i'm going crazy i guess
: sob lip 11, 2026 11:56 pm
Cyrus miał dość. Znowu.
Blondyn odrzucił swoje notatki gdzieś w kąt, czując jak boleśnie pulsują go skronie. Za dużo siedział we własnej głowie, próbując zrozumieć, dlaczego wszystko nagle przestało go cieszyć i satysfakcjonować. Nie potrafił ukoić swojego systemu nerwowego, przez co wiecznie czuł się, jakby wisiał na granicy życia i śmierci. Chciał się poczuć jak bóg, ale nie sądził, że sam nie będzie mógł odnaleźć dla siebie miejsca we wszechświecie. Może naprawdę oszalał? Może był jednym z tych geniuszów, którzy im mądrzejsi byli, tym bardziej zwariowani się stawali?
Rezydent przytrzymał papierosa zębami, gdy podpalał jego końcówkę, a drugą wolną dłonią, wybrał numer do swojego znajomego. Jak na człowieka, który nie lubił towarzystwa, miał ich całkiem sporo. Wiele z nich jednak nic o nim nie wiedziało, a i on nie przykładał do nich zbyt dużej uwagi. Cyrus nie był osobą, która chętnie otwierałaby się przed kimś obcym. Callum był jednak człowiekiem, przy którym Lockhart praktycznie dorastał i czuł się swobodnie. Pamiętał czasy szkolne, gdy dopiero zaczynał kręcić się po szpitalu, podkradając wszystkie piguły, które wpadały mu w ręce. Potem wciskał je do rąk ludziom, którzy go irytowali, żeby dali mu spokój i przestrzeń do nauki. W przypadku Reida, Cy robił to z dobrej woli; może dlatego, że chciał mu zaimponować. W końcu Call był jedną z niewielu osób, która go nie irytowała, a którą teraz mógł nazywać swoim przyjacielem.
— Wyląduję w pierdolonym psychiatryku — stwierdził, gdy usłyszał, jak starszy podnosi słuchawkę. — Zabiję albo wszystkich wokoło albo siebie, przysięgam — westchnął, wypuszczając spomiędzy warg dym z płuc. Odetchnął ciężko, zerkając przez okno na Toronto, pogrążone już w pełnym mroku. — Gdzie jesteś? Spotkamy się na mieście? — zapytał, znów zaciągając się; zanim przymknął na chwilę oczy, odchylając się lekko na krześle. — Jesteś mi winny towarzystwo za bycie kiedyś jebanym ćpunem — przypomniał mu.
callum
Blondyn odrzucił swoje notatki gdzieś w kąt, czując jak boleśnie pulsują go skronie. Za dużo siedział we własnej głowie, próbując zrozumieć, dlaczego wszystko nagle przestało go cieszyć i satysfakcjonować. Nie potrafił ukoić swojego systemu nerwowego, przez co wiecznie czuł się, jakby wisiał na granicy życia i śmierci. Chciał się poczuć jak bóg, ale nie sądził, że sam nie będzie mógł odnaleźć dla siebie miejsca we wszechświecie. Może naprawdę oszalał? Może był jednym z tych geniuszów, którzy im mądrzejsi byli, tym bardziej zwariowani się stawali?
Rezydent przytrzymał papierosa zębami, gdy podpalał jego końcówkę, a drugą wolną dłonią, wybrał numer do swojego znajomego. Jak na człowieka, który nie lubił towarzystwa, miał ich całkiem sporo. Wiele z nich jednak nic o nim nie wiedziało, a i on nie przykładał do nich zbyt dużej uwagi. Cyrus nie był osobą, która chętnie otwierałaby się przed kimś obcym. Callum był jednak człowiekiem, przy którym Lockhart praktycznie dorastał i czuł się swobodnie. Pamiętał czasy szkolne, gdy dopiero zaczynał kręcić się po szpitalu, podkradając wszystkie piguły, które wpadały mu w ręce. Potem wciskał je do rąk ludziom, którzy go irytowali, żeby dali mu spokój i przestrzeń do nauki. W przypadku Reida, Cy robił to z dobrej woli; może dlatego, że chciał mu zaimponować. W końcu Call był jedną z niewielu osób, która go nie irytowała, a którą teraz mógł nazywać swoim przyjacielem.
— Wyląduję w pierdolonym psychiatryku — stwierdził, gdy usłyszał, jak starszy podnosi słuchawkę. — Zabiję albo wszystkich wokoło albo siebie, przysięgam — westchnął, wypuszczając spomiędzy warg dym z płuc. Odetchnął ciężko, zerkając przez okno na Toronto, pogrążone już w pełnym mroku. — Gdzie jesteś? Spotkamy się na mieście? — zapytał, znów zaciągając się; zanim przymknął na chwilę oczy, odchylając się lekko na krześle. — Jesteś mi winny towarzystwo za bycie kiedyś jebanym ćpunem — przypomniał mu.
callum