She needs wide open spaces. Room to make her big mistakes.
: śr lip 22, 2026 10:21 am
Musiałaś się puszczać?
Te słowa smagnęły ją niczym biczem. Równie dobrze brat mógł wymierzyć jej policzek przez całą twarz. Uśmiechnęła się chłodno, przełykając dumę, która stanęła jej w gardle. W ciszy dokończyła oczyszczanie jego rany na policzku. Niewielkie skaleczenie. Cena za obronę jej dobrego imienia...
Matt już dawno zniknął... Przeniesiony nie wiadomo gdzie, z powodu jej emocjonalnego wybuchu. Tego samego, który teraz próbował zdusić jej serce. A to tłukło się nieregularnie w piersi, próbując się z tego uścisku wyrwać. Zbladła zamiast się zaczerwienić.
Tego samego wieczora spakowała się w dużą, okrągłą torbę. Wszystko, co miała. Trochę ubrań, biżuteria, gotówka. Długo zastanawiała się nad tym, czy wziąć kapelusz, ale ostatecznie uznała, że nie ma na niego miejsca. Zarzuciła więc torbę na ramię i już chciała rzucić kapelusz na łóżko, ale przypomniała sobie, że to przynosi pecha, więc odwiesiła go na wieszak i zdecydowanie za długo, jak na siebie, patrzyła na niego.
Kiedy silnik Indiana ryknął, budząc rodzinę, było już za późno. Zanim ktokolwiek wybiegł na ganek, czerwone światełko już znikało w ciemności dojazdowej drogi. Wiatr we włosach, kask na głowie. Chłód nocy...
Wolność smakowała bardziej gorzko, niż jej się wydawało, że mogłaby.
Kolejne miesiące były kalejdoskopem dziwnych wydarzeń. Na początku pracowała na kilku ranczach, ale plotka o tym, kim była, szybko się rozeszła i zatrudniać ją chcieli tylko ludzie, którzy mieli bardzo dobre serce albo bardzo złe. Więc zarabiała tak, jak potrafiła najlepiej. Śpiewając... Występy w barach nie przynosiły dużych pieniędzy, ale wraz z napiwkami za to, że pracowała jako kelnerka, dawały jej przynajmniej pieniądze na paliwo i nocleg w motelu. Ciepły prysznic... Ale bywały też noce, kiedy przytulała się w śpiworze do ciepłej jeszcze rury wydechowej motocykla.
Tygodnie mijały... Zima zbliżała się coraz bardziej, wyganiając ją bliżej miast. Powoli zaczynała rozumieć, że będzie musiała wrócić albo coś całkowicie zmienić... Będąc na granicy Nowego Jorku, nagle zawróciła. Nie miała odwagi, by tam szukać szczęścia, więc wróciła w miejsce, które wydawało się być bliżej domu. Bardziej znane... Toronto. Ale tutaj też dogoniła ją pomarańczowa kontrolka, krzycząca, że brakuje paliwa. Tym bardziej rozpaczliwa, że w kieszeni brakowało pieniędzy. Kiedy już nie dało się dalej udawać, że jeszcze kawałek dojedzie, zatrzymała się. Silnik sam zgasł. Ściągnęła kask z głowy i po raz pierwszy w życiu po prostu się poddała. Usiadła na krawężniku, wbijając spojrzenie w kałużę na ulicy. Woda odbijała światła neonów i nocnego życia Toronto. Gdyby sprzedała motocykl, miałaby kasę na kilka miesięcy...
Jej spojrzenie zatrzymało się na odwróconym napisie. Nazwa klubu. Emptiness
Dobra...
Podniosła się i dłonią otrzepała tyłek dżinsów. Przywołała na twarz wyraz determinacji i ruszyła pewnym krokiem do klubu. Na tyle pewnym, na ile dało się, trzęsąc się z powodu chłodu październikowego wiatru. Przy wejściu już była kolejka i ochroniarz, którego jedno spojrzenie powiedziało jej, że tędy nie wejdzie. Więc z uśmiechem pełnym determinacji ruszyła w boczny zaułek. Tutaj musi być tylne wejście...
Ciasno zapięta skórzana kurtka nie dawała jej ochrony, ale żar w duszy powoli rozgrzewał skostniałe palce. Zatrzymała się na chwilę, kiedy ktoś wyszedł z workami śmieci. Chwila nieuwagi, kiedy kolejne worki lądowały w kontenerze, wystarczyła, by Rae wskoczyła przez otwarte drzwi do klubu, przemykając się trochę jak złodziej, któremu przeszkadzał nieporęczny kask, stukający od czasu do czasu w ścianę. Już słyszała dźwięki z głównej sali, jedyną przeszkodą były otwarte drzwi do jednego z biur.
Madox A. Noriega
Te słowa smagnęły ją niczym biczem. Równie dobrze brat mógł wymierzyć jej policzek przez całą twarz. Uśmiechnęła się chłodno, przełykając dumę, która stanęła jej w gardle. W ciszy dokończyła oczyszczanie jego rany na policzku. Niewielkie skaleczenie. Cena za obronę jej dobrego imienia...
Matt już dawno zniknął... Przeniesiony nie wiadomo gdzie, z powodu jej emocjonalnego wybuchu. Tego samego, który teraz próbował zdusić jej serce. A to tłukło się nieregularnie w piersi, próbując się z tego uścisku wyrwać. Zbladła zamiast się zaczerwienić.
Tego samego wieczora spakowała się w dużą, okrągłą torbę. Wszystko, co miała. Trochę ubrań, biżuteria, gotówka. Długo zastanawiała się nad tym, czy wziąć kapelusz, ale ostatecznie uznała, że nie ma na niego miejsca. Zarzuciła więc torbę na ramię i już chciała rzucić kapelusz na łóżko, ale przypomniała sobie, że to przynosi pecha, więc odwiesiła go na wieszak i zdecydowanie za długo, jak na siebie, patrzyła na niego.
Kiedy silnik Indiana ryknął, budząc rodzinę, było już za późno. Zanim ktokolwiek wybiegł na ganek, czerwone światełko już znikało w ciemności dojazdowej drogi. Wiatr we włosach, kask na głowie. Chłód nocy...
Wolność smakowała bardziej gorzko, niż jej się wydawało, że mogłaby.
Kolejne miesiące były kalejdoskopem dziwnych wydarzeń. Na początku pracowała na kilku ranczach, ale plotka o tym, kim była, szybko się rozeszła i zatrudniać ją chcieli tylko ludzie, którzy mieli bardzo dobre serce albo bardzo złe. Więc zarabiała tak, jak potrafiła najlepiej. Śpiewając... Występy w barach nie przynosiły dużych pieniędzy, ale wraz z napiwkami za to, że pracowała jako kelnerka, dawały jej przynajmniej pieniądze na paliwo i nocleg w motelu. Ciepły prysznic... Ale bywały też noce, kiedy przytulała się w śpiworze do ciepłej jeszcze rury wydechowej motocykla.
Tygodnie mijały... Zima zbliżała się coraz bardziej, wyganiając ją bliżej miast. Powoli zaczynała rozumieć, że będzie musiała wrócić albo coś całkowicie zmienić... Będąc na granicy Nowego Jorku, nagle zawróciła. Nie miała odwagi, by tam szukać szczęścia, więc wróciła w miejsce, które wydawało się być bliżej domu. Bardziej znane... Toronto. Ale tutaj też dogoniła ją pomarańczowa kontrolka, krzycząca, że brakuje paliwa. Tym bardziej rozpaczliwa, że w kieszeni brakowało pieniędzy. Kiedy już nie dało się dalej udawać, że jeszcze kawałek dojedzie, zatrzymała się. Silnik sam zgasł. Ściągnęła kask z głowy i po raz pierwszy w życiu po prostu się poddała. Usiadła na krawężniku, wbijając spojrzenie w kałużę na ulicy. Woda odbijała światła neonów i nocnego życia Toronto. Gdyby sprzedała motocykl, miałaby kasę na kilka miesięcy...
Jej spojrzenie zatrzymało się na odwróconym napisie. Nazwa klubu. Emptiness
Dobra...
Podniosła się i dłonią otrzepała tyłek dżinsów. Przywołała na twarz wyraz determinacji i ruszyła pewnym krokiem do klubu. Na tyle pewnym, na ile dało się, trzęsąc się z powodu chłodu październikowego wiatru. Przy wejściu już była kolejka i ochroniarz, którego jedno spojrzenie powiedziało jej, że tędy nie wejdzie. Więc z uśmiechem pełnym determinacji ruszyła w boczny zaułek. Tutaj musi być tylne wejście...
Ciasno zapięta skórzana kurtka nie dawała jej ochrony, ale żar w duszy powoli rozgrzewał skostniałe palce. Zatrzymała się na chwilę, kiedy ktoś wyszedł z workami śmieci. Chwila nieuwagi, kiedy kolejne worki lądowały w kontenerze, wystarczyła, by Rae wskoczyła przez otwarte drzwi do klubu, przemykając się trochę jak złodziej, któremu przeszkadzał nieporęczny kask, stukający od czasu do czasu w ścianę. Już słyszała dźwięki z głównej sali, jedyną przeszkodą były otwarte drzwi do jednego z biur.
Madox A. Noriega