I'm fire, baby
: pt lip 17, 2026 12:59 am
1,5 miesiąca wcześniej...
Z pewnością nie zamierzała skończyć ten wieczów się w taki sposób. Niestety, Zoya miała dziwną skłonność do cholerneo tracenia umiaru. Wyszła jedynie na urodziny koleżanki, które odbywały się w klubie w wynajętej loży. Towarzyszyło im jeszcze kilka koleżanek, kolorowe drinki i urocza girlanda z balonów.
Wszystkie bawiły się przednio. Tańczyły, żartowały, podjadały tłuste nuggetsy serwowane jako przekąski, po czym znów pośpiesznie wracały na parkiet. Wszystko zmieniło się jakoś po dziewiątej rundzie szotów, które zamówiła jedna z tych m ą d r z e j s z y c h dziewczyn, namawiając resztę do zmieszania alkoholu.
Właśnie wtedy Zoya poczuła, jak grunt usunął jej się spod stop. Na domiar złego żarty znajomych nagle wydały jej się jeszcze śmieszniejsze, a dziesiąty wszedł jeszcze lepiej. Szybko jednak dał o sobie znać potężną czkawką, jaka wywołała kolejną salwę śmiechu przy stole.
A potem Zoya zdała sobie sprawę, że potrzebowała tlenu. O zgrozo, jak bardzo w tamtej chwili potrzebowała świeżego powietrza! Nieco pokracznie wysunęła się zza stolika i z wyraźnym brakiem równowagi przecisnęła przez tłum, aż w końcu znalazła się na zewnątrz.
Chłodne powietrze natychmiast smagnęło jej rozgrzane policzki. Dostrzegła dwie grupki mężczyzn, którzy zmierzyli ją typowo samczym spojrzeniem. Alkohol natychmiast podszedł jej do gardła i, cholera, poczuła się dziwnie nieswojo, jakby odrobinę zagrożona. Instynktownie rozejrzała się dookoła i wtedy dostrzegła jedynego chłopaka, który jako jedyny stał nieopodal samotnie.
Pod wpływem pijackiego impulsu uznała, że wyglądał najbezpieczniej, więc podeszła do niego chwiejnym krokiem i z rozanielonym uśmiechem, posanowiła zagadać.
— Cześć. Bolało, jak spadłeś z nieba? — zapytała żartobliwie.
Nie wyglądał źle. Wręcz był całkiem w jej typie, co tylko rozbawiło Zoyę jeszcze bardziej. Zrobiła więc kolejne pół kroku w jego stronę i... zachwiała się. O cholera, jak ona okropnie się zachwiała! Potem efektownie runęła prosto na ramię nieznajomego, kurczowo i desperacko łapiąc się jego marynarki.
Z pewnością nie zamierzała skończyć ten wieczów się w taki sposób. Niestety, Zoya miała dziwną skłonność do cholerneo tracenia umiaru. Wyszła jedynie na urodziny koleżanki, które odbywały się w klubie w wynajętej loży. Towarzyszyło im jeszcze kilka koleżanek, kolorowe drinki i urocza girlanda z balonów.
Wszystkie bawiły się przednio. Tańczyły, żartowały, podjadały tłuste nuggetsy serwowane jako przekąski, po czym znów pośpiesznie wracały na parkiet. Wszystko zmieniło się jakoś po dziewiątej rundzie szotów, które zamówiła jedna z tych m ą d r z e j s z y c h dziewczyn, namawiając resztę do zmieszania alkoholu.
Właśnie wtedy Zoya poczuła, jak grunt usunął jej się spod stop. Na domiar złego żarty znajomych nagle wydały jej się jeszcze śmieszniejsze, a dziesiąty wszedł jeszcze lepiej. Szybko jednak dał o sobie znać potężną czkawką, jaka wywołała kolejną salwę śmiechu przy stole.
A potem Zoya zdała sobie sprawę, że potrzebowała tlenu. O zgrozo, jak bardzo w tamtej chwili potrzebowała świeżego powietrza! Nieco pokracznie wysunęła się zza stolika i z wyraźnym brakiem równowagi przecisnęła przez tłum, aż w końcu znalazła się na zewnątrz.
Chłodne powietrze natychmiast smagnęło jej rozgrzane policzki. Dostrzegła dwie grupki mężczyzn, którzy zmierzyli ją typowo samczym spojrzeniem. Alkohol natychmiast podszedł jej do gardła i, cholera, poczuła się dziwnie nieswojo, jakby odrobinę zagrożona. Instynktownie rozejrzała się dookoła i wtedy dostrzegła jedynego chłopaka, który jako jedyny stał nieopodal samotnie.
Pod wpływem pijackiego impulsu uznała, że wyglądał najbezpieczniej, więc podeszła do niego chwiejnym krokiem i z rozanielonym uśmiechem, posanowiła zagadać.
— Cześć. Bolało, jak spadłeś z nieba? — zapytała żartobliwie.
Nie wyglądał źle. Wręcz był całkiem w jej typie, co tylko rozbawiło Zoyę jeszcze bardziej. Zrobiła więc kolejne pół kroku w jego stronę i... zachwiała się. O cholera, jak ona okropnie się zachwiała! Potem efektownie runęła prosto na ramię nieznajomego, kurczowo i desperacko łapiąc się jego marynarki.