playing with fire
: ndz lip 05, 2026 3:29 pm
Time won't heal
This damage anymore
To miał być kolejny, zwykły wtorek. Tia.
Albert stał za barem, leniwie polerując szklankę do whisky i nucąc pod nosem I was made for lovin' you, kiedy z zaplecza wyłonił się szef i poprawił nerwowo kołnierzyk koszuli. - Thallman, dziś masz dodatkowe zadanie - rzucił Carol. Nawet nie spojrzał w jego stronę. Wertował coś w dokumentach i ciągle drapał się po na nosie. Nadęty kutafon. - Wdrożysz dziś nową pracowniczkę. Nazywa się Thalia Rosenhall, przejmie wieczorne zmiany w sekcji arcade i będzie ci pomagać na barze, jak będzie tłok. Zajmij się nią - dodał szef. I’m sorry whaaaat?
Szklanka prawie wypadła mu z dłoni i miał wrażenie, że się przesłyszał. Thalia Rosenhall? Dziewczyna jego zmarłego przyjaciela, Christophera? Dziewczyna z czasów szkolnych, którą zapamiętał jako totalnie wyrachowaną sukę, wiecznie mającą coś do powiedzenia i wiecznie stojącą między nim a jego przyjacielem? No, chyba że istniała jeszcze druga Thalia Rosenhall, ale to imię było tak rzadko spotykane, że… - Kogo? - spytał Albert, dalej mając nadzieję, że może źle zrozumiał czy coś, no bo różnie bywało w National at The Well, te wszystkie uderzające o siebie kręgle, pisk maszyn arcade, brzęk naczyń i szklanek… głośno tu było, okej? Szef uniósł brwi, zaskoczony jego pytaniem. - Thalię Rosenhall. Coś nie tak? - odpowiedział i zatrzymał się wpół kroku, bo już miał gdzieś lecieć z tymi frajerskimi papierami. Nie czekając na odpowiedź Alberta, machnął ręką i ruszył dalej przed siebie.
Coś nie tak? To mało powiedziane. Nie zamierzał pracować z żadną Thalią Rosenhall. Suka zabiła jego przyjaciela w tamtym wypadku. Ace rzucił ścierę na blat i ruszył za szefem, bo nie zamierzał dyskutować przez bar. Zamierzał wygarnąć szefowi i kategorycznie odmówić użerania się z Rosenhall. Szedł za szefem, ale on zniknął za filarem i… Albert prawie na niego wpadł, bo Carol zatrzymał się przy maszynach do gier, gdzie tyłem stała jakaś kobieta. - Thalia, to jest Albert, on cię tu wszystkiego nauczy - oznajmił przełożony, po czym poklepał Thallmana po ramieniu i odszedł, zostawiając ich samych. Dziewczyna odwróciła się powoli. O chuj. Gdy ich oczy się zetknęły, Albertowi przeszło pzrez głowę, że zaraz zejdzie na zawał. Wzywajcie karetkę. Io-io-io.
Te same ciemne, migdałowe oczy. Te same pełne usta, które zaledwie kilka dni temu doprowadziły go do szaleństwa na domówce u Sary. Nie no, przecież to była Lia, a nie żadna Thalia Rosenhall. O Boże, o kurwa. Paraliż. Ratunku. Pomocy. Co tu się odkurwiało? Gdzie karetka? Halo?
No i wtedy wszystkie elementy układanki wskoczyły na swoje miejsce. LIA. Kurwa, LIA, przecież to był idealny skrót od imienia THALIA. Tylko debil by się nie połapał.
Nope. Absurd. Nie ma szans. A jednak była szansa, fuck! Przecież na tamtej imprezie cały czas miał wrażenie, że kogoś mu przypominała. Ten zadziorny uśmieszek, ta bezczelność. Kurwa, to była ona. - Ja pierdolę, no nie wierzę - mruknął pod nosem. Nie mógł uwierzyć, że całował się (i nie tylko) z wrogiem. Wypuścił głośno powietrze i odwrócił się szybko, żeby sprawdzić, czy szef już zniknął z powrotem na zapleczu, no i gdy tylko się o tym fakcie upewnił, przeczesał dłonią rozczochrane włosy i postąpił krok w kierunku Thalii. - Świat jest kurewsko mały, co, Lia? - zagadnął z ironicznym uśmieszkiem. Zlustrował ją od stóp do głów. Był w kurewskim szoku. Otworzył usta, chcąc coś dodać, ale zamiast tego westchnął i machnął ręką. - Rzuć tę pracę, dobra? Dla naszego świętego spokoju. I usuń mój numer - rzucił, po czym zmierzył ją groźnym spojrzeniem, odwrócił się na pięcie i udał się z powrotem za bar, żeby wyczyścić do końca TE JEBANE SZKLANKI, BO JEJ PERFUMY DALEJ SIEDZIAŁY MU W GŁOWIE I ROBIŁY PAPKĘ Z MÓZGU, KURWA JEGO MAĆ!
I am
A little bit insecure
A little unconfident
'Cause you don't understand
I do what I can
ᴛʜᴀʟɪᴀ.
This damage anymore
To miał być kolejny, zwykły wtorek. Tia.
Albert stał za barem, leniwie polerując szklankę do whisky i nucąc pod nosem I was made for lovin' you, kiedy z zaplecza wyłonił się szef i poprawił nerwowo kołnierzyk koszuli. - Thallman, dziś masz dodatkowe zadanie - rzucił Carol. Nawet nie spojrzał w jego stronę. Wertował coś w dokumentach i ciągle drapał się po na nosie. Nadęty kutafon. - Wdrożysz dziś nową pracowniczkę. Nazywa się Thalia Rosenhall, przejmie wieczorne zmiany w sekcji arcade i będzie ci pomagać na barze, jak będzie tłok. Zajmij się nią - dodał szef. I’m sorry whaaaat?
Szklanka prawie wypadła mu z dłoni i miał wrażenie, że się przesłyszał. Thalia Rosenhall? Dziewczyna jego zmarłego przyjaciela, Christophera? Dziewczyna z czasów szkolnych, którą zapamiętał jako totalnie wyrachowaną sukę, wiecznie mającą coś do powiedzenia i wiecznie stojącą między nim a jego przyjacielem? No, chyba że istniała jeszcze druga Thalia Rosenhall, ale to imię było tak rzadko spotykane, że… - Kogo? - spytał Albert, dalej mając nadzieję, że może źle zrozumiał czy coś, no bo różnie bywało w National at The Well, te wszystkie uderzające o siebie kręgle, pisk maszyn arcade, brzęk naczyń i szklanek… głośno tu było, okej? Szef uniósł brwi, zaskoczony jego pytaniem. - Thalię Rosenhall. Coś nie tak? - odpowiedział i zatrzymał się wpół kroku, bo już miał gdzieś lecieć z tymi frajerskimi papierami. Nie czekając na odpowiedź Alberta, machnął ręką i ruszył dalej przed siebie.
Coś nie tak? To mało powiedziane. Nie zamierzał pracować z żadną Thalią Rosenhall. Suka zabiła jego przyjaciela w tamtym wypadku. Ace rzucił ścierę na blat i ruszył za szefem, bo nie zamierzał dyskutować przez bar. Zamierzał wygarnąć szefowi i kategorycznie odmówić użerania się z Rosenhall. Szedł za szefem, ale on zniknął za filarem i… Albert prawie na niego wpadł, bo Carol zatrzymał się przy maszynach do gier, gdzie tyłem stała jakaś kobieta. - Thalia, to jest Albert, on cię tu wszystkiego nauczy - oznajmił przełożony, po czym poklepał Thallmana po ramieniu i odszedł, zostawiając ich samych. Dziewczyna odwróciła się powoli. O chuj. Gdy ich oczy się zetknęły, Albertowi przeszło pzrez głowę, że zaraz zejdzie na zawał. Wzywajcie karetkę. Io-io-io.
Te same ciemne, migdałowe oczy. Te same pełne usta, które zaledwie kilka dni temu doprowadziły go do szaleństwa na domówce u Sary. Nie no, przecież to była Lia, a nie żadna Thalia Rosenhall. O Boże, o kurwa. Paraliż. Ratunku. Pomocy. Co tu się odkurwiało? Gdzie karetka? Halo?
No i wtedy wszystkie elementy układanki wskoczyły na swoje miejsce. LIA. Kurwa, LIA, przecież to był idealny skrót od imienia THALIA. Tylko debil by się nie połapał.
Nope. Absurd. Nie ma szans. A jednak była szansa, fuck! Przecież na tamtej imprezie cały czas miał wrażenie, że kogoś mu przypominała. Ten zadziorny uśmieszek, ta bezczelność. Kurwa, to była ona. - Ja pierdolę, no nie wierzę - mruknął pod nosem. Nie mógł uwierzyć, że całował się (i nie tylko) z wrogiem. Wypuścił głośno powietrze i odwrócił się szybko, żeby sprawdzić, czy szef już zniknął z powrotem na zapleczu, no i gdy tylko się o tym fakcie upewnił, przeczesał dłonią rozczochrane włosy i postąpił krok w kierunku Thalii. - Świat jest kurewsko mały, co, Lia? - zagadnął z ironicznym uśmieszkiem. Zlustrował ją od stóp do głów. Był w kurewskim szoku. Otworzył usta, chcąc coś dodać, ale zamiast tego westchnął i machnął ręką. - Rzuć tę pracę, dobra? Dla naszego świętego spokoju. I usuń mój numer - rzucił, po czym zmierzył ją groźnym spojrzeniem, odwrócił się na pięcie i udał się z powrotem za bar, żeby wyczyścić do końca TE JEBANE SZKLANKI, BO JEJ PERFUMY DALEJ SIEDZIAŁY MU W GŁOWIE I ROBIŁY PAPKĘ Z MÓZGU, KURWA JEGO MAĆ!
I am
A little bit insecure
A little unconfident
'Cause you don't understand
I do what I can
ᴛʜᴀʟɪᴀ.


