prawdziwy magik nie zdradza swoich sztuczek — powiedział z dumą w głosie. — Ale powiem tak, nawet się nie zorientujesz — dodał. To już nawet nie było opcji, czy tak postąpi czy też nie. Chociaż podejrzewał, że z nią może mieć problem. Jesse lubił wyzwania, a szczególnie teraz jak łatwo można było zauważyć.
Co tu robisz? — zapytał, jednak zorientował się, że było to zbyt ogólne pytanie, dlatego postanowił doprecyzować. — I nie chodzi mi o dotrzymywanie towarzystwa nieodpowiedzialnym żołnierzom — rzucił. — Tutaj. Nie lepiej by ci było w jakimś miejskim szpitalu albo prywatnej przychodni?


Iris Valentine

And I'd give up forever to touch you

: ndz lip 05, 2026 10:41 am
autor: Iris Valentine
Spojrzała na niego wymownie i trochę… żartobliwie-kpiąco, bo wcale nie wyglądał na takiego problematycznego pacjenta! A poza tym, czy właśnie rzucał jej wyzwanie? Dlaczego miałaby sobie z nim nie poradzić? Radziła sobie z dużo gorszymi przypadkami! Dużo gorszymi! Nie potrafiła powiedzieć, ale ten przypadek z jakiegoś powodu wzbudził jej sympatię, nawet jeśli mieli okazję porozmawiać ile… trzydzieści sekund? No może dwie minuty! Czasami jednak spotykasz człowieka i od razu czujesz od niego coś takiego, że już wiesz… po prostu – Zawsze wiem jak przekonać do siebie rannego człowieka. – prychnęła rozbawiona, bo porcja leków mu się zwyczajnie należała i nie zrobiła nic, czego nie zrobiłaby dla każdego innego pacjenta. Mimo wszystko miło było być docenionym – nawet w żartach!
Sunęła spojrzeniem po jego twarzy, gdy mówił o swoim zespole i tym, że brzmiał jakby naprawdę był z nich dumny. Dobrze się tego słuchało. Dobrze było wiedzieć, że byli jeszcze dowódcy – bo nie dało się ukryć, że z nim właśnie miała do czynienia – którzy doceniają ciężką pracę i poświęcenie swoich podwładnych. A przy okazji sami nie siedzą w bezpiecznej odległości tylko wydając rozkazy, bo widząc jego uszkodzenia… mogła śmiało założyć, że był w centrum wydarzeń – Przekażę górze, że wróciłeś do świata i jestem pewna, że ktoś wpadnie w odwiedziny. – zapewniła, bo przecież to nie tak, że wszyscy go tu zostawili na pastwę losu. Były procedury, ale była też zwykła ludzka sympatia, a tu już zdążyła się zorientować, że mężczyzna potrafił ją wzbudzić.
- I uważasz, że mam ładną twarz? – zaśmiała się – Dziękuję, potraktuję to jako komplement. Zrzucę go na ilość leków przeciwbólowych płynących w twoich żyłach, ale mimo wszystko docenię. – zażartowała, trochę też żeby ukryć odrobinę własne… speszenie? Raczej w takich sytuacjach się nie peszyła, raczej… pyskowała? Wielu żołnierzy pozwalało sobie na niewybredne komentarze względem kobiet pracujących w bazach i zwyczajnie nie dawała sobie wejść na głowę, nie chciała tego słuchać i odpowiadała równie ciętym językiem. Usłyszeć jednak komplement na temat swoje twarzy zamiast pośladków to już spory progres! I chyba właśnie dlatego zrobiło to na niej takie wrażenie – I szybko się uczysz, Jesse. Doceniam. – zaśmiała się, bo zdecydowanie pilnowała swoich kabelków! – No i umieram z ciekawości! – na czym jego magiczne sztuczki miały polegać! Chyba, że miał na myśli to swoje coś, co sprawiło, że momentalnie wzbudził jej sympatię to tak… faktycznie był magikiem!
Natomiast zupełnie nie spodziewała się pytania, które od niego dostała i nawet nie próbowała tego ukrywać. Jednak pierwszy szok szybko ustąpił miejsca po prostu uśmiechowi – Wiesz, że mogłabym ci zadać to samo pytanie, prawda? Nie lepiej byłoby ci w jakieś korporacji od 9 do 17? – kącik ust drgnął jej w lekkim rozbawieniu, bo pewnie każdemu byłoby tam lepiej… teoretycznie. W praktyce chyba całkiem nieźle odnajdywali się na pustyni – Zwyczajnie lubię piasek. I jestem wielką fanką obserwacji nocnego nieba, a tu widok jest znacznie lepszy niż w Toronto. – wzruszyła lekko ramionami. Oh, to nawet nie leżało koło prawdy i po prostu przez chwilę wpatrywała się w męską twarz bez słowa… - Toronto, z którego musiałam uciec. Tu jest chyba wystarczająco daleko. – zakończyła spokojnie, nawet na moment nie odwracając od niego spojrzenia – Ty mi swoją historię opowiesz jak odpoczniesz. Leki zaraz zaczną działać, a ja wieczorem wrócę zmienić opatrunki. – zadecydowała i podniosła tyłek ze stołka przy jego łóżku – No chyba, że jednak wolisz, żeby zrobiła to Bonnie… – no nie mogła sobie odmówić!



Jesse Henderson

And I'd give up forever to touch you

: śr lip 08, 2026 8:08 pm
autor: Jesse Henderson
Problem polegał na tym, że Jesse nie mógłby być teraz gdziekolwiek indziej. Znaczy, mógłby być poza ambulatorium, ale nie o to chodziło. Henderson urodził się do bycia żołnierzem. Dosłownie płynęło to w jego żyłach. W każdej innej pracy, czułby się po prostu niespełniony. Potrzebował tej ciągłej adrenaliny, tego deszczu emocji, tej wojskowej hierarchiczności i po prostu możliwości, o których w tak zwanym cywilu nawet by nie pomyślał. Co prawda na niektóre wyczyny zaczynał być już odrobinę zbyt dojrzały wiekiem, żeby nie powiedzieć, że za stary, o czym świadczył chociażby fakt, że znajdował się aktualnie na szpitalnym łóżku – starał się jednak nie myśleć o tym za wiele. — Nie wysiedziałbym tyle za biurkiem — stwierdził. Czasami praca zmuszała go do siedzenia przed komputerowym monitorem przy biurku parę godzin i to nawet dość często – zdecydowanie częściej niż sądził, że będzie musiał przed służbą. — Toronto? — powtórzył za nią z lekkim zdumieniem. — Byłem tam parę razy. Faktycznie, tutaj lepiej wszystko widać — stwierdził. Może nie pamiętał dokładnie widoków tamtejszego nieba, bo aż tak często się mu nie przyglądał. Wiedział jednak jak wielkomiejskie światła potrafiły przyćmić gwiazdozbiory, które tutaj były na wyciągnięcie ręki.
Musiał przyznać, że trochę go zaintrygowało, co takiego sprawiło, że musiała uciekać aż tak daleko, jednak – pomimo sporej dawki leków – myślał wystarczająco trzeźwo, aby wiedzieć, że nie wypadało pytać, a przede wszystkim teraz. Skoro jednak zapewniała, że jeszcze go odwiedzi, to istniała szansa, że faktycznie tak będzie a i również, że pojawi się okazja do rozmów w takim tonie. — Nie musi być. Dajmy jej trochę odpocząć — stwierdził, zsuwając się powoli do pozycji leżącej. Póki jeszcze mógł, to wypadało trochę odpocząć. — Dziękuję, Iris — rzucił jeszcze nim zniknęła ona za framugą drzwi.
W ciągu dnia przez salę Hendersona przewinęło się sporo osób. Kilku znajomych ze sztabu, bezpośredni przełożony i przede wszystkim podlegli żołnierze, którzy również w całej akcji brali udział. To na ich odwiedziny czekał najbardziej. Było faktycznie tak, jak wspominała Iris – to Jesse najgorzej na tym wszystkim wyszedł, co stało się powodem do żartów między mężczyznami, którzy to co najwyżej kilka zadrapań i lekkich naciągnięć mieli. — Tak to jest, gdy trzeba za was wszystko kończyć — powiedział żartobliwie. Wypytał ich o wszystko – jak wrócili na bazę, czy na pewno nic im się nie stało, czy misja rzeczywiście powiodła się w stu procentach i spełniła wszystkie założenia. Duma go rozpierała, gdy niewiele młodsze od niego chłopaki opowiadały o całym zajściu. Widać było, że rozmawiał z profesjonalistami, chociaż z boku ich dyskusja nie sugerowałaby raczej, że dyskutują między sobą członkowie grupy specjalnej. Prawdopodobnie rozmawialiby tak i pół nocy albo więcej, gdyby pielęgniarka zwyczajnie nie wyprosiła ich o później już godzinie. I tak znacząco ich pobyt wydłużyła na prośby samego poszkodowanego. Uargumentowała to potrzebą odpoczynku dla Hendersona. On sam tego przyznać nie zamierzał – że jest zmęczony, że wszystko go znowu boli i leki zwyczajnie powoli z niego schodziły. Nie chciał tak zamartwiać świętujących triumf żołnierzy. Pożegnał się z nimi niechętnie, jednak odetchnął z ulgą, gdy po raz kolejny został sam na sali. I znowu ta wszechobecna cisza przerywana jedynie pikaniem aparatury. Gdyby nie te dźwięki zapomniałby w ogóle, że jest do czegokolwiek podpięty. No dobrze, gdyby nie dźwięki i fakt, że co chwila haczyk o kable, gdy wykonywał gwałtowniejszy ruch – za każdym razem myślał wtedy o ratowniczce, która mimo zapowiedzi, jako się do niego nie wybierała. Nie, żeby czekał. Widział, że ambulatorium powoli pustoszeje i jedynie osoby dyżurujące pozostają na stanowiskach. Zerknął nawet na zegarek. Było chyba nawet już zbyt późno, aby przyszła.
Potrzebował napić się wody. Szklanka przy jego łóżku była już pusta, jednak dostrzegł, że na szafce dalej prawdopodobnie jeden z jego znajomych zostawił zgrzewkę. Nie chciał kłopotać pielęgniarek dzwonieniem, dlatego postanowił, że sam się do niej przejdzie. Dzieliło go raptem parę kroków. Był już w pozycji siedzącej, więc wydawało mu się, że najcięższe już za nim. Postawił gołą stopę na zimnych kafelkach o syknął pod nosem. Nie dość, że zaskoczył go chłód pos stopą, to jeszcze poczuł, jak opatrunek na udzie lekko oderwał się od jego nogi. Nieogolona w jeszcze większy dyskomfort go wprawiła. Nim jednak druga noga dołączyła, dostrzegł znajomą sylwetkę w drzwiach. — Tyle nie przychodziłaś, że już chciałem iść Cię szukać — rzucił pewnie, próbując uzasadnić swoje działania. Po jej minie widział, że takiego kitu wciskać mu nie powinien. Musiał jednak przyznać, że cieplej na sercu zrobiło mu się na jej widok – nawet, jeżeli przyszła wykonywać jedynie swoje służbowe obowiązki, miło, że nie wkręciła w to kogoś innego jak na przykład Bonnie często miała w zwyczaju wieczorami, gdy już jej się nie chciało robić. — To czas na opatrunki czy dalej będziesz mi opowiadać czemu walka z Talibami jest lepsza niż Toronto? — zapytał, licząc, że druga opcja była tą prawdziwą. — Ja ci wtedy opowiem, dlaczego Talibowie są lepsi od moich rodzinnych stron — zaproponował. Rozsądna propozycja. — Ale podasz mi najpierw wody?


Iris Valentine

And I'd give up forever to touch you

: ndz lip 12, 2026 10:38 am
autor: Iris Valentine
Nie powinna była tyle czasu myśleć o jednym pacjencie. Zdecydowanie nie powinna. Chociażby dlatego, że mając wgląd w jego kartę wiedziała, że był od niej sporo starszy, zdecydowanie wyższy stopniem a przy okazji był Amerykaninem, więc poza bazą praktycznie nie mieli szans na siebie wpaść. Zresztą dlaczego w ogóle się nad tym zastanawiała? Na boga… zejdź na ziemię, Valentine! Dlatego znalazła sobie jakieś zajęcie i jeśli nie musiała – nie wracała do ambulatorium. Trzymała się w bezpiecznej odległości i zajmowała się wszystkim, byle tylko zgłuszyć własną głowę. Strasznie głupie uczucie… i nie potrafiła stwierdzić, czy zdarzyło jej się tak kiedykolwiek wcześniej. Chyba… nie? Dziwne.
Nie mogła jednak powrotu (i swoich obowiązków) ignorować i odsuwać w nieskończoność. Zresztą naprawdę musiała zejść na ziemię i przestać zachowywać się jakaś… nastolatka! Nastolatka, której starszy kolega wpadł w oko, więc teraz z całych sił starała się go unikać. Żałosne, Valentine. Dała sobie więc mentalnie przez głowę i po prostu wróciła do swojej pracy. I miała chyba fantastyczne wyczucie czasu, bo widząc mężczyznę w pozycji siedzącej – krew aż jej trochę odpłynęła z twarzy.
- A pamiętasz, co mówiłam o urwanych kabelkach? – prychnęła, materializując się przy jego boku, żeby czasem nie próbował dalej wstawać – zbieranie z podłogi prawie dwumetrowego mężczyzny było ostatnią rzeczą, której teraz potrzebowała! Dlatego poprawiła tylko poduszkę i pomogła mu wrócić na swoje wcześniejsze miejsce. I nie ruszyła się póki tego nie zrobił, a cóż… wyglądała na dość zawziętą. Musiała. Nie mogła sobie pozwolić by żołnierze wchodzili jej na głowę – w szpitalnych warunkach to one i lekarze rządzili – Obiecuję, że jutro będziesz mógł sobie urządzić małą wycieczkę do drzwi i z powrotem. Może nawet dwa razy! – dodała żartobliwie, uśmiechając się pod nosem, a kiedy już bezpiecznie się ulokował na swoim wcześniejszym miejscu – podała mu wodę – Powinieneś kogoś zawołać – skarciła go spojrzeniem, ale mimo wszystko więcej w nim było sympatii niż faktycznego upomnienia. Zabawne, bo upominała go o coś, co sama zapewne na jego miejscu by zrobiła. Nie znosiła się prosić o pomoc, nigdy! Prędzej by się na tej podłodze wykrwawiła niż poprosiła, żeby ktoś jej podał szklankę wody. Cóż… tylko to była ona, nie była w jego sytuacji. A od pacjentów mogła wymagać rozsądku.
- I czas na opatrunki. – właśnie dlatego przyszła. Dlatego też zaraz po podaniu mu wody zaczęła się kręcić po pomieszczeniu, żeby na tackę zgarnąć z różnych szafek wszystko, co mogłoby jej się przydać. Dopiero, gdy miała wszystko gotowe wróciła do jego łóżka i na ten stołek, na którym siedziała wcześniej tego dnia – Więc twoja opowieść musi być pierwsza, Jesse. Nie mogę mówić i zmieniać opatrunków jednocześnie. – uśmiechnęła się pod nosem, bo oczywiście, że mogła… pewnie potrafiłaby je zmienić z zamkniętymi oczami, ale po prostu wolała zmienić kolejność tych historii. Zdecydowanie była lepsza w słuchaniu niż mówieniu – A ty będziesz mógł się skupić na czymś innym niż bólu. Chociaż postaram się być delikatna. – zapewniła, założyła rękawiczki i pochyliła się nad mężczyzną skupiając się na jednym z większych opatrunków i raną pod nim. Czyszcząc ją starała się sprawiać mu jak najmniej dyskomfortu i zupełnie ignorując fakt, że jego umięśniony brzuch wyglądał dobrze – zbyt dobrze – nawet po spotkaniu z materiałami wybuchowymi. Dlaczego do cholery nie dało się tego zrobić bez dotyku? I dlaczego do jasnej cholery pierwszy raz w życiu czuła się z tym aż tak dziwnie? Mimo wszystko starała się łapać z nim kontakt wzrokowy i nie przestawała się uśmiechać. Profesjonalnie! Sympatycznie! Chociaż wiele ją to kosztowało, żeby wepchnąć gdzieś bardzo głęboko tą speszoną nastolatkę.


Jesse Henderson

And I'd give up forever to touch you

: pn lip 13, 2026 8:20 pm
autor: Jesse Henderson
Jesse był z lekka oburzony faktem, że najpierw zainteresował ją stan kabli, a nie jego – aż uniósł brwi w niedowiedzeniu. Im bliżej Hendersona była, tym on szybciej na łóżko wracał. Nie chciał w końcu u pani ratowniczki sobie problemów narobić – zdawała się być lepszym kompanem do rozmów niżeli Bonnie. Rozmowa z nią przychodziła mu tak łatwo, a i przyznać musiał, że jej towarzystwo oko cieszyło. Chociaż tego ostatniego nie chciał nawet sam przed sobą przyznawać – w końcu nie wypadało! — Po co miałem kogoś wołać, skoro wiedziałem, że i tak przyjdziesz? — zapytał. Fakt, nie mógł przewidzieć, kiedy dokładnie Iris postanowi do niego zajrzeć, ale przyszła w idealnym momencie, pasującym do snutej przez niego tezy.
Wziął od niej butelkę wody, by upić trochę. Dopiero po tym wrócił do pozycji półleżącej, chociaż chętnie by jeszcze chwilę posiedział. Domyślił się jednak, że tak będzie jej łatwiej opatrunki zmieniać, a pracy jej przecież utrudniać nie zamierzał. — Myślałem, że medycy tym bardziej mają podzielność uwagi — rzucił żartobliwie. Domyślał się, że dziewczyna pewnie kit mu wciskała, ale skoro chciała go słuchać, to nie protestował. Dzisiaj większość dnia spędził słuchając innych, więc jedynie grzecznie o coś dopytywał albo kiwał głową – miło dla odmiany było być po tej drugiej stronie.
Tak naprawdę to ja chyba w Stanach miałbym lepiej niż tutaj — przyznał z uśmiechem na ustach, przyglądając się jak dziewczyna zakłada rękawiczki na dłonie, a następnie siada przy nim. — Mogłem siedzieć w jakimś sztabie i wysyłać rozkazy na piśmie w takie miejsca jak te — kontynuował. Iris dotknęła chłodną rękawiczką jego ciała. Cichym syknięciem zareagował jednak dopiero gdy zbliżyła się do rany. Skupił się więc dalej na mówieniu. — Ale jakbyś miała ojca pilota, który uważa, że takie misje jak te to strata czasu i niepotrzebne narażanie życia to też byś chciała mu na złość zrobić i tu przyjechać — rzucił, a w międzyczasie skrzywił się lekko. — A ty nie miałaś być delikatna? — zapytał, zerkając na jej dłonie.
Cóż, tata miał trochę racji – świadczyło o tym chociażby aktualne położenia Jessa. Mężczyzna nie uważał jednak, aby działania jego oraz jego grupy były niepotrzebne. Wierzył naiwnie, że naprawdę pomagał tutejszej ludności, że powolnie - ale skutecznie! – wyswobadzał ich. Robił to dla siebie, ale przede wszystkim dla ojczyzny, w miłości do której został wychowany (innej opcji nawet nie miał). — Miałem przyjechać, udowodnić mu coś i wrócić, ale po takim czasie już praktycznie nie ma do czego — przyznał, a w głosie można było wyczuć lekki żal, który jednak prędko go porzucił, podobnie jak ten temat. W końcu miał opowiedzieć, o tym, dlaczego się tutaj znaleźli, a nie dlaczego dalej tutaj siedział. Raczej nie chciałaby słuchać o tym, że w barakach i przy takich sytuacjach nie ma po prostu czasu na myślenie o żonie, która w końcu odważyła się wnieść wniosek rozwodowy albo synie, który przy ojcu czuł się jak przy obcym.
Teraz twoja kolej — rzucił. — Tak w ramach przerwy od maltretowania mnie — dodał w bardziej żartobliwym tonie. Nie przeszkadzały mu jej działania, na! Był jej za to bardzo wdzięczny, aczkolwiek chętnie by jej posłuchał. Nie dość, że głos miała przyjemny, to jeszcze na pewno miała coś sensownego do powiedzenia. — Chyba, że się gdzieś spieszysz — dodał, licząc na negatywną odpowiedź. — Nie chcę cię zatrzymywać, jeżeli kończysz zmianę.


Iris Valentine

And I'd give up forever to touch you

: pn lip 13, 2026 9:18 pm
autor: Iris Valentine
Zaśmiała się lekko i swobodnie, jakby to była najbardziej naturalna rzecz na świecie. Wiedział, że przyjdzie. Chociaż przez myśl jej przeszło, że to odważne założenie, bo na dobrą sprawę sama do końca nie wiedziała, czy przyjdzie. Jednocześnie to było… miłe. Czekał na nią. Nie spodziewała się tego. Możliwe, że nie był nawet pierwszym pacjentem, który na nią czekał, ale jednocześnie pierwszym, który w jakiś sposób (nawet nieświadomy) dał jej to do zrozumienia i było to przyjemne, naprawdę przyjemne.
- Może mają, może nie mają… a może dopiero się uczę? Wiesz, jesteś moim królikiem doświadczalnym. - zażartowała, a kącik ust drgnął jej w rozbawieniu. Była młoda, a ten wyjazd był jej pierwszym po ukończeniu szkolenia i stopnia wojskowego. Faktycznie nie miała doświadczenia, ale po tym jak się poruszała po ambulatorium, jak radziła sobie ze sprzętem i samym pacjentem trudno było powiedzieć, że brakowało jej pewności. Nawet jeśli się uczyła to niewątpliwie szybko.
A jej podzielność uwagi była na tyle… rozbudowana, że mogła go jednocześnie słuchać. Od czasu do czasu podniosła wzrok, żeby spojrzeć na mężczyznę, żeby złapać z nim kontakt wzrokowy. Gdy mówił o swoim ojcu naturalnie spoważniała, bo to akurat relacja, której sama nie miała. Ba! Zabawne, bo jej ojciec był powodem, dla którego tu przyjechała. Nie lubiła o tym mówić, nie było się przecież czym chwalić, ale jednocześnie…
- I tak nie mam nic lepszego do roboty. Jeśli nie wolisz porcji leków przeciwbólowych i czegoś na sen… mogę jeszcze zostać. - uśmiechnęła się i zakleiła opatrunek na ranie, którą się aktualnie zajmowała - I nie maltretuję cię, żołnierzu. Jestem delikatna, pomyśl co by było, gdybym nie była! - zażartowała przechodząc do następnego opatrunku - A następnym razem pamiętaj, żeby znaleźć się dalej od materiałów wybuchowych. Nie będę miała okazji cię maltretować. - dodała jeszcze przekornie, bo chociaż z jednej strony jego towarzystwo sprawiało jej przyjemność to przecież nie życzyła mu źle. Nie chciała, żeby kiedykolwiek musiał tu wracać. Chyba, że towarzysko. Wróć, Valentine! Zejdź na ziemię.
- Mam słabe relacje z rodziną… właściwie nie mam żadnych. Wypisałam się z tego patologicznego towarzystwa. Mój ojciec ma problem z alkoholem i agresją, a matka całe życie przymyka na to oko, szuka wymówek i wszystko pudruje, żeby nikt się nie zorientował jak źle jest. Wyprowadziłam się od nich przy pierwszej możliwej okazji, zaczęłam się uczyć zawodu, po szkole wpadła mi w ręce ulotka, że mogę iść do wojska. Zgłosiłam się, ale nie robiłam sobie dużych nadziei. Tylko zadzwonili… więc znalazłam swoją ucieczkę z Toronto i odnalazłam się w tym. - mówiła, nawet nie podnosząc wzroku, skupiając się na swojej pracy prawdopodobnie bardziej niż tego wymagała, ale to naprawdę nie było coś, o czym mówiła często. A już na pewno nie mówiła o tym kogo znała od przysłowiowych pięciu minut.
- Co to znaczy, że praktycznie nie ma do czego wracać? - zapytała, zmieniając temat i ponownie odnajdując męskie spojrzenie, na krótką chwilę zawieszając wzrok na jego twarzy i sunąc nim po niej uważnie - I czy zrobiłeś to? Udowodniłeś mu, co chciałeś? Przyznał ci rację? Powiedział, że jest dumny? - sama nigdy czegoś takiego nie usłyszy, ale też tego nie oczekiwała. Tym bardziej, że liczyła raczej na to, że nigdy więcej starego Valentine nie będzie miała okazji oglądać.


Jesse Henderson