Strona 1 z 1

She needs wide open spaces. Room to make her big mistakes.

: śr lip 22, 2026 10:21 am
autor: Rae Westlake
Musiałaś się puszczać?

Te słowa smagnęły ją niczym biczem. Równie dobrze brat mógł wymierzyć jej policzek przez całą twarz. Uśmiechnęła się chłodno, przełykając dumę, która stanęła jej w gardle. W ciszy dokończyła oczyszczanie jego rany na policzku. Niewielkie skaleczenie. Cena za obronę jej dobrego imienia...

Matt już dawno zniknął... Przeniesiony nie wiadomo gdzie, z powodu jej emocjonalnego wybuchu. Tego samego, który teraz próbował zdusić jej serce. A to tłukło się nieregularnie w piersi, próbując się z tego uścisku wyrwać. Zbladła zamiast się zaczerwienić.

Tego samego wieczora spakowała się w dużą, okrągłą torbę. Wszystko, co miała. Trochę ubrań, biżuteria, gotówka. Długo zastanawiała się nad tym, czy wziąć kapelusz, ale ostatecznie uznała, że nie ma na niego miejsca. Zarzuciła więc torbę na ramię i już chciała rzucić kapelusz na łóżko, ale przypomniała sobie, że to przynosi pecha, więc odwiesiła go na wieszak i zdecydowanie za długo, jak na siebie, patrzyła na niego.

Kiedy silnik Indiana ryknął, budząc rodzinę, było już za późno. Zanim ktokolwiek wybiegł na ganek, czerwone światełko już znikało w ciemności dojazdowej drogi. Wiatr we włosach, kask na głowie. Chłód nocy...

Wolność smakowała bardziej gorzko, niż jej się wydawało, że mogłaby.

Kolejne miesiące były kalejdoskopem dziwnych wydarzeń. Na początku pracowała na kilku ranczach, ale plotka o tym, kim była, szybko się rozeszła i zatrudniać ją chcieli tylko ludzie, którzy mieli bardzo dobre serce albo bardzo złe. Więc zarabiała tak, jak potrafiła najlepiej. Śpiewając... Występy w barach nie przynosiły dużych pieniędzy, ale wraz z napiwkami za to, że pracowała jako kelnerka, dawały jej przynajmniej pieniądze na paliwo i nocleg w motelu. Ciepły prysznic... Ale bywały też noce, kiedy przytulała się w śpiworze do ciepłej jeszcze rury wydechowej motocykla.

Tygodnie mijały... Zima zbliżała się coraz bardziej, wyganiając ją bliżej miast. Powoli zaczynała rozumieć, że będzie musiała wrócić albo coś całkowicie zmienić... Będąc na granicy Nowego Jorku, nagle zawróciła. Nie miała odwagi, by tam szukać szczęścia, więc wróciła w miejsce, które wydawało się być bliżej domu. Bardziej znane... Toronto. Ale tutaj też dogoniła ją pomarańczowa kontrolka, krzycząca, że brakuje paliwa. Tym bardziej rozpaczliwa, że w kieszeni brakowało pieniędzy. Kiedy już nie dało się dalej udawać, że jeszcze kawałek dojedzie, zatrzymała się. Silnik sam zgasł. Ściągnęła kask z głowy i po raz pierwszy w życiu po prostu się poddała. Usiadła na krawężniku, wbijając spojrzenie w kałużę na ulicy. Woda odbijała światła neonów i nocnego życia Toronto. Gdyby sprzedała motocykl, miałaby kasę na kilka miesięcy...
Jej spojrzenie zatrzymało się na odwróconym napisie. Nazwa klubu. Emptiness

Dobra...

Podniosła się i dłonią otrzepała tyłek dżinsów. Przywołała na twarz wyraz determinacji i ruszyła pewnym krokiem do klubu. Na tyle pewnym, na ile dało się, trzęsąc się z powodu chłodu październikowego wiatru. Przy wejściu już była kolejka i ochroniarz, którego jedno spojrzenie powiedziało jej, że tędy nie wejdzie. Więc z uśmiechem pełnym determinacji ruszyła w boczny zaułek. Tutaj musi być tylne wejście...

Ciasno zapięta skórzana kurtka nie dawała jej ochrony, ale żar w duszy powoli rozgrzewał skostniałe palce. Zatrzymała się na chwilę, kiedy ktoś wyszedł z workami śmieci. Chwila nieuwagi, kiedy kolejne worki lądowały w kontenerze, wystarczyła, by Rae wskoczyła przez otwarte drzwi do klubu, przemykając się trochę jak złodziej, któremu przeszkadzał nieporęczny kask, stukający od czasu do czasu w ścianę. Już słyszała dźwięki z głównej sali, jedyną przeszkodą były otwarte drzwi do jednego z biur.

Madox A. Noriega

She needs wide open spaces. Room to make her big mistakes.

: śr lip 22, 2026 5:45 pm
autor: Madox A. Noriega
trigger warning
przekleństwa
056.
The club was loud.
Somehow, her voice was the only thing he heard.
Madox nienawidził jesieni. Wrzesień jeszcze mógł przeżyć, ale październik i ta wstrętna plucha. On był stworzony do wylegiwania się na słońcu, najlepiej na jakiejś plaży z drinkiem z palemką w ręce. A nie do łażenia po mokrych chodnikach Toronto.
Ale tutaj właśnie wylądował, daleko od swojego domu, w mieście, w którym postanowił otworzyć klub. I wtedy jeszcze przecież nie zadawał sobie pytania po co mu to wszystko.
Wtedy mierzył wysoko, najlepszy klub w mieście, a na czele on.
Szkoda tylko, że wtedy nie było go nawet stać na porządne buty, bo Emptiness pochłaniało wszystkie jego oszczędności, a resztę wysyłał do Kolumbii, gdzie spłacał dług matki złodziejki, która okradła jego rodzinę i uciekła z kraju.
Madox też uciekł.
Z nadzieją na lepszą przyszłość, ale póki co... było mocno chujowo.
A on w dziurawych trampkach, w porwanych jeansach i znoszonej zimowej kurtce przemierzał ulicę prowadzącą do jego klubu.
- Kurwa - przeklął siarczyście, kiedy wlazł w kałużę i nalało mu się do buta. I może wcale by się tym nie przejął, gdyby akurat nie przechodził koło jakiejś dziewczyny, która swój motocykl zaparkowała przy krawężniku.
Podniósł na nią ciemne spojrzenia, a ręką sięgnął do potylicy. Mama może go nie nauczyła, że nie przeklina się na ulicy... Właściwie nie nauczyła go niczego dobrego, ale Madox sam na to wpadł.
- Em... Sorry, fajny motocykl - pochwalił maszynę, i na jeden krótki moment złapał spojrzenie brunetki. A potem już ruszył do klubu wciskając ręce do kieszeni kurtki.
On wchodził od frontu, a ochroniarz przy wejściu od razu wpuścił go do środka, nawet zrobił mu przejście pomiędzy tłumem przesuwając ich na drugą stronę. Noriega się skrzywił, a goryl zaraz to wyłapał.
- Szef nie w humorze... - mruknął do drugiego karka, który też stał na bramce.
Madox od razu skierował się do baru, gdzie rzucił tylko, że będzie na górze, bo musiał zmienić buty, czuł jak woda chlupie mu w skarpecie. Ale barmanki zaraz zaczęły nadawać jedna przez drugą, że skończył im się rum.
Jak kurwa mógł skończyć się rum, skoro Emptiness słynęło z najlepszego... no właśnie rumu, w mieście? Zamiast na górę, do swojego gabinetu, którego wielkie okna osłonięte lustrem weneckim, wychodziły na parkiet, to ruszył na zaplecze. Na wieszaku przy drzwiach rzucił tylko kurtkę, a potem w koszulce z jakimś zespołem, bo nie było go wtedy jeszcze stać na jego drogie, kolorowe koszule, ruszył do magazynu. Rzeczywiście na podłodze stała skrzynka po medellińskim rumie. Pusta.
Ale Madox zaraz na nią wlazł, żeby sięgnąć na górę, bo tam powinna być jeszcze jedna na samej górze regału. Wyciągnął się do niej, ale i tak nie mógł dostać, no tak... Nic dziwnego, że te barmanki też jej nie ściągnęły. Musiał sobie czymś ją przyciągnąć...
Na podłodze przy drzwiach zauważył parasolkę i jak w pierwszej chwili chciał po nią skoczyć, to przed drzwiami dostrzegł przemykającą postać.
- Ej! Możesz mi pomóc? - zawołał, ale nawet nie wiedział kto to. Jednak skoro był w jego klubie, na zapleczu, to ktoś z obsługi, tak założył - tak ty... - dodał kiedy postać się zatrzymała - podaj mi tylko... - zaczął lawirując na tej skrzynce, żeby nie wyrżnąć z niej na zęby. A kiedy dziewczyna zajrzała do środka, przez te otwarte drzwi, to Madox...
Najpierw zawiesił na niej ciemne spojrzenie, a potem skoczył. Tuż przed nią, jak dziki kot.
- Kim jesteś? - zajrzał w jej duże oczy, a zaraz zrobił krok do przodu, tak, że musiała się cofnąć. Madox nie rozumiał pojęcia przestrzeni osobistej, oj nie rozumiał - co tutaj robisz? Nie znam cię - a wszystkich znał, każda jedna osoba tutaj pracująca musiała być zaakceptowana przez szefa - jak tu weszłaś? - przesunął ciemnym spojrzeniem po jej sylwetce, zatrzymując je na kasku, który ściskała w dłoniach. Widział ją na chodniku - śledzisz mnie? - i kolejny krok w jej kierunku, tak, że jej plecy zderzyły się z zimną ścianą na wąskim korytarzu.

Rae Westlake

She needs wide open spaces. Room to make her big mistakes.

: czw lip 23, 2026 10:23 am
autor: Rae Westlake
Skala problemów potrafi się bardzo przesunąć, kiedy zastanawiasz się nad tym, czy stać Cię dzisiaj na kolację, czy lepiej spróbować coś wygrzebać z lodówki albo zadowolić się orzeszkami zostawionymi jako poczęstunek w motelu.
Jak widać, Rae nie była wybitnym włamywaczem. Wśliźnięcie się przez otwarte drzwi było super łatwe, chociaż nie pomyślała o tym, że przecież gość z workami zaraz będzie wracał. Nie pomyślała też, że ktoś, kto grzebie na zapleczu, może ją jednak zauważyć. Szczególnie kiedy zrobi się hałas kolejnym stuknięciem kasku o ścianę.
- Ja? - zapytała, zaskoczona, ale przecież klub był duży, więc mogą się wszyscy nie znać...
Wsunęła się do pomieszczenia, czując, jak bardzo jest nie na miejscu, i już sięgała po parasolkę, kiedy mężczyzna znalazł się tuż koło niej. Cofała się pod jego naporem, aż jej plecy i głowa boleśnie zderzyły się ze ścianą. Drżała... Bardziej z zimna i zdenerwowania niż ze strachu. Zresztą harde spojrzenie i zmarszczone brwi wyraźnie mówiły, że jest gotowa na walkę.
- Szukam właściciela! - odpowiedziała równie ostro, jak jego ton, i przez chwilę ich spojrzenia uprawiały śmiertelną szermierkę. - Przez tamte drzwi...
Wskazała ruchem głowy korytarz, w którym właśnie pojawił się barback, który wcześniej wywalał worki ze śmieciami. Chłopak, zaskoczony widokiem, zamarł na chwilę, aż w końcu duże drzwi ewakuacyjne domknęły się za nim, uderzając go w plecy.
- Były otwarte, jak wywalał śmieci... - rozbrajająca szczerość człowieka, który jeszcze nie nauczył się tego, że kłamstwa mogą zaprowadzić znacznie dalej.
Parsknęła, kiedy zapytał o to, czy go śledzi.
- Nie pochlebiaj sobie! Niby w czym miałbyś być interesujący? - zapytała, po czym, zebrawszy w sobie już na tyle odwagi, by zrobić cokolwiek poza przepychankami słownymi, odepchnęła go, wyprostowaną ręką budując dystans, którego potrzebowała, żeby jej przestrzeń osobista nie była naruszana.
Zmierzyła go spojrzeniem, oceniając, w jak wielkiej dupie się znalazła. Od razu wypatrzyła dłonie, które znają ciężką pracę. Widziała takich dziesiątki na ranczu. Buty, które były za cienkie na tę porę roku. I mokre...
Sama nie wyglądała lepiej. Okutana motocyklową kurtką, która była za cienka na jesień w Kanadzie. Prawie bez makijażu, ale oczy już miała lekko rozmazane. Pewnie w nim spała. Włosy spod kasku, które zdecydowanie mogłaby już umyć. I to drżenie, nad którym nie panowała, chociaż bardzo chciała. Obcisłe, dziurawe dżinsy i buty. Zaskakująco dobre, ciężkie. Jakby wiedziała, że dobre buty to podstawa.
- Nie chciałam nic ukraść... Po prostu goryle z przodu by mnie nie wpuścili.
Wiedziała o tym, chociaż nawet nie spróbowała z nimi zagadać. A może gdyby skorzystała ze swojego uroku i urody... Tamta droga byłaby łatwiejsza. Dla kogoś, kto potrafił to robić...

Pan Wszystko Ogarniam

She needs wide open spaces. Room to make her big mistakes.

: czw lip 23, 2026 5:38 pm
autor: Madox A. Noriega
trigger warning
przekleństwa
Akurat Madox znał wszystkich, Emptiness to nie był zwykły klub, on obstawiał się zaufanymi ludźmi, bo przecież musiał. To tutaj półświatek i policja bawili się na równi. Tędy płynęły wszelkie informacje i tu każdy z jego klientów czuł się bezpiecznie.
Psy. Ale i ich ofiary, które tutaj pozostawały bezkarne, a po środku tego wszystkiego Madox - w dziurawych trampkach.
- A kto ja? - rzucił i już stał przy niej. Już ciemne spojrzenie lustrowało jej obcą twarz, ale podobało mu się to, że nie spuściła głowy.
Że mimo, iż nie była u siebie, zakradła się tutaj, to patrzyła mu prosto w oczy. A Madox... on miał jakąś dziwną słabość do takich zadzior. Może dlatego, że sam taki był? Krnąbrny, nieposłuszny, hardy.
- A jesteś z nim umówiona? Myślisz, że tutaj się tak wchodzi i mówi... szukam właściciela - próbował ją przedrzeźniać, ale słabo mu to wyszło - a on ma czas dla jakiś... dzieciaków - prychnął wywracając oczami. Ale nie przyznał się, że przed nim właśnie stała, przed szefem tego wątpliwej reputacji przybytku, we własnej osobie.
Chociaż Madox może wtedy jeszcze nie wyglądał, nie rzucał się tak w oczy, nie nosił koszul po kilka kafli i nie obwieszał się złotem. Zwykły chłopak.
Patrzył w jej ciemne oczy, i może walka na spojrzenia trwałaby w najlepsze, ale kiedy wskazała mu drzwi przez które tutaj weszła, to zerknął w tamtym kierunku. Bo drzwi w Emptiness powinny być zamknięte, jeszcze powinien stać przy nich ochroniarz, ale rzeczywiście ostatnio kilku mu poskładała choroba. Sam powinien tam stać. Ściągnął do siebie brwi patrząc groźnie na barmana, który pewnie słyszał już wcześniej plotkę, że szef jest nie w humorze.
Był.
- I co się gapisz... kurwa? Drzwi powinny być zamknięte, ile razy mam wam powtarzać?! - warknął, a chłopak zatrzymał się w półkroku, nawet może chciał coś powiedzieć, ale Noriega już znowu wycedził przez zęby - w y p i e r d a l a j - i co miał zrobić? Przemknął się obok nich i uciekł na salę. W duchu dziękując, że właściciel klubu złość wyładuje na niej.
Tylko zaraz się okazało, że ona się tak łatwo nie da.
I chociaż Madox zmrużył oczy, kiedy go od siebie odepchnęła, to na twarzy błąkał mu się jakiś delikatny uśmieszek.
- Jak facet jest interesujący, to go śledzisz? Jesteś jakąś psychopatką? - zaraz łapał ją za słówka, cały Madox, zaraz strzelał oczami w sufit - nie pochlebiaj sobie - znowu ją przedrzeźniał i prychnął - i tak nie jesteś ani odrobinę w moim typie - trochę była - ile ty masz lat? Piętnaście? - trochę przegiął, bo przyjechała tu motocyklem, ale wciąż wyglądała młodziutko. Zmierzył ją spojrzeniem i kiedy ona zaparła się dłonią o jego ramię trzymając go na dystans, to on jeszcze raz specjalnie na nią naparł, jakby chciał jej pokazać, że gdyby tylko chciał, to przecież doskoczyłby do niej znowu.
Ale nie chciał, oparł się o ścianę na przeciwko niej. Nie wyglądała, jakby przyszła się tutaj zabawić. Potańczyć. Jak małolata, która wkrada się do klubu, żeby wypić kilka drinków i poskakać na parkiecie. Czego tu szukała?
Madox przechylił na bok głowę.
- No dobrze, że nie chciałaś nic ukraść, bo obcinamy tutaj za to palce - rzucił poważnie, ale przecież się zgrywał... A może nie?
Ciężko było to wyczytać z jego ciemnych oczu, które znowu ją lustrowały - no tak... Ci z przodu mają wpuszczać tylko krótkie spódniczki - pokiwał głową, ale znowu kłamał. Chociaż... chłopaki na bramce je lubili.
A Madox... on miał trochę inny gust.
- To po co ci właściciel? - zapytał w końcu. A zaraz drzwi od zaplecza się otworzyły i głowę przez nie wystawiła jedna z barmanek.
- Madox rum! - krzyknęła, a Noriega przypomniał sobie po co tu właściwie był.
- Już... - mruknął i...
Znowu to robił, znowu przekraczał barierę jej przestrzeni osobistej i może następnym razem dostanie za to w twarz? Ale Madox lubił ryzyko.
Złapał brunetkę za ramię i pociągnął ją do magazynku, w którym przed chwilą sam wspinał się na skrzynkę, żeby dosięgnąć rumu. Pokazał jej najwyższą półkę.
- Dobra, skoro już tu przylazłaś, to mi pomóż, ja cię podsadzę, a ty sięgnij tamtą skrzynię - plan był prosty. Chociaż Madox mógł też użyć parasolki, ale... albo chciał sprawdzić czy dziewczyna się odważy, albo popatrzeć na jej tyłek. Splótł palce obu rąk ze sobą i pochylił się robiąc jej schodek, pod jej ciężki but - no co się tak patrzysz? Nie bałaś się tutaj włamać, a boisz się wysokości? - zaczepił ją.

panna niedotykalska

She needs wide open spaces. Room to make her big mistakes.

: czw lip 23, 2026 8:36 pm
autor: Rae Westlake
trigger warning
Przekleństwa
Wytrzymała jego spojrzenie, chociaż całym ciałem przylgnęła do ściany, jakby chciała przez nią przejść do pomieszczenia obok. Nawet czarne włosy uniosły się na ścianie, kiedy zsunęła się lekko po niej pod jego naporem. Oczy lekko się jej szkliły, ale spojrzenie dalej było twarde, a brwi groźnie zmarszczone. Wyglądała komicznie... Jak przerażony Bambi, schwytany w światła reflektorów, próbujący wziąć na małe różki nadjeżdżającego tira.
- Myślę... Że to jest sprawa między mną a właścicielem. - chwilę potem przewróciła oczami, kiedy wypomniał jej wiek.
Typowe...
- Daj mu spokój, przecież jakby drzwi się zatrzasnęły, to by nie wrócił. Duh! - rzuciła zaczepnie, odzyskując rezon, kiedy Madox zmienił obiekt swojego zainteresowania i wbił te świdrujące oczy w kogoś innego.
Przyjęła to z lekką ulgą, chociaż to nie tak, że te oczy jej się nie podobały. Przypominał tych chłopaków, którzy pracowali na ranczu. Takich, którzy widzieli naprawdę dużo, nie bali się pracy i potrafili zaryzykować, kiedy było trzeba. Lubiła to w facetach.
Gwizdnęła lekko, kiedy jej napastnik wycedził to ostre słowo. No ładnie, chyba był tutaj kimś ważnym, skoro mógł się tak zwracać do innych. Co prawda nie mógł, ale niektórzy faceci wyjątkowo chętnie nazywali chamstwo stanowczością. Tego z kolei w facetach nie lubiła. I rzadko wybaczała.
Znów wbiła plecy w ścianę, po raz kolejny stukając kaskiem i własną głową o ścianę, kiedy przyparł ją ponownie. Mimo usilnych starań zmarznięte ramię nie wytrzymało naporu i złamało się pod nim.
- Może... - tym razem hardość załamała się w zabawny sposób.
Rae nie była w stanie wymyślić nic bardziej sensownego w odpowiedzi.
- A co? Lubisz nieletnie? - zmrużyła oczy, a jej rysy stężały, kiedy rzucała mu wyzwanie spojrzeniem.
Dłonie, teraz już opuszczone wzdłuż ciała, zacisnęły się w pięści i oczami wyobraźni już widziała, jak kask ląduje na jego łbie. Przez ostatnie miesiące miała kilka nieprzyjemnych sytuacji, które musiały się skończyć właśnie w taki sposób. Tak często facetom wydawało się, że mogą sobie rościć prawa do terytoriów, które nawet nie były blisko zdobycia przez nich.
Dobrze, że odpuścił, bo była gotowa... Nie była. Ale w tej chwili bardzo chciała myśleć, że była.
No dobrze, że nie chciałaś nic ukraść, bo obcinamy tutaj za to palce.
Przewróciła oczami, nawet nie kryjąc tego, że za grosz mu nie uwierzyła. Słodka naiwności. Ale skąd mogła wiedzieć, jakim miejscem jest Emptiness. Dla niej była to tylko szansa, by jakoś przetrwać. Chociażby ten jeden dzień.
Spojrzała na niego znacząco, kiedy przyznał, że nie miała szans wejść przez główne drzwi. Uniosła jedną brew w wymownym: "A nie mówiłam?" i triumfalnie uśmiechnęła się kącikiem ust. Delikatnie, ale na tyle widocznie, że mogła go tym zirytować.
- Akurat dzisiaj nie mam spódniczki... - zauważyła z przekąsem, ale też spuściła z tonu, widząc, jak jej rozmówca przestał być napompowanym testosteronem pawianem i zaczął przypominać normalnego człowieka.
Zawahała się na chwilę nad odpowiedzią na kolejne pytanie, ale najwyraźniej uspokojona atmosfera i jej się udzieliła.
- Potrzebuję... - urwała i szybko się poprawiła, kątem oka lustrując, czy zauważył jej wpadkę. - Szukam pracy. Mam trochę doświadczenia jako kelnerka, śpiewam... Radzę sobie z nadętymi facetami.
Uniosła lekko brwi, podkreślając lekki przytyk, jednocześnie próbując zachować wygląd niewiniątka.
Madox, rum!
Zapamiętała imię, które w przyszłości mogłoby się przydać. Zaraz potem stężała, przypominając kota, przy którym ktoś poruszył się zbyt gwałtownie. Gotowa do ucieczki albo ataku, ale jeszcze niezdecydowana, co tak naprawdę zrobi.
- Au! - szarpnęła się, próbując się wyrwać, ale był od niej silniejszy.
Kask zatrzymał się między nimi. Nie uderzyła. Ale najwyraźniej zrozumiał, że następnym razem może nie zawahać się ani sekundy. Uścisk zelżał na tyle, by mogła się wyswobodzić.
- Wystarczyło poprosić... - odstawiła kask na jedną z półek, a potem spojrzała nieufnie na jego splecione dłonie.
Podniosła spojrzenie na jego oczy i uśmiechnęła się z mieszaniną rozbawienia i powątpiewania.
- Przecież to nawet nie jest wysoko... - a potem zwinnie, niczym koza, oparła nogę na jego rękach, dłonie na ramionach i jednym, sprawnym ruchem wspięła się po nim na regał.
Złapawszy się jedną ręką, sięgnęła po skrzynkę, ale zasięg ramion, spowodowany niewielkim wzrostem, był sporą przeszkodą. Wyciągnęła się więc, prostując drugą, długą jak na swój wzrost nogę. Równowagę utrzymywała z taką naturalnością, jakby robiła to od dziecka. Była zaskakująco lekka, a ruchy miała niezwykle płynne.
- Co za idiota robi tutaj za magazyniera? - zapytała, przez chwilę nerwowo balansując. - Weź mnie złap porządnie, bo spierdzielę Ci się z tą skrzynką na głowę.
I dokładnie wtedy, kiedy poczuła, że ciężar skrzynki zaczyna wygrywać z równowagą, zgrabnie wykorzystała jego siłę lądując najpierw tyłkiem na jego ramieniu, a chwilę potem nogami na ziemi. Brakowało tylko gwiazdy na koniec. Ale skrzynka dalej była dla niej za ciężka, więc odstawiła ją na jedną z półek, koło kasku.
- Prosz... - dziewczyna bez skrępowania wyciągnęła jedną z butelek, by przyjrzeć się etykiecie. - To nie ten rum, którego nie można transportować lotniczo, bo jest niebezpieczny?
Zapytała ciekawie, ale widząc spojrzenie Madoxa, szybko schowała butelkę do skrzynki i cofnęła się o krok, wsuwając lekko skostniałe dłonie w tylne kieszenie spodni.
- To co? Zaprowadzisz mnie do szefa?

El Rey del Ron