can you be my hero
: pt lip 17, 2026 5:39 pm
Poprawianie sobie humoru szło Peach całkiem nieźle. Wyszykowała się w cekinową sukienkę, zrobiła włos, zrobiła oko, i trafiła na imprezę w modnym klubie. Miała swoje dziewczyny - oczywiście tylko takie dziewczyny, którym nie musiała dogłębnie tłumaczyć dlaczego szuka poprawy humoru (na poważne rozmowy jeszcze przyjdzie czas, ale na pewno nie chciała póki co z nikim poruszać tematu kolejnego niefortunnego związku). Trafiła na wieczór, kiedy w klubie była dobra muzyka, przystojni chłopcy i dużo dobrych drinków. Zych ostatnich akurat nie korzystała za dużo, bo już kolejnego dnia miała przecież z rana umówioną siłownię, chociaż ciężko zdecydować, czy będzie miała siłę po tym jak tańczyła tyle godzin. Z pozostałych atrakcji korzystała i pewnie gdyby nie to, że nie miała ochoty teraz na żadne nowe związki, to wróciłaby z klubu z jednym z przystojniaków. Ale ponieważ nie była na tyle pijana, to zakończyła ten wieczór sama. Z klubu wyszła przed drugą w nocy i zapatrzona w swój telefon, zachowywała się bardzo nieodpowiedzialnie nie patrząc zupełnie na to kto jest na ulicy. Przeglądała sobie zdjęcia z wieczoru i wrzucała storiski, nagrała swojemu współlokatorowi głosówkę, że już wraca do domu i w tym wszystkim niestety nie zauważyła, że od pewnego momentu idzie za nią jakiś typ. Mężczyzna był od niej niższy, ale to akurat nie było niczym dziwnym, bo ona ma figurę modelki, co oznacza, że większość facetów była od niej niższa. Ulica która przy klubie jeszcze była wypełniona ludźmi, ale wystarczyło wejść w kolejną i za zakrętem było już prawie całkowicie pusto. I wtedy się zorinetowała. Odsuneła telefon od twarzy, bo nagle mimo spokoju na ulicy, dochodzi do niej, że słyszy czyjeś kroki. Obejrzała się odruchowo, a serce na chwilę jej stanęło i poczuła, że oblewa ją zimny pot. Jakiś facet w kapturze szedł za nią i wyraźnie się wzdrygnął, widząc, że go zauważyła. Cholera. Przyśpieszyła kroku, licząc już tylko na znajdujący sie za skrzyżowaniem punkt z kebabem, gdzie nawet o tej porze znajdą się na pewno jakieś osoby. Cholera, że dziś akurat oddelegowała goryli, którzy włóczą się za nią od dwóch miesiecy by ją chronić przed takimi sytuacjami. Dlaczego jej posłuchali, powinni siedzieć i ją obserwować nawet jak im rozkaże ją zostawić! Przecież po to zatrudnił ich jej ojciec - do ochrony córci. Jej sandałki na obcasie wybijały szybki rytm, ale kiedy tylko doszła do zakrętu to zaraz puściła się biegiem, dobrze przewidując że pod kebabem będzie mały ruch i na pewno ktoś jej pomoże pozbyć się natręta. Przeczesuje spojrzeniem facetów pod kebsem (bo niestety nie było tam żadnej grupki dziewczyn) i serce zabiło jej mocniej na widok Petera Bylthe, czyli brata jej koleżanki Queenie. To jakieś zrządzenie losu, że akurat Peter - ex hokeista tu jest. Peach bierze głębszy wdech i przyśpiesza, chce do niego dobiec, ale wtedy chłopak niespodziewanie pokazuje komuś ręką znak pożegnania i nim Peach go dopadnie, zdąży wejść do taksówki. Jej jedyna szansa na wyratowanie się z opresji właśnie odjeżdżała czarnym mercedesem. Zdyszana stoi na środku drogi patrząc za odjeżdząjącym Peterem, odwraca się i widzi, jak mężczyzna w kapturze już odciera w okolice światła bijące od budki z kebabem. I wtedy jej spojrzenie padło na tego, z którym żegnał się Peter. Z daleka oceniła, że wygląda mniej podejrzanie niż zakapturzona postać, a poza tym Peter mu... ufa, więc ona chyba też może? Bardzo szybko podjęła kolejną decyzję, ale tym razem bardziej irracjonalną i przebiegła na drugą stronę ulicy w jego kierunku. Zatrzymała się przy nim i niewiele myśląc zarzuca mu ramiona na szyję. Jej oczy błyszczą, ale nie tak, jak chcieliby, żeby błyszczały oczy dziewczyny na ich widok, jej oczy błyszczą błagalnnie. Wpatruje się intensywnie w oczy zaskoczonego chłopaka, jakby chciała mieć pewność, że dostanie odpowiedź twierdzącą, kiedy mówi:
- Pomóż mi proszę - i pocałowała go, żeby ktoś kto obserwuje ich z boku mógł pomyśleć, że właśnie dziewczyna wita się ze swoim chłopakiem. Pocałunek był o tyle chaotyczny, że Peach stresowała się, że nie wyjdzie naturalnie, jakby się całowali jak zawsze i zakapturzona postać nie kupi tej akcji, zatrzyma to i na miejscu ją udusi/porwie/poćwiartuje. Była też kwestia tego, że całowała zupełnie randomowego człowieka na ulicy. Niby z oczu patrzyło mu dobrze, ale... no jednak nie wiedziała czy ten zaraz jej nie odepchnie i nie wyzwie od głupich zdzir, jednocześnie skazując ją na bardzo niebezpieczną sytuację z prześladowcą, którego oddech już czuła na kartku. Nic to jednak, bo pocałunek nie trwa bardzo długo. Kiedy się skończył, Peach przytula się i mówi mu na ucho - Ten facet w kapturze, czy on wciąż się patrzy? Śledził mnie, przepraszam, nie wiedziałam co zrobić - i w końcu się odsuwa od niego i zabiera ramiona z jego szyji, ale że boi się spojrzeć za siebie, to nie patrzy, patrzy za to uważnie na Francisa, chcąc z jego twarzy wyczytać, czy ON TAM JEST?
Francis Gardner
- Pomóż mi proszę - i pocałowała go, żeby ktoś kto obserwuje ich z boku mógł pomyśleć, że właśnie dziewczyna wita się ze swoim chłopakiem. Pocałunek był o tyle chaotyczny, że Peach stresowała się, że nie wyjdzie naturalnie, jakby się całowali jak zawsze i zakapturzona postać nie kupi tej akcji, zatrzyma to i na miejscu ją udusi/porwie/poćwiartuje. Była też kwestia tego, że całowała zupełnie randomowego człowieka na ulicy. Niby z oczu patrzyło mu dobrze, ale... no jednak nie wiedziała czy ten zaraz jej nie odepchnie i nie wyzwie od głupich zdzir, jednocześnie skazując ją na bardzo niebezpieczną sytuację z prześladowcą, którego oddech już czuła na kartku. Nic to jednak, bo pocałunek nie trwa bardzo długo. Kiedy się skończył, Peach przytula się i mówi mu na ucho - Ten facet w kapturze, czy on wciąż się patrzy? Śledził mnie, przepraszam, nie wiedziałam co zrobić - i w końcu się odsuwa od niego i zabiera ramiona z jego szyji, ale że boi się spojrzeć za siebie, to nie patrzy, patrzy za to uważnie na Francisa, chcąc z jego twarzy wyczytać, czy ON TAM JEST?
Francis Gardner