Strona 1 z 1

Hello, welcome home

: ndz lip 05, 2026 4:52 pm
autor: Reece Murray
002


Reece’a nie było w mieście od ponad półtora roku. Może z krótkimi przerwami, kiedy akurat robił sobie przerwę w nagraniach. Wówczas zaglądał do firmy ojca, aby pomóc przy bieżących sprawach, ale pomimo tego ani razu nie natknął się na siostrę. Przez te wszystkie miesiące, z nie do końca wiadomych dla siebie powodów, konsekwentnie unikal z nią kontaktu. Co śmieszniejsze teraz, to właśnie ona była pierwszą osobą, o której pomyślał, gdy podjął decyzję o powrocie.
Samolot wylądował około dwudziestej, więc zanim wydostał się z lotniska i dotarł na East End, minęły kolejne dwie godziny. Niestety w mieszkaniu nie zastał Adeline. Skorzystał więc z zapasowego klucza i wraz z całym swoim dobytkiem (dwoma walizkami, plecakiem oraz transporterem z Zeusem) rozpłaszczył się w korytarzu.
Dopiero po zrobieniu kawy zdecydował się przenieść bagaże do sypialni Ady. Wypuścił kota, po czym w końcu opadł na kanapę i pozostał tam aż do momentu, w którym kobieta wróciła do domu.
Pierwsze, co mogła dostrzec, zanim jeszcze zauważyła spowitego w ciemności Reece’a, to kot, który akurat zaczął wesoło pląsać po salonie. Dopiero potem mężczyzna podniósł się z kanapy i, sięgając po włącznik światła, rozjaśnił całe pomieszczenie.
Niespodzianka — rzucił ni to żartobliwie, ni poważnie. Następnie z tym samym, już do połowy opróżnionym kubkiem w dłoni, boso, w spodniach od piżamy, które zdążył ubrać gdzieś w trakcie, obszedł niski stolik i stanął naprzeciw siostry.
Nie zmieniła się wiele, choć w jej spojrzeniu przez moment błysnęły iskry dezorientacji(?) na co Ree wyraźnie się uśmiechnął.
Wróciłem do Toronto. Jeszcze nie wiem na jak długo, ale na pewno zostanę do końca roku, więc możemy spędzić święta razem, Ade. Może nawet będę jeszcze na twoje urodziny— pośpieszył z wyjaśnieniami.
Od czasu rozwodu zdecydowanie nie sprawdzał się w roli brata. Nie interesował się życiem Adeline, unikał kontaktu i nie odpowiadał na wiadomości. Nawet jeśli pojawiał się w mieście, nie znajdował chwili, aby się z nią spotkać. Pomimo tego z każdej podróży kupował jej jakiś drobiazg, dlatego na kuchennym blacie leżało teraz pudełko wypełnione wszystkimi rzeczami, które zebrał na obczyźnie.

Adeline Covington

Hello, welcome home

: wt lip 07, 2026 1:01 pm
autor: Adeline Covington
013
Jej życie ostatnio przypominało rollercoaster emocjonalny. A dopiero niedawno dosłownie na jednym jeździła. Powrót do jej codzienności dwójki bliskich jej sercu mężczyzn z przeszłości wywrócił jej dotychczas względnie stabilne życie do góry nogami. Jeden z nich wywoływał mnóstwo uśmiechu i wewnętrzny spokój, którego nie czuła od dawna, podczas gdy drugi ten spokój mącił, przypominając jej o tym, co uważała za dawno zamknięte. Obaj panowie niezmiennie gościli w jej głowie, a głośny, medialny powrót starszego z nich niczego jej nie ułatwiał.
Musiała przyznać przed sobą, że mimo wszystko była wdzięczna Sullivanowi, że zawitał u jej progu tuż przed wydaniem oficjalnego oświadczenia, który zatrząsł całym Toronto. Przynajmniej widok mężczyzny we wszystkich kanałach lokalnych wiadomości nie był dla niej już takim szokiem. Miała czas, by oswoić się z faktem jego zmartwychwstania. Jednocześnie wiedziała, że to, o czym zostały poinformowane media, było zaledwie ułamkiem historii o intrydze, w którą wplątali się Hartley’owie.
I nadal w myślach miała fakt, że Sully miał do czynienia z groźnymi ludźmi, którzy wpłynęli na ich rozstanie. A skoro do niej dotarli wtedy, zawsze jakieś ryzyko pozostawało. Zwłaszcza, że Ade nie potrafiła się bronić, co uświadomił jej niedawny incydent pod barem, gdy przypadkiem zgarnęła nie swoją kurtkę. Dlatego zapisała się na lekcje samoobrony.
Właśnie wróciła z pierwszej z nich. Zmęczona, ale z pozytywnym nastawieniem przekręciła kluczyk w drzwiach, po czym zapaliła światło na korytarzu i rzuciła torbę na siedzisko. W zamyśleniu przeszła w stronę salonu, dopiero po chwili zauważając jakiś niewielki, czarny cień. Mimowolnie jej serce przyspieszyło swoje obroty. Po chwili z mroku wyłonił się znajomy zwierzak i rudowłosa odetchnęła. Zeus. Zeus?
W tym samym momencie w salonie rozbłysło światło. Wystraszona aż cofnęła się o krok, a serce niemal podskoczyło jej do gardła.
Reece? — wydusiła zaskoczona, przez chwilę nie będąc pewną, czy powinna dowierzać własnym oczom. Nie widzieli się od wielu miesięcy, a on tymczasem tak swobodnie rozgościł się w jej mieszkaniu, jakby wcale nie wyjechał. Czy to był jakiś żart? Jeśli tak to marny bardzo.
Czyżby ktoś tu nagle przypomniał sobie o siostrze? — rzuciła zaraz, próbując przywołać się do porządku. W jej głosie jednak poza chłodem pobrzmiewała nuta uszczypliwości.
Widywanie go czasem w telewizji podczas jego reportaży było jedynym sposobem, by chociaż w ten sposób sprawdzić, co u niego i jak sobie radził. Czasem słyszała też o nim od taty, ale nigdy nie starała się jakoś szczególnie ciągnąć jego temat. Ree ją olewał, czemu więc ona miała okazywać względem niego jakiekolwiek zainteresowanie? Jednocześnie zastanowiło ją, czy po tym, jak braciszek traktował ją w ostatnim czasie, liczył, że wpadnie mu teraz w ramiona, jakby nic się nie stało. Był takim samym ignorantem, jak ich ojciec.
Na jego wyjaśnienia na moment drgnęły jej brwi, nie wiedziała jednak, czy bardziej zdziwiła się jego powrotem na dłużej niż kilka dni, czy obietnicą spędzenia wspólnie świąt.
Co ci się nagle odmieniło, że chcesz spędzać ze mną czas? — Po tonie jej głosu nie dało się ukryć, że żywiła do niego pewną urazę. Kot drepczący przy jej nogach domagał się uwagi, więc ostatecznie wzięła go na ręce i przywitała się z nim, głaszcząc go łagodnie. Ree miał szczęście, że Zeus działał na nią uspokajająco. — Chociaż bardziej mnie ciekawi, co robisz w moim mieszkaniu? — zapytała już trochę łagodniejszym tonem, spoglądając na niego ukradkiem znad jej ulubieńca, za którym się stęskniła. Nie była tylko pewna, czy za jego właścicielem równie mocno.


Reece Murray