Strona 1 z 2

She needs wide open spaces. Room to make her big mistakes.

: śr lip 22, 2026 10:21 am
autor: Rae Westlake
Musiałaś się puszczać?

Te słowa smagnęły ją niczym biczem. Równie dobrze brat mógł wymierzyć jej policzek przez całą twarz. Uśmiechnęła się chłodno, przełykając dumę, która stanęła jej w gardle. W ciszy dokończyła oczyszczanie jego rany na policzku. Niewielkie skaleczenie. Cena za obronę jej dobrego imienia...

Matt już dawno zniknął... Przeniesiony nie wiadomo gdzie, z powodu jej emocjonalnego wybuchu. Tego samego, który teraz próbował zdusić jej serce. A to tłukło się nieregularnie w piersi, próbując się z tego uścisku wyrwać. Zbladła zamiast się zaczerwienić.

Tego samego wieczora spakowała się w dużą, okrągłą torbę. Wszystko, co miała. Trochę ubrań, biżuteria, gotówka. Długo zastanawiała się nad tym, czy wziąć kapelusz, ale ostatecznie uznała, że nie ma na niego miejsca. Zarzuciła więc torbę na ramię i już chciała rzucić kapelusz na łóżko, ale przypomniała sobie, że to przynosi pecha, więc odwiesiła go na wieszak i zdecydowanie za długo, jak na siebie, patrzyła na niego.

Kiedy silnik Indiana ryknął, budząc rodzinę, było już za późno. Zanim ktokolwiek wybiegł na ganek, czerwone światełko już znikało w ciemności dojazdowej drogi. Wiatr we włosach, kask na głowie. Chłód nocy...

Wolność smakowała bardziej gorzko, niż jej się wydawało, że mogłaby.

Kolejne miesiące były kalejdoskopem dziwnych wydarzeń. Na początku pracowała na kilku ranczach, ale plotka o tym, kim była, szybko się rozeszła i zatrudniać ją chcieli tylko ludzie, którzy mieli bardzo dobre serce albo bardzo złe. Więc zarabiała tak, jak potrafiła najlepiej. Śpiewając... Występy w barach nie przynosiły dużych pieniędzy, ale wraz z napiwkami za to, że pracowała jako kelnerka, dawały jej przynajmniej pieniądze na paliwo i nocleg w motelu. Ciepły prysznic... Ale bywały też noce, kiedy przytulała się w śpiworze do ciepłej jeszcze rury wydechowej motocykla.

Tygodnie mijały... Zima zbliżała się coraz bardziej, wyganiając ją bliżej miast. Powoli zaczynała rozumieć, że będzie musiała wrócić albo coś całkowicie zmienić... Będąc na granicy Nowego Jorku, nagle zawróciła. Nie miała odwagi, by tam szukać szczęścia, więc wróciła w miejsce, które wydawało się być bliżej domu. Bardziej znane... Toronto. Ale tutaj też dogoniła ją pomarańczowa kontrolka, krzycząca, że brakuje paliwa. Tym bardziej rozpaczliwa, że w kieszeni brakowało pieniędzy. Kiedy już nie dało się dalej udawać, że jeszcze kawałek dojedzie, zatrzymała się. Silnik sam zgasł. Ściągnęła kask z głowy i po raz pierwszy w życiu po prostu się poddała. Usiadła na krawężniku, wbijając spojrzenie w kałużę na ulicy. Woda odbijała światła neonów i nocnego życia Toronto. Gdyby sprzedała motocykl, miałaby kasę na kilka miesięcy...
Jej spojrzenie zatrzymało się na odwróconym napisie. Nazwa klubu. Emptiness

Dobra...

Podniosła się i dłonią otrzepała tyłek dżinsów. Przywołała na twarz wyraz determinacji i ruszyła pewnym krokiem do klubu. Na tyle pewnym, na ile dało się, trzęsąc się z powodu chłodu październikowego wiatru. Przy wejściu już była kolejka i ochroniarz, którego jedno spojrzenie powiedziało jej, że tędy nie wejdzie. Więc z uśmiechem pełnym determinacji ruszyła w boczny zaułek. Tutaj musi być tylne wejście...

Ciasno zapięta skórzana kurtka nie dawała jej ochrony, ale żar w duszy powoli rozgrzewał skostniałe palce. Zatrzymała się na chwilę, kiedy ktoś wyszedł z workami śmieci. Chwila nieuwagi, kiedy kolejne worki lądowały w kontenerze, wystarczyła, by Rae wskoczyła przez otwarte drzwi do klubu, przemykając się trochę jak złodziej, któremu przeszkadzał nieporęczny kask, stukający od czasu do czasu w ścianę. Już słyszała dźwięki z głównej sali, jedyną przeszkodą były otwarte drzwi do jednego z biur.

Madox A. Noriega

She needs wide open spaces. Room to make her big mistakes.

: śr lip 22, 2026 5:45 pm
autor: Madox A. Noriega
trigger warning
przekleństwa
056.
The club was loud.
Somehow, her voice was the only thing he heard.
Madox nienawidził jesieni. Wrzesień jeszcze mógł przeżyć, ale październik i ta wstrętna plucha. On był stworzony do wylegiwania się na słońcu, najlepiej na jakiejś plaży z drinkiem z palemką w ręce. A nie do łażenia po mokrych chodnikach Toronto.
Ale tutaj właśnie wylądował, daleko od swojego domu, w mieście, w którym postanowił otworzyć klub. I wtedy jeszcze przecież nie zadawał sobie pytania po co mu to wszystko.
Wtedy mierzył wysoko, najlepszy klub w mieście, a na czele on.
Szkoda tylko, że wtedy nie było go nawet stać na porządne buty, bo Emptiness pochłaniało wszystkie jego oszczędności, a resztę wysyłał do Kolumbii, gdzie spłacał dług matki złodziejki, która okradła jego rodzinę i uciekła z kraju.
Madox też uciekł.
Z nadzieją na lepszą przyszłość, ale póki co... było mocno chujowo.
A on w dziurawych trampkach, w porwanych jeansach i znoszonej zimowej kurtce przemierzał ulicę prowadzącą do jego klubu.
- Kurwa - przeklął siarczyście, kiedy wlazł w kałużę i nalało mu się do buta. I może wcale by się tym nie przejął, gdyby akurat nie przechodził koło jakiejś dziewczyny, która swój motocykl zaparkowała przy krawężniku.
Podniósł na nią ciemne spojrzenia, a ręką sięgnął do potylicy. Mama może go nie nauczyła, że nie przeklina się na ulicy... Właściwie nie nauczyła go niczego dobrego, ale Madox sam na to wpadł.
- Em... Sorry, fajny motocykl - pochwalił maszynę, i na jeden krótki moment złapał spojrzenie brunetki. A potem już ruszył do klubu wciskając ręce do kieszeni kurtki.
On wchodził od frontu, a ochroniarz przy wejściu od razu wpuścił go do środka, nawet zrobił mu przejście pomiędzy tłumem przesuwając ich na drugą stronę. Noriega się skrzywił, a goryl zaraz to wyłapał.
- Szef nie w humorze... - mruknął do drugiego karka, który też stał na bramce.
Madox od razu skierował się do baru, gdzie rzucił tylko, że będzie na górze, bo musiał zmienić buty, czuł jak woda chlupie mu w skarpecie. Ale barmanki zaraz zaczęły nadawać jedna przez drugą, że skończył im się rum.
Jak kurwa mógł skończyć się rum, skoro Emptiness słynęło z najlepszego... no właśnie rumu, w mieście? Zamiast na górę, do swojego gabinetu, którego wielkie okna osłonięte lustrem weneckim, wychodziły na parkiet, to ruszył na zaplecze. Na wieszaku przy drzwiach rzucił tylko kurtkę, a potem w koszulce z jakimś zespołem, bo nie było go wtedy jeszcze stać na jego drogie, kolorowe koszule, ruszył do magazynu. Rzeczywiście na podłodze stała skrzynka po medellińskim rumie. Pusta.
Ale Madox zaraz na nią wlazł, żeby sięgnąć na górę, bo tam powinna być jeszcze jedna na samej górze regału. Wyciągnął się do niej, ale i tak nie mógł dostać, no tak... Nic dziwnego, że te barmanki też jej nie ściągnęły. Musiał sobie czymś ją przyciągnąć...
Na podłodze przy drzwiach zauważył parasolkę i jak w pierwszej chwili chciał po nią skoczyć, to przed drzwiami dostrzegł przemykającą postać.
- Ej! Możesz mi pomóc? - zawołał, ale nawet nie wiedział kto to. Jednak skoro był w jego klubie, na zapleczu, to ktoś z obsługi, tak założył - tak ty... - dodał kiedy postać się zatrzymała - podaj mi tylko... - zaczął lawirując na tej skrzynce, żeby nie wyrżnąć z niej na zęby. A kiedy dziewczyna zajrzała do środka, przez te otwarte drzwi, to Madox...
Najpierw zawiesił na niej ciemne spojrzenie, a potem skoczył. Tuż przed nią, jak dziki kot.
- Kim jesteś? - zajrzał w jej duże oczy, a zaraz zrobił krok do przodu, tak, że musiała się cofnąć. Madox nie rozumiał pojęcia przestrzeni osobistej, oj nie rozumiał - co tutaj robisz? Nie znam cię - a wszystkich znał, każda jedna osoba tutaj pracująca musiała być zaakceptowana przez szefa - jak tu weszłaś? - przesunął ciemnym spojrzeniem po jej sylwetce, zatrzymując je na kasku, który ściskała w dłoniach. Widział ją na chodniku - śledzisz mnie? - i kolejny krok w jej kierunku, tak, że jej plecy zderzyły się z zimną ścianą na wąskim korytarzu.

Rae Westlake

She needs wide open spaces. Room to make her big mistakes.

: czw lip 23, 2026 10:23 am
autor: Rae Westlake
Skala problemów potrafi się bardzo przesunąć, kiedy zastanawiasz się nad tym, czy stać Cię dzisiaj na kolację, czy lepiej spróbować coś wygrzebać z lodówki albo zadowolić się orzeszkami zostawionymi jako poczęstunek w motelu.
Jak widać, Rae nie była wybitnym włamywaczem. Wśliźnięcie się przez otwarte drzwi było super łatwe, chociaż nie pomyślała o tym, że przecież gość z workami zaraz będzie wracał. Nie pomyślała też, że ktoś, kto grzebie na zapleczu, może ją jednak zauważyć. Szczególnie kiedy zrobi się hałas kolejnym stuknięciem kasku o ścianę.
- Ja? - zapytała, zaskoczona, ale przecież klub był duży, więc mogą się wszyscy nie znać...
Wsunęła się do pomieszczenia, czując, jak bardzo jest nie na miejscu, i już sięgała po parasolkę, kiedy mężczyzna znalazł się tuż koło niej. Cofała się pod jego naporem, aż jej plecy i głowa boleśnie zderzyły się ze ścianą. Drżała... Bardziej z zimna i zdenerwowania niż ze strachu. Zresztą harde spojrzenie i zmarszczone brwi wyraźnie mówiły, że jest gotowa na walkę.
- Szukam właściciela! - odpowiedziała równie ostro, jak jego ton, i przez chwilę ich spojrzenia uprawiały śmiertelną szermierkę. - Przez tamte drzwi...
Wskazała ruchem głowy korytarz, w którym właśnie pojawił się barback, który wcześniej wywalał worki ze śmieciami. Chłopak, zaskoczony widokiem, zamarł na chwilę, aż w końcu duże drzwi ewakuacyjne domknęły się za nim, uderzając go w plecy.
- Były otwarte, jak wywalał śmieci... - rozbrajająca szczerość człowieka, który jeszcze nie nauczył się tego, że kłamstwa mogą zaprowadzić znacznie dalej.
Parsknęła, kiedy zapytał o to, czy go śledzi.
- Nie pochlebiaj sobie! Niby w czym miałbyś być interesujący? - zapytała, po czym, zebrawszy w sobie już na tyle odwagi, by zrobić cokolwiek poza przepychankami słownymi, odepchnęła go, wyprostowaną ręką budując dystans, którego potrzebowała, żeby jej przestrzeń osobista nie była naruszana.
Zmierzyła go spojrzeniem, oceniając, w jak wielkiej dupie się znalazła. Od razu wypatrzyła dłonie, które znają ciężką pracę. Widziała takich dziesiątki na ranczu. Buty, które były za cienkie na tę porę roku. I mokre...
Sama nie wyglądała lepiej. Okutana motocyklową kurtką, która była za cienka na jesień w Kanadzie. Prawie bez makijażu, ale oczy już miała lekko rozmazane. Pewnie w nim spała. Włosy spod kasku, które zdecydowanie mogłaby już umyć. I to drżenie, nad którym nie panowała, chociaż bardzo chciała. Obcisłe, dziurawe dżinsy i buty. Zaskakująco dobre, ciężkie. Jakby wiedziała, że dobre buty to podstawa.
- Nie chciałam nic ukraść... Po prostu goryle z przodu by mnie nie wpuścili.
Wiedziała o tym, chociaż nawet nie spróbowała z nimi zagadać. A może gdyby skorzystała ze swojego uroku i urody... Tamta droga byłaby łatwiejsza. Dla kogoś, kto potrafił to robić...

Pan Wszystko Ogarniam

She needs wide open spaces. Room to make her big mistakes.

: czw lip 23, 2026 5:38 pm
autor: Madox A. Noriega
trigger warning
przekleństwa
Akurat Madox znał wszystkich, Emptiness to nie był zwykły klub, on obstawiał się zaufanymi ludźmi, bo przecież musiał. To tutaj półświatek i policja bawili się na równi. Tędy płynęły wszelkie informacje i tu każdy z jego klientów czuł się bezpiecznie.
Psy. Ale i ich ofiary, które tutaj pozostawały bezkarne, a po środku tego wszystkiego Madox - w dziurawych trampkach.
- A kto ja? - rzucił i już stał przy niej. Już ciemne spojrzenie lustrowało jej obcą twarz, ale podobało mu się to, że nie spuściła głowy.
Że mimo, iż nie była u siebie, zakradła się tutaj, to patrzyła mu prosto w oczy. A Madox... on miał jakąś dziwną słabość do takich zadzior. Może dlatego, że sam taki był? Krnąbrny, nieposłuszny, hardy.
- A jesteś z nim umówiona? Myślisz, że tutaj się tak wchodzi i mówi... szukam właściciela - próbował ją przedrzeźniać, ale słabo mu to wyszło - a on ma czas dla jakiś... dzieciaków - prychnął wywracając oczami. Ale nie przyznał się, że przed nim właśnie stała, przed szefem tego wątpliwej reputacji przybytku, we własnej osobie.
Chociaż Madox może wtedy jeszcze nie wyglądał, nie rzucał się tak w oczy, nie nosił koszul po kilka kafli i nie obwieszał się złotem. Zwykły chłopak.
Patrzył w jej ciemne oczy, i może walka na spojrzenia trwałaby w najlepsze, ale kiedy wskazała mu drzwi przez które tutaj weszła, to zerknął w tamtym kierunku. Bo drzwi w Emptiness powinny być zamknięte, jeszcze powinien stać przy nich ochroniarz, ale rzeczywiście ostatnio kilku mu poskładała choroba. Sam powinien tam stać. Ściągnął do siebie brwi patrząc groźnie na barmana, który pewnie słyszał już wcześniej plotkę, że szef jest nie w humorze.
Był.
- I co się gapisz... kurwa? Drzwi powinny być zamknięte, ile razy mam wam powtarzać?! - warknął, a chłopak zatrzymał się w półkroku, nawet może chciał coś powiedzieć, ale Noriega już znowu wycedził przez zęby - w y p i e r d a l a j - i co miał zrobić? Przemknął się obok nich i uciekł na salę. W duchu dziękując, że właściciel klubu złość wyładuje na niej.
Tylko zaraz się okazało, że ona się tak łatwo nie da.
I chociaż Madox zmrużył oczy, kiedy go od siebie odepchnęła, to na twarzy błąkał mu się jakiś delikatny uśmieszek.
- Jak facet jest interesujący, to go śledzisz? Jesteś jakąś psychopatką? - zaraz łapał ją za słówka, cały Madox, zaraz strzelał oczami w sufit - nie pochlebiaj sobie - znowu ją przedrzeźniał i prychnął - i tak nie jesteś ani odrobinę w moim typie - trochę była - ile ty masz lat? Piętnaście? - trochę przegiął, bo przyjechała tu motocyklem, ale wciąż wyglądała młodziutko. Zmierzył ją spojrzeniem i kiedy ona zaparła się dłonią o jego ramię trzymając go na dystans, to on jeszcze raz specjalnie na nią naparł, jakby chciał jej pokazać, że gdyby tylko chciał, to przecież doskoczyłby do niej znowu.
Ale nie chciał, oparł się o ścianę na przeciwko niej. Nie wyglądała, jakby przyszła się tutaj zabawić. Potańczyć. Jak małolata, która wkrada się do klubu, żeby wypić kilka drinków i poskakać na parkiecie. Czego tu szukała?
Madox przechylił na bok głowę.
- No dobrze, że nie chciałaś nic ukraść, bo obcinamy tutaj za to palce - rzucił poważnie, ale przecież się zgrywał... A może nie?
Ciężko było to wyczytać z jego ciemnych oczu, które znowu ją lustrowały - no tak... Ci z przodu mają wpuszczać tylko krótkie spódniczki - pokiwał głową, ale znowu kłamał. Chociaż... chłopaki na bramce je lubili.
A Madox... on miał trochę inny gust.
- To po co ci właściciel? - zapytał w końcu. A zaraz drzwi od zaplecza się otworzyły i głowę przez nie wystawiła jedna z barmanek.
- Madox rum! - krzyknęła, a Noriega przypomniał sobie po co tu właściwie był.
- Już... - mruknął i...
Znowu to robił, znowu przekraczał barierę jej przestrzeni osobistej i może następnym razem dostanie za to w twarz? Ale Madox lubił ryzyko.
Złapał brunetkę za ramię i pociągnął ją do magazynku, w którym przed chwilą sam wspinał się na skrzynkę, żeby dosięgnąć rumu. Pokazał jej najwyższą półkę.
- Dobra, skoro już tu przylazłaś, to mi pomóż, ja cię podsadzę, a ty sięgnij tamtą skrzynię - plan był prosty. Chociaż Madox mógł też użyć parasolki, ale... albo chciał sprawdzić czy dziewczyna się odważy, albo popatrzeć na jej tyłek. Splótł palce obu rąk ze sobą i pochylił się robiąc jej schodek, pod jej ciężki but - no co się tak patrzysz? Nie bałaś się tutaj włamać, a boisz się wysokości? - zaczepił ją.

panna niedotykalska

She needs wide open spaces. Room to make her big mistakes.

: czw lip 23, 2026 8:36 pm
autor: Rae Westlake
trigger warning
Przekleństwa
Wytrzymała jego spojrzenie, chociaż całym ciałem przylgnęła do ściany, jakby chciała przez nią przejść do pomieszczenia obok. Nawet czarne włosy uniosły się na ścianie, kiedy zsunęła się lekko po niej pod jego naporem. Oczy lekko się jej szkliły, ale spojrzenie dalej było twarde, a brwi groźnie zmarszczone. Wyglądała komicznie... Jak przerażony Bambi, schwytany w światła reflektorów, próbujący wziąć na małe różki nadjeżdżającego tira.
- Myślę... Że to jest sprawa między mną a właścicielem. - chwilę potem przewróciła oczami, kiedy wypomniał jej wiek.
Typowe...
- Daj mu spokój, przecież jakby drzwi się zatrzasnęły, to by nie wrócił. Duh! - rzuciła zaczepnie, odzyskując rezon, kiedy Madox zmienił obiekt swojego zainteresowania i wbił te świdrujące oczy w kogoś innego.
Przyjęła to z lekką ulgą, chociaż to nie tak, że te oczy jej się nie podobały. Przypominał tych chłopaków, którzy pracowali na ranczu. Takich, którzy widzieli naprawdę dużo, nie bali się pracy i potrafili zaryzykować, kiedy było trzeba. Lubiła to w facetach.
Gwizdnęła lekko, kiedy jej napastnik wycedził to ostre słowo. No ładnie, chyba był tutaj kimś ważnym, skoro mógł się tak zwracać do innych. Co prawda nie mógł, ale niektórzy faceci wyjątkowo chętnie nazywali chamstwo stanowczością. Tego z kolei w facetach nie lubiła. I rzadko wybaczała.
Znów wbiła plecy w ścianę, po raz kolejny stukając kaskiem i własną głową o ścianę, kiedy przyparł ją ponownie. Mimo usilnych starań zmarznięte ramię nie wytrzymało naporu i złamało się pod nim.
- Może... - tym razem hardość załamała się w zabawny sposób.
Rae nie była w stanie wymyślić nic bardziej sensownego w odpowiedzi.
- A co? Lubisz nieletnie? - zmrużyła oczy, a jej rysy stężały, kiedy rzucała mu wyzwanie spojrzeniem.
Dłonie, teraz już opuszczone wzdłuż ciała, zacisnęły się w pięści i oczami wyobraźni już widziała, jak kask ląduje na jego łbie. Przez ostatnie miesiące miała kilka nieprzyjemnych sytuacji, które musiały się skończyć właśnie w taki sposób. Tak często facetom wydawało się, że mogą sobie rościć prawa do terytoriów, które nawet nie były blisko zdobycia przez nich.
Dobrze, że odpuścił, bo była gotowa... Nie była. Ale w tej chwili bardzo chciała myśleć, że była.
No dobrze, że nie chciałaś nic ukraść, bo obcinamy tutaj za to palce.
Przewróciła oczami, nawet nie kryjąc tego, że za grosz mu nie uwierzyła. Słodka naiwności. Ale skąd mogła wiedzieć, jakim miejscem jest Emptiness. Dla niej była to tylko szansa, by jakoś przetrwać. Chociażby ten jeden dzień.
Spojrzała na niego znacząco, kiedy przyznał, że nie miała szans wejść przez główne drzwi. Uniosła jedną brew w wymownym: "A nie mówiłam?" i triumfalnie uśmiechnęła się kącikiem ust. Delikatnie, ale na tyle widocznie, że mogła go tym zirytować.
- Akurat dzisiaj nie mam spódniczki... - zauważyła z przekąsem, ale też spuściła z tonu, widząc, jak jej rozmówca przestał być napompowanym testosteronem pawianem i zaczął przypominać normalnego człowieka.
Zawahała się na chwilę nad odpowiedzią na kolejne pytanie, ale najwyraźniej uspokojona atmosfera i jej się udzieliła.
- Potrzebuję... - urwała i szybko się poprawiła, kątem oka lustrując, czy zauważył jej wpadkę. - Szukam pracy. Mam trochę doświadczenia jako kelnerka, śpiewam... Radzę sobie z nadętymi facetami.
Uniosła lekko brwi, podkreślając lekki przytyk, jednocześnie próbując zachować wygląd niewiniątka.
Madox, rum!
Zapamiętała imię, które w przyszłości mogłoby się przydać. Zaraz potem stężała, przypominając kota, przy którym ktoś poruszył się zbyt gwałtownie. Gotowa do ucieczki albo ataku, ale jeszcze niezdecydowana, co tak naprawdę zrobi.
- Au! - szarpnęła się, próbując się wyrwać, ale był od niej silniejszy.
Kask zatrzymał się między nimi. Nie uderzyła. Ale najwyraźniej zrozumiał, że następnym razem może nie zawahać się ani sekundy. Uścisk zelżał na tyle, by mogła się wyswobodzić.
- Wystarczyło poprosić... - odstawiła kask na jedną z półek, a potem spojrzała nieufnie na jego splecione dłonie.
Podniosła spojrzenie na jego oczy i uśmiechnęła się z mieszaniną rozbawienia i powątpiewania.
- Przecież to nawet nie jest wysoko... - a potem zwinnie, niczym koza, oparła nogę na jego rękach, dłonie na ramionach i jednym, sprawnym ruchem wspięła się po nim na regał.
Złapawszy się jedną ręką, sięgnęła po skrzynkę, ale zasięg ramion, spowodowany niewielkim wzrostem, był sporą przeszkodą. Wyciągnęła się więc, prostując drugą, długą jak na swój wzrost nogę. Równowagę utrzymywała z taką naturalnością, jakby robiła to od dziecka. Była zaskakująco lekka, a ruchy miała niezwykle płynne.
- Co za idiota robi tutaj za magazyniera? - zapytała, przez chwilę nerwowo balansując. - Weź mnie złap porządnie, bo spierdzielę Ci się z tą skrzynką na głowę.
I dokładnie wtedy, kiedy poczuła, że ciężar skrzynki zaczyna wygrywać z równowagą, zgrabnie wykorzystała jego siłę lądując najpierw tyłkiem na jego ramieniu, a chwilę potem nogami na ziemi. Brakowało tylko gwiazdy na koniec. Ale skrzynka dalej była dla niej za ciężka, więc odstawiła ją na jedną z półek, koło kasku.
- Prosz... - dziewczyna bez skrępowania wyciągnęła jedną z butelek, by przyjrzeć się etykiecie. - To nie ten rum, którego nie można transportować lotniczo, bo jest niebezpieczny?
Zapytała ciekawie, ale widząc spojrzenie Madoxa, szybko schowała butelkę do skrzynki i cofnęła się o krok, wsuwając lekko skostniałe dłonie w tylne kieszenie spodni.
- To co? Zaprowadzisz mnie do szefa?

El Rey del Ron

She needs wide open spaces. Room to make her big mistakes.

: pt lip 24, 2026 3:51 pm
autor: Madox A. Noriega
trigger warning
przekleństwa
To Madox musiał wyglądać jak ten tir. Ale na pewno nie jak właściciel, skoro brunetka zaraz mówiła o tym, że ma z nim jakieś sprawy...
Ciekawe jakie?
Noriega aż przechylił na bok głowę, może gdzieś się już poznali? Ale nie, zapamiętałby ją. Te ciemne, duże oczy, którymi przewracała, a on zaraz zrobił to samo, strzelił swoimi w sufit z ciężkim westchnieniem.
- To szedłby naokoło, po coś są tutaj takie, a nie inne zasady, żeby żadna... Mała... Szara myszka się tutaj nie prześlizgnęła - o niej mówił? Taka z niej mała, szara myszka?
No chyba nie do końca, bo się stawiała, a potem go bała, a potem znowu wychodziło z niej krnąbrne dziewczę. Cały rollercoaster różnych emocji. I fajnie, bo to jest akurat to, co tygryski lubią najbardziej. A zwłaszcza taki tygrysek Madox. Lubił kiedy się działo. I lubił budzić w ludziach różne uczucia, czasem sprzeczne.
Jego brew momentalnie skoczyła do góry na to jej może, kto tutaj kogo chciał nastraszyć? On ją tym swoim uporem i niewyparzonym językiem... Czy ona go psychopatycznymi zapędami? Parsknął śmiechem, który odbił się od ścian korytarza.
- Fajnie, lubię psychopatki - rzucił zaraz, a na jej kolejne słowa pochylił się do niej do przodu - i małolatki też - wyczytała z jego spojrzenia, że się zgrywał?
Pewnie nie, bo może nawet było w tym ziarnko prawdy, że lubił wariatki, bo nieletnie... Z tym już był większy problem, a on wbrew pozorom nie lubił ściągać na siebie kłopotów.
Ale robił to cały czas.
Opadła plecami na ścianę nie spuszczając z niej ciemnego spojrzenia.
- Niewygodnie by ci się w niej dosiadało... motocykl - specjalnie zrobił pauzę przed tym ostatnim słowem, bo Madox taki był, lubił słowne gierki. W ogóle lubił gierki. I zaczepki. Był wstrętny. Aż dziwne, że jednak nie walnęła go tym kaskiem.
A jednak kiedy zaczęła od tego potrzebuję, które wychwycił od razu. Bo przecież to jego potrzebowała tak? Szefa. A jednak pracy...
Ile on tu miał wcześniej takich dziewczyn jak ona? Emptiness nieźle płaciło, bo to nie był zwykły klub, podpisywało się umowę poufności, ale pensja była dobra. Bo Madox zamiast sobie kupić porządne buty, to wolał oddać kasę na pracowników, albo na nowe lampy nad barem. Inwestował w klub, ale marzył o tym, że kiedyś Emptiness będzie jednym z najlepszych klubów w Toronto (siedem lat później było).
- O to ostatnie akurat mogłoby go przekonać... No i szef też lubi pyskate, małolatki, ale najbardziej to jak chodzą w krótkich spódniczkach - powiedział tak jakby dawał jej jakąś ważną radę, jak urobić właściciela, żeby ją zatrudnił. Miał poważną minę, ale w tych jego ciemnych oczach już paliły się jakieś zaczepne iskierki. Jakieś psotne ogniki.
Pociągnął ją na zaplecze nawet się nie przejmując tym jej au, a zaraz kręcił głową.
- Ja nigdy nie proszę, zawsze biorę co chcę - rzucił bezczelnie, ale wcale nie kłamał. A ile razy za to naprawdę oberwał, nie tylko kaskiem, ale z pięści, z otwartej dłoni w twarz... to wiedział tylko on sam. Zaraz wyjawił jej swój plan i spojrzał na nią z dołu, kiedy czekał, aż to zrobi.
- Czyli lęku wysokości brak? Dobrze wiedzieć, bo mamy też loże na górze, jakby szef rzeczywiście cię zatrudnił - Madox zaparł się na nogach, i podniósł ją zdecydowanie wyżej niż skrzynka, z której on próbował tej półki sięgnąć. Była lekka, a on przecież był stałym bywalcem siłowni, a przy tym jeszcze kilka razy w tygodniu obijali się z chłopakami w klubie bokserskim. Miał trochę siły w łapach.
Kiedy tak się wyciągała do góry, to oczywiście, że jego wzrok prześlizgnął się po jej długich nogach, na tyłek, to było silniejsze od niego. Ale zaraz zadzierał do góry głowę, żeby na nią spojrzeć.
- Ja... a co chcesz dołączyć do zespołu magazynierów? - teraz to się z nią droczył, bo to nie on wrzucił tam tą skrzynkę. Ale prawda jest taka, że czasem przyjmował dostawy, Madox robił tu wszystko, bo nie bał się żadnej roboty. Poprawił się, kiedy kazała mu złapać się porządnie - uważaj - mruknął tylko, bo nie chciał mieć tej skrzynki na głowie. Ale zaraz za to miał jej tyłek gdzieś koło policzka, a potem już hyc i stała na ziemi. Noriega aż zagwizdał - akrobatka. A może chcesz tu tańczyć? Na pewno jest jeden wakat dla tancerek - i znowu te zaczepki. Ale zaraz wytarł sobie ręce w jeansy i już chciał złapać za skrzynkę, kiedy brunetka wyjęła z niej jedną butelkę - może. Szef go ściąga z Kolumbii, Ron Medellín, bo stamtąd pochodzi - no tak, niedawno nawet wytatuował sobie to na brzuchu, napis Medellin. Ale brunetka pewnie nie zobaczy tej jego dziarki… Chociaż. Nigdy nie wiadomo.
Złapał za skrzynkę dźwigając ją na klatę, a na pytanie dziewczyny machnął na nią głowa.
- Chodź - ruszył pierwszy korytarzem - tylko wiesz, szef to taki gbur. Nie patrz mu w oczy i najlepiej nie pyskuj, bardzo tego nie lubi... - nawijał jej, ale dobrze, że szedł przodem, bo chciało mu się śmiać, kiedy tak mówił... o sobie przecież. Poczekał aż otworzy mu drzwi od zaplecza - zaczekaj, pójdę z tobą, wiesz... dla wsparcia - puścił jej oczko. A zaraz odstawiał za barem skrzynkę z rumem.
- Maddie trzeba zamówić rum, bo to już ostatnia skrzynka, zapasowa, dopilnuj tego - zagadał do blondynki przy barze, swojej menadżerki - a ja z nią idę do szefa - znowu wskazał głową na brunetkę, a Maddie spojrzała na niego dziwnie. Jak na wariata, ale wzruszyła tylko ramionami, bo przecież go znała. Te jego pomysły.
Wskazał brunetce schody na górę, na których przepuścił ją przodem, wcale nie po to, żeby pogapić się jej na tyłek... Pewnie po to, ale zamiast tego, to spojrzał na dół, na parkiet. No proszę czyli nawet Madox czasem potrafił się zachować.
Czasem.
Bo zaraz otworzył przed nią drzwi swojego gabinetu, gdzie jeszcze nie miał biurka robionego na specjalne zamówienie z Lapacho, tylko jakieś zwykłe i wpuścił ją do środka. Zamknął za sobą wrota i pokazał jej krzesło. Sam usiadł na takim kręconym, ale też nie tak fajnym, jak to którego dorobił się później.
- No to co? Jak mnie przekonasz, żebym cię zatrudnił? - zdekonspirował się w końcu.

Cómo me convencerá para contratarle?

She needs wide open spaces. Room to make her big mistakes.

: sob lip 25, 2026 11:01 am
autor: Rae Westlake
trigger warning
przekleństwa
Czy to możliwe, że słowa o szarej myszce ją zabolały? Zmarszczyła lekko brwi, a z jej twarzy totalnie zniknął ten hardy wyraz zacięcia i chęci walki. Kolejne słowa Madoxa po prostu ją speszyły, więc umilkła, nie mogąc znaleźć żadnej sensownej odpowiedzi. Przyjęła swoją porażkę, próbując zachować resztki dumy, przyjmując chłodną maskę na twarz, ale komentarz o motocyklu i krótkiej spódniczce wykrzywił jej wargi w wyrazie niesmaku.
Tego będzie od niej oczekiwał właściciel klubu? Żeby paradowała w krótkich spódniczkach... Przed nim? Czemu zawsze faceci chcą transakcji wiązanych?
- Zauważyłam, że próbujesz... - mruknęła, kiedy sprostował ją co do brania tego, na co miał ochotę.
Znała ten typ. Wydawało mu się, że świat należy do niego tylko dlatego, że nosił na pasku klamrę zdobytą na rodeo. Czymkolwiek nie były ta klamra i to rodeo. Typ króla świata, który tak naprawdę był tylko błaznem. Takich ustawiała jednym tekstem albo dobrze wymierzonym ciosem pięścią. Więc czemu teraz czuła, że przegrywa?
Loże na górze nagle urosły w jej głowie do miejsca tajnych spotkań, w których płaci się także za uwagę dziewczyn, a koks wciąga bezpośrednio ze stołu albo jakiejś srebrnej tacy. Mała, naprawdę chcesz pracować w takim miejscu? Chociaż przez chwilę... Jesteś w stanie wszystko wytrzymać.
Uniosła jedną z brwi w geście powątpiewania.
- Nie... Po prostu wydaje mi się, że alkohol akurat często u Was znika z zaplecza, więc bez sensu jest stawiać go tak wysoko. - odpowiedziała szczerze. - No chyba, że lubisz dźwigać dziewczyny... Albo zainwestujecie w stabilną drabinę.
Noskiem ciężkiego buta trąciła starą skrzynkę, która nawet dla niego była niewystarczającym podwyższeniem, żeby zadbać o zapasy.
Zaraz jednak w jej oczach znowu błysnął ogień, kiedy zasugerował to, że mogłaby zostać tancerką.
- Nie tańczę... - rzuciła ostrzej, niż powinna, więc zaraz trochę uspokoiła ton. - A przynajmniej nie po to, żeby zaślinieni faceci na mnie patrzyli.
Pokiwała głową, słuchając o rumie i zapisując w głowie kolejne informacje. Rum wydawał się być tutaj bardzo ważny. Szczególnie to, że płynął z tego ważnego dla szefa miejsca. Sama nawet nie wiedziała, gdzie ta Kolumbia jest, a co dopiero ta "Madlenne", o której wspominał Madox.
Szef nie lubi pyskowania? No przecież nie zamieni się teraz w pokorną, szarą myszkę. Przewróciła oczami, tym razem starając się to jednak ukryć przed swoim przewodnikiem. Uspokojona trochę tym, że nie musi już walczyć, ruszyła za nim, ale przypomniała sobie o kasku, więc cofnęła się szybko i wróciła truchtem na główną salę, gdzie prowadził ją dalej. Wsunęła ramię pomiędzy szczękę i skorupę kasku, żeby móc trochę rozetrzeć ręce. Dopiero teraz zaczynała czuć, jak bardzo zgrabiały. Ciepło klubu i rozgrzanych w tańcu ciał powoli zaczynało do niej docierać, więc rozpięła kurtkę, odsłaniając koszulkę z wdzięcznym napisem: "The Future Is Woman".
Dostrzegła spojrzenie barmanki, ale uznała, że było bardziej komentarzem do niej samej niż do Madoxa. W końcu nawet ona czuła, jak bardzo tutaj nie pasuje. Dziewczyny w obcisłych kieckach wirowały na parkiecie w rytmie latynoskich dźwięków, które w innej sytuacji pewnie i ją porwałyby do potupania nogą. Wydekoltowane barmanki strzelały uśmiechami do podchmielonych facetów, z których część na pewno była już zrobiona czymś mocniejszym. W powietrzu pachniało seksem... W ten sposób, którego nie lubiła.
- Obejdzie się... Po prostu pokaż... - ale zrezygnowała, wiedząc, że ten facet nie odpuszcza.
No tak. Musiał decydować. O wszystkim.
To jak teraz wyjaśnisz to, że wcale nie jesteś umówiona, co? Z zamyślenia wyrwał ją dopiero trzask drzwi za nią. Odprowadziła powoli wzrokiem mężczyznę, który siadał w fotelu za biurkiem, czując, jak robi jej się słabo. Ręce zatrzęsły się, kiedy usłyszała szept: "Spierdoliłaś jedyną szansę. Naprawdę nie zasługujesz na nic lepszego..."
Przełknęła ślinę i oblizała wargi, próbując zdobyć chociaż kilka sekund na to, by opanować zdenerwowanie. Światła żarówek w okolicy wyostrzyły się i przez chwilę wydawało jej się, że jest we śnie i za moment obudzi się w swoim łóżku, w pokoju na Ranczu Westlake. Zbiegnie na śniadanie, które pochłonie w locie mimo strofowania mamy, i poleci do stajni, żeby wskoczyć na konia i na cały dzień zniknąć... Bo trzeba sprawdzić ogrodzenia i czy jakaś sztuka się nie zawieruszyła.
Nawet nie wiedziała, kiedy usiadła na krześle. Zbyt ciężko, jak na nią. Jakby zabrakło jej sił.
- Ech... Nie mogłeś powiedzieć od razu? Nie robiłabym tak długo scen... - powiedziała, czując, jak serce powoli wyrównuje rytm. - Wydaje mi się, że już i tak podjąłeś decyzję... Tylko lubisz czuć władzę.
Przeniosła powoli spojrzenie na drzwi wyjściowe.
Albo oczekujesz ode mnie "dodatkowego zaangażowania". Wyjdź... Nic się nie stało, gdzieś tutaj na pewno jest coś, co będziesz mogła robić. A jednak siedziała, zamrożona, w tym krześle, czekając na tę "propozycję", która pewnie zaraz padnie z jego ust.
Wróciła spojrzeniem na biurko i zatrzymała je na butelce, już pustej, ale dalej stojącej na nim. Rum z Medellin. Trochę jak trofeum... Pamiątka.
- Wychowałam się na ranczu... - ruchem głowy wskazała butelkę. - Wiem, co to znaczy szanować swoje korzenie. Wiem... co to znaczy tęsknić.
Było coś w oczach właściciela lokalu, co rozumiała. I teraz wcale nie widziała w nim tego, co tak często spotykała wcześniej. Spojrzenia, które mówiło, że jest jego własnością. Zobaczyła za to... ciekawość? A może błysk zrozumienia. Ona też wiedziała, co znaczy czuć się nie na miejscu.
- Rozumiem, czemu ten konkretny rum jest tutaj tak ważny.
Z tego samego powodu nie sprzedała motocykla. Chociaż byłoby o tyle lżej!
Dlatego wbiła spojrzenie w swojego rozmówcę, bez tej hardości, bez maski dziewczyny, która wszystko ogarnia i radzi sobie znakomicie. Przez moment naprzeciwko siebie siedziały dwie osoby, które wiedziały, co to znaczy, gdy jest naprawdę ciężko.

El Señor Ron

She needs wide open spaces. Room to make her big mistakes.

: sob lip 25, 2026 8:18 pm
autor: Madox A. Noriega
trigger warning
przekleństwa
To nie tak, że Madox wymagał od swoich pracownic tych krótkich spódniczek i głębokich dekoltów, może jedynie tancerki musiały wyglądać wyzywająco, ale barmanki, czy kelnerki... One same decydowały o tym, co nie siebie przywdziewały, a że głębszy dekolt równał się lepszym napiwkom, to wiadomo co wybierały.
A na zapleczu stała i kurzyła się paczka z klubowymi koszulkami, które im zamawiał... I potem tylko on je nosił, kiedy plamił swoje. Czasem krwią, a czasem po prostu alkoholem, bo za barem też stawał.
Kiedy brunetka dała mu do zrozumienia, że zna ten typ króla świata, na którego przecież kreował się Noriega to tylko złapał na moment jej spojrzenie.
I dobrze. Przecież o to zawsze mu chodziło, Madox tu rządził i wszyscy mieli o tym wiedzieć, nieważne czy byli tu na chwilę, nowi, czy stałymi bywalcami.
- Mamy drabinę, ale to fakt lubię dźwigać dziewczyny - też rzucił szczerze, a może znowu grał? Może cały czas jej tutaj prezentował swoją rolę dupka i niepoprawnego kobieciarza?
Z nim to nigdy nie wiadomo. W końcu w Medellin skończył aktorstwo, gdyby nie uciekł z Kolumbii może grałby jakiś łamaczy serc w latynoskich telenowelach?
Zerknął na skrzynkę, którą trąciła butem, gdzieś mieli drabinę, ale Madox był typem, który uwielbiał... improwizować, dlatego wolał wspinać się po skrzynkach, albo dźwigać jakieś panienki. Chociaż nie była ciężka, a on też przy okazji mógł stwierdzić, że nie była dzika, całkiem gibka i miała dobrą koordynację.
Zaraz proponował jej wakat tancerki.
A kiedy tak się uniosła jeden kącik jego ust drgnął ku górze. Zauważyła, czy nie?
Podobało mu się to, że stawiała granice. Nie tańczę, przynajmniej nie po to, żeby kusić facetów.
I dobrze, bo Noriega tancerki traktował dość przedmiotowo, jak z barmankami i kelnerkami zawsze trzymał sztamę, bo często sam stawał za barem, to tancerki... One wiecznie sprawiały kłopoty, jakby były nie wiadomo kim, jakby on był ich jakimś ochroniarzem, a nie szefem. Wkurwiały go.
- Szkoda, tancerki nieźle tu zarabiają - rzucił, ale chyba tylko dla kolejnej zaczepki.
A zaraz nawijał jej o rumie i o tym, co niby lubi szef. Czyli on. A to zupełne bujdy, bo po pierwsze lubił pyskate, po drugie nie wymagał krótkich spódniczek.
- No coś ty... A jak szef cię zje? To prawdziwy... jaguar - obejrzał się na nią przez ramię, kiedy już wydawał polecenia na barze, a zaraz zaproponował jej, że pójdzie z nią na górę do biura właściciela. Oczywiście nie potrafił przejść obojętne koło kolejnych zaczepek.
Nie potrafił też ukryć uśmiechu, w którym rozciągnęły się jego usta, kiedy siadał na swoim szefowskim fotelu, zarzuciłby może jeszcze nogi na biurko, dla zaznaczenia swojej pozycji, ale miał porwane i przemoczone trampki.
Gestem ręki wskazał jej krzesło, na którym zaraz usiadła.
Czerpał jakąś dziką satysfakcję z tego, że tak z nią pogrywał, bo tu znowu trzeba zaznaczyć to, że Madox lubił gierki.
- Ale nie byłoby zabawy, nie mógłbym ci poopowiadać o szefie, a ty nie mogłabyś się pokrzywić na to jakim jest oblechem - może i podjął już decyzję, ale i tak musiał to jeszcze przeciągnąć, pochylił się do przodu opierając łokcie na biurku, splatając ze sobą palce, jak jakiś ojciec chrzestny, szkoda tylko, że do tego mu jeszcze wtedy brakowało wyglądu. Do gangsterki.
- Ja tu jestem władzą - rzucił pewny siebie. Bo może się nie wyróżniał, ale i tak każdy kto powinien, wiedział, że on tam rządził. Emptiness było jego, ani psy, ani gangusy nie robiły tam nic bez jego wiedzy. Chociaż co prawda na początku, wtedy, bawili się tam podrzędni członkowie gangu, jeszcze żadne grube ryby.
Podpuszczał ją, ale czy czegoś oczekiwał? Czy naprawdę zamierzał zaraz wyjść z jakąś niemoralną propozycją?
Nie. Bo Noriega nigdy nie łączył przyjemności z pracą, i chociaż gadali o nim różnie, to wcale nie posuwał swoich pracownic i nie kazał im robić mu prywatnych pokazów do porannej kawki.
Uniósł jedną brew, kiedy brunetka zaczęła i wskazała na butelkę po rumie. Jego twarz może nie zdradzała żadnych emocji, ale oczy... Te zawsze go zdradzały. I teraz też pociemniały, kiedy trafiła w punkt. Madox tęsknił za Kolumbią, to był jego dom. Nawet jeśli już od kilku lat mieszkał w Toronto. A medelliński rum, latynoska muzyka, która leciała z głośników i te hiszpańskie rozmówki, które toczyły się na sali mu o tym przypominały.
Przejrzała go. Kurwa. Przejrzała go.
A przecież Madox sobie nie mógł na to pozwolić. Był kretem, pieprzonym informatorem policji. Nie mógł dać się czytać jakiejś dziewuszce, której nawet nie znał. Ściągnął do siebie brwi, i jak wcześniej na jego twarzy majaczył jakiś uśmiech, to teraz zupełni spełzł. Spojrzał na nią groźnie, a butelkę strącił do stojącego obok biurka kosza.
- Zwykły rum, najlepszy i dlatego go sprowadzamy - warknął, bo przecież nie przyzna jej się, że ostry smak na języku przywodził na myśl Medellin. Nikomu by się do tego nie przyznał. Opadł plecami na oparcie krzesła, na którym obrócił się jak obrażone dziecko. Przez chwilę bujał się z boku na bok wpatrując w regał z książkami na przeciwnej ścianie.
Kurwa.
Dlaczego widział w tej dziewczynie siebie? Te kilka lat wstecz, kiedy wyjechał z Kolumbii, uciekł z niej i wylądował w Toronto? Wszystkie oszczędności wpakował w klub i nie było go stać nawet na zimową kurtkę...
Ona też jej nie miała, zerknął kątem oka na jej skórę, zdecydowanie za lekka jak na tę porę roku. Z rozmachem odwrócił się znowu do biurka.
- Dobra, ile masz lat? To ważne, bo jak spierdoliłaś z domu, ale nie jesteś pełnoletnia, to nie masz tu czego szukać... - zaczął - potrzebujesz tylko roboty, czy noclegu też? - kolejne ważne pytanie. Co prawda... to nie był przytułek, ale przecież nie wywali jej na ulicę.
Za miękki... Zawsze był za miękki.
A grał takiego skurwiela.
- No i najważniejsza kwestia... Kiedy w końcu mi coś zaśpiewasz? - no tak, barmankom kazał robić drinki, to wiadomo, że tutaj musiał się zabawić w jakiś Voice of Toronto.

Cántame algo

She needs wide open spaces. Room to make her big mistakes.

: ndz lip 26, 2026 8:03 pm
autor: Rae Westlake
Kolejne zaczepki, szczególnie te dotyczące tancerek, odbijały się na jej twarzy zaciśnięciem szczęki. Ale nie odpowiadała. Słuchała, z jakiegoś powodu czując się upokorzona tym, jak bardzo teraz potrzebowała pieniędzy. Tym, że przez moment naprawdę myślała, że dla tych kilku stów mogłaby zatańczyć. Raz albo dwa... Kurwa, dziewczyno. Przecież poradzisz sobie z tą sytuacją, to tylko...
Nie zauważyła tego delikatnego uśmieszku. Za bardzo była schowana w swoich własnych ramionach. Spojrzenie, ozdobione zmarszczonymi brwiami, uciekało od jego spojrzenia. Im bliżej byli tego gabinetu, tym mniej przypominała siebie jeszcze sprzed kilku chwil. A kiedy w gabinecie okazało się, że to on jest szefem, na wierzch wyszło całe jej zmęczenie. Ucieczką. Ciągłym uciekaniem. Łapaniem byle jakiej pracy, byle było ją stać na żarcie, paliwo i motel. Dziwnymi propozycjami, które słyszała... Jakby ten jeden występ był wart zeszmacenia się. Jakby te kilka stów było warte... Wzdrygnęła się lekko, siedząc w ciszy, kiedy Madox wrzucił butelkę do śmietnika.
- Ok... Myślałam, że to dla Ciebie ważne i dlatego tutaj stoi. Mój ojciec trzyma w gabinecie tylko ważne rzeczy. - wyjaśniła trochę za cicho, jak na pewną siebie wokalistkę, która właśnie negocjowała warunki przyjęcia do pracy w klubie. A potem powiodła spojrzeniem za jego spojrzeniem, zatrzymując się na regale wypełnionym książkami.
Tego się nie spodziewała. Zmrużyła nawet oczy, próbując w półmroku wypatrzyć jakieś tytuły, ale była trochę za daleko i było odrobinę za ciemno, żeby mogła coś rozpoznać. Ciekawe, co mógł czytać właściciel nocnego klubu, książę półświatka, kawaler lawirowania między dwoma światami? Może poezję?
Znów drgnęła, kiedy zadał kolejne pytania. Na moment w jej oczach pojawił się przestrach. W Ontario pracować za barem mogła dopiero po skończeniu dziewiętnastu lat. Niby mogła ubiegać się o jakiś certyfikat, ale nie było na to czasu. To miejsce nie wyglądało na takie, które potrzebowało występów na żywo. Mogła pracować na zmywaku. W sumie ileż to może być trudniejsze od pętania cielaka albo przepędzania stada?
- Dziewiętnaście... - skłamała i w jej własnych uszach jej głos zabrzmiał nienaturalnie.
Zresztą Madox, wprawiony w rozczytywaniu ludzi, musiał wyczuć kłamstwo. Niewielkie, bo była pełnoletnia, ale nie mogła sprzedawać alkoholu.
- Jestem pełnoletnia! - odpowiedziała, znów nabierając siły, kiedy wspomniał, że nie ma czego tu szukać.
Jakoś nie broniła się przed spierdoleniem z domu. I na moment, kiedy ich spojrzenia znowu się spotkały i zakleszczyły w klinczu wzajemnego zrozumienia, jasne stało się, że tak... uciekła. Tak... nie powinna tutaj pracować. Tak... bardzo tego potrzebowała.
Natomiast pytanie o nocleg sprawiło, że zmiękła totalnie. Mięśnie na jej szczęce zadrgały, ale rozluźniły się. Usta lekko się rozchyliły, pozwalając dolnej wardze zadrżeć. Kurwa, nawet oczy jej się lekko zeszkliły. Przełknęła ślinę i zwlekała z odpowiedzią dłuższą chwilę.
- Mam śpiwór... Jakbym mogła tę jedną noc przekimać na zapleczu... I dostawać dniówki przez pierwszy tydzień, to sobie poradzę.
Duma zapiekła ją w tym momencie tak boleśnie, że mięśnie na szyi i szczęce ponownie się napięły, a dłonie ścisnęły się w zaczerwienione od nagrzewania piąstki. Czekała na jego odpowiedź jak na wyrok. Taki, o którym z góry wiesz, że nie będzie korzystny, choć niczego nie zrobiła. I nagle padło ostatnie pytanie, które totalnie zbiło ją z tropu. Spojrzała na Madoxa wielkimi oczami, naprawdę nie wiedząc, co odpowiedzieć w tej chwili. Wzrokiem powiodła na wielkie okno wychodzące na główną salę, a tam zawisła spojrzeniem na scenie, na której stało trochę sprzętu. DJ i kilka tancerek, których przy najszczerszych chęciach Rae nie była w stanie nazwać ubranymi. Chociaż nagie też nie były.
- Nie spodoba Ci się mój repertuar... Ale jeśli masz fortepian albo klawisze...
Zaproponowała niewinnie pierwszą myśl, która przyszła jej do głowy. Nie ma tutaj zespołu, z którym mogłaby zagrać. A bez zespołu raczej nie zainteresowałaby tutejszej widowni, która przyszła tu poszaleć. Ale kiedyś... Oczy jej się zaświeciły do pomysłu, że mogłaby tutaj grać regularnie. Może wreszcie napisałaby coś swojego?
- Po pracy?
- To znaczy... Że mnie przyjmujesz? - zapytała niepewnie.

Amante del ron y de la poesía

She needs wide open spaces. Room to make her big mistakes.

: śr lip 29, 2026 3:54 pm
autor: Madox A. Noriega
trigger warning
przekleństwa
Madox wychwytywał z rozmowy różne rzeczy, taka była jego praca, słuchał i wyłapywał te niuanse, które mogły mu się później na coś przydać, dlatego też zaraz zainteresował się...
- Kim jest twój ojciec? - zapytał, bo skoro miał swój własny gabinet, w którym trzymał ważne rzeczy, to mógł przecież być kimś ważnym. A Noriega nie potrzebował tutaj żadnej gówniary, która swój nastoletni bunt pokazywała ojcu kradnąc jego motocykl i uciekając w świat, żeby mu coś udowodnić.
Bo na pewno motocykl nie był jej. Może jej ojca?
Madox przygotowany był na różne ewentualności i chociaż był narwany, a często działał niesiony impulsem, to potrafił też godzinami rozpracowywać jakiś bandziorów, docierać do nich. Łączyć fakty, dodawać dwa do dwóch, i jakiś tam obraz siedzącej przed nim małolaty też w jego głowie się już tworzył...
Odwrócił się spoglądając na regał z książkami, nie było tam nic szczególnego, pewnie coś o Kolumbii, bo tego nie mogło zabraknąć i Ojciec Chrzestny. Bo może Madox na niego aspirował? Nie...
I tak już miał sporo zmartwień na głowie.
A kolejne siedziało przed nim przy biurku. Nie powinien jej brać, ale Madox widział w tym dzieciaku siebie, kiedy tu wylądował, kiedy nie miał się gdzie podziać, tylko, że on był twardy, a ona...
Odwrócił się w jej kierunku, widział w tych jej wielkich oczach strach, a kiedy zapytał ile miała lat, a ona odpowiedziała łamiącym się głosem, to aż wywrócił oczami.
- Dziewiętnaście - przedrzeźnił ją - wiesz czego nienawidzę bardziej niż małolat w moim klubie? Kłamców. Może mieć kurwa szesnaście, ale jeśli mnie okłamujesz, to możesz wypierdalać - no tak. Może i Madox bywał sentymentalny. I widział w niej siebie sprzed lat. Może i postanowił już, że jej pomoże, żeby nie wylądowała na ulicy, ale... Nie dopuszczał w Emptiness oszustwa, bo to nie był taki zwykły klub. Tutaj podstawą była prawdomówność, zwłaszcza w stosunku do niego - więc jak? - zapytał jeszcze raz cedząc słowa prze zęby, kiedy powiedziała to, że jest pełnoletnia. W takim razie osiemnaście, nie może sprzedawać alkoholu, ale jest legalna.
Miał tu kiedyś niepełnoletnią barmankę na podrabianych dokumentach, więc to akurat nie był dla niego jakiś wielki problem. Większym było to, że nie była z nim szczera...
A szczerość to podstawa pracy tutaj.
Patrzył na nią przez chwilę, ale kontynuował, pytał o nocleg, bo... pomimo tego co o nim mówili. Tego jak wyglądał z tymi swoimi tatuażami, pewnie dla niektórych przypominając Diabła. Mimo tego ognistego spojrzenia i niewyparzonej gęby, Noriega nie był potworem.
Był tylko człowiekiem, a do tego gdzieś tam w środku, pod tatuażem z lwem, który nosił na lewej piersi miał też na swoim miejscu dobre serduszko. Którego jednak zazwyczaj nie pokazywał.
- Z tym dniówkami okej, ale na zapleczu będziesz przeszkadzać, tutaj cały czas się ktoś kręci, klub zamykamy na cztery godziny, ale wtedy trzeba tu posprzątać, a zresztą, czasem nawet wtedy ktoś tutaj jest - wyjaśnił jej, ciemnym spojrzeniem wodząc po jej twarzy. Niby Emptiness działało od dwunastej w południe do ósmej, a potem cztery godziny zamknięte, i to był ten czas, kiedy tutaj ogarniali, ale prawda jest taka, że jak półświatek chciał tu o dziesiątej rano wypić drinka to Madox się nie stawiał. Ba, on sam wtedy nalegał na to, żeby spotykali się w jego lokalu, bo przecież wchodził w to towarzystwo. Westchnął jakoś ciężko.
- Ale możesz spać u mnie na kanapie. Umiesz gotować? - bo on był w tym bardzo kiepski, chujowy. A jedyne co umiał zrobić to kanapki, więc jeśli była w tym lepsza, to może nawet mogliby się dogadać?
Chociaż kiedy mówiła, że nie spodoba mu się jej repertuar, to Madox znowu strzelał oczami w sufit, a na kolejne słowa utkwił w niej ciemne tęczówki.
- A wyglądam jakbym miał? Chował go tam w szafie? - skinął czerepem w kierunku wielkiej, dębowej szafy, która stała przy drzwiach. Ale nie, nie miał tam klawiszy - w domu mam gitarę, ale nie grałem na niej ze sto lat, nawet nie wiem czy ma wszystkie struny... No to powiedz mi co śpiewasz? Country? Nie lubię, ale klub nie żyje samym latino, czasem puszczamy tu inną muzę - pochylił się do przodu opierając łokcie na biurku, zawieszając na niej spojrzenie, a kiedy zapytała czy ją przyjmuje, to odchylił się do tyłu opierając plecami o oparcie tak gwałtownie, że prawie wyrżnął - no niech będzie, na próbę, zobaczymy jak się będziesz spisywać - rzucił wpatrując się w sufit, a zaraz spuścił na nią wzrok - stoi? - wyciągnął do niej rękę. Wiadomo, że musiał jej dać umowę, zwłaszcza tą o poufności, ale dla Madox już taka umowa na gębę była wiążąca - Madox jestem, ale możesz mówić szefie... Chociaż barmanki walą po imieniu, bo czasem też stoję na barze - przedstawił się jej w końcu, chociaż mogła to już wychwycić. To jego dzikie imię, kiedy właśnie dziewczyny za barem się do niego zwracały.

Por fin cantarás para mí?