To nie tak, że Madox wymagał od swoich pracownic tych krótkich spódniczek i głębokich dekoltów, może jedynie tancerki musiały wyglądać wyzywająco, ale barmanki, czy kelnerki... One same decydowały o tym, co nie siebie przywdziewały, a że głębszy dekolt równał się lepszym napiwkom, to wiadomo co wybierały.
A na zapleczu stała i kurzyła się paczka z klubowymi koszulkami, które im zamawiał... I potem tylko on je nosił, kiedy plamił swoje. Czasem krwią, a czasem po prostu alkoholem, bo za barem też stawał.
Kiedy brunetka dała mu do zrozumienia, że zna ten typ
króla świata, na którego przecież kreował się Noriega to tylko złapał na moment jej spojrzenie.
I dobrze. Przecież o to zawsze mu chodziło, Madox tu rządził i wszyscy mieli o tym wiedzieć, nieważne czy byli tu na chwilę, nowi, czy stałymi bywalcami.
-
Mamy drabinę, ale to fakt lubię dźwigać dziewczyny - też rzucił szczerze, a może znowu grał? Może cały czas jej tutaj prezentował swoją rolę dupka i niepoprawnego kobieciarza?
Z nim to nigdy nie wiadomo. W końcu w Medellin skończył aktorstwo, gdyby nie uciekł z Kolumbii może grałby jakiś łamaczy serc w latynoskich telenowelach?
Zerknął na skrzynkę, którą trąciła butem, gdzieś mieli drabinę, ale Madox był typem, który uwielbiał... improwizować, dlatego wolał wspinać się po skrzynkach, albo dźwigać jakieś panienki. Chociaż nie była ciężka, a on też przy okazji mógł stwierdzić, że nie była dzika, całkiem gibka i miała dobrą koordynację.
Zaraz proponował jej wakat tancerki.
A kiedy tak się uniosła jeden kącik jego ust drgnął ku górze. Zauważyła, czy nie?
Podobało mu się to, że stawiała granice.
Nie tańczę, przynajmniej nie po to, żeby kusić facetów.
I dobrze, bo Noriega tancerki traktował dość przedmiotowo, jak z barmankami i kelnerkami zawsze trzymał sztamę, bo często sam stawał za barem, to tancerki... One wiecznie sprawiały kłopoty, jakby były nie wiadomo kim, jakby on był ich jakimś ochroniarzem, a nie szefem. Wkurwiały go.
-
Szkoda, tancerki nieźle tu zarabiają - rzucił, ale chyba tylko dla kolejnej zaczepki.
A zaraz nawijał jej o rumie i o tym, co niby lubi szef. Czyli on. A to zupełne bujdy, bo po pierwsze lubił pyskate, po drugie nie wymagał krótkich spódniczek.
-
No coś ty... A jak szef cię zje? To prawdziwy... jaguar - obejrzał się na nią przez ramię, kiedy już wydawał polecenia na barze, a zaraz zaproponował jej, że pójdzie z nią na górę do biura właściciela. Oczywiście nie potrafił przejść obojętne koło kolejnych zaczepek.
Nie potrafił też ukryć uśmiechu, w którym rozciągnęły się jego usta, kiedy siadał na swoim
szefowskim fotelu, zarzuciłby może jeszcze nogi na biurko, dla zaznaczenia swojej pozycji, ale miał porwane i przemoczone trampki.
Gestem ręki wskazał jej krzesło, na którym zaraz usiadła.
Czerpał jakąś dziką satysfakcję z tego, że tak z nią pogrywał, bo tu znowu trzeba zaznaczyć to, że Madox lubił gierki.
-
Ale nie byłoby zabawy, nie mógłbym ci poopowiadać o szefie, a ty nie mogłabyś się pokrzywić na to jakim jest oblechem - może i podjął już decyzję, ale i tak musiał to jeszcze przeciągnąć, pochylił się do przodu opierając łokcie na biurku, splatając ze sobą palce, jak jakiś ojciec chrzestny, szkoda tylko, że do tego mu jeszcze wtedy brakowało wyglądu. Do gangsterki.
-
Ja tu jestem władzą - rzucił pewny siebie. Bo może się nie wyróżniał, ale i tak każdy kto powinien, wiedział, że on tam rządził. Emptiness było jego, ani psy, ani gangusy nie robiły tam nic bez jego wiedzy. Chociaż co prawda na początku, wtedy, bawili się tam podrzędni członkowie gangu, jeszcze żadne grube ryby.
Podpuszczał ją, ale czy czegoś oczekiwał? Czy naprawdę zamierzał zaraz wyjść z jakąś niemoralną propozycją?
Nie. Bo Noriega nigdy nie łączył przyjemności z pracą, i chociaż gadali o nim różnie, to wcale nie posuwał swoich pracownic i nie kazał im robić mu prywatnych pokazów do porannej kawki.
Uniósł jedną brew, kiedy brunetka zaczęła i wskazała na butelkę po rumie. Jego twarz może nie zdradzała żadnych emocji, ale oczy... Te zawsze go zdradzały. I teraz też pociemniały, kiedy trafiła w punkt. Madox tęsknił za Kolumbią, to był jego dom. Nawet jeśli już od kilku lat mieszkał w Toronto. A medelliński rum, latynoska muzyka, która leciała z głośników i te hiszpańskie rozmówki, które toczyły się na sali mu o tym przypominały.
Przejrzała go. Kurwa. Przejrzała go.
A przecież Madox sobie nie mógł na to pozwolić. Był kretem, pieprzonym informatorem policji. Nie mógł dać się czytać jakiejś dziewuszce, której nawet nie znał. Ściągnął do siebie brwi, i jak wcześniej na jego twarzy majaczył jakiś uśmiech, to teraz zupełni spełzł. Spojrzał na nią groźnie, a butelkę strącił do stojącego obok biurka kosza.
-
Zwykły rum, najlepszy i dlatego go sprowadzamy - warknął, bo przecież nie przyzna jej się, że ostry smak na języku przywodził na myśl Medellin. Nikomu by się do tego nie przyznał. Opadł plecami na oparcie krzesła, na którym obrócił się jak obrażone dziecko. Przez chwilę bujał się z boku na bok wpatrując w regał z książkami na przeciwnej ścianie.
Kurwa.
Dlaczego widział w tej dziewczynie siebie? Te kilka lat wstecz, kiedy wyjechał z Kolumbii, uciekł z niej i wylądował w Toronto? Wszystkie oszczędności wpakował w klub i nie było go stać nawet na zimową kurtkę...
Ona też jej nie miała, zerknął kątem oka na jej skórę, zdecydowanie za lekka jak na tę porę roku. Z rozmachem odwrócił się znowu do biurka.
-
Dobra, ile masz lat? To ważne, bo jak spierdoliłaś z domu, ale nie jesteś pełnoletnia, to nie masz tu czego szukać... - zaczął -
potrzebujesz tylko roboty, czy noclegu też? - kolejne ważne pytanie. Co prawda... to nie był przytułek, ale przecież nie wywali jej na ulicę.
Za miękki... Zawsze był za miękki.
A grał takiego skurwiela.
-
No i najważniejsza kwestia... Kiedy w końcu mi coś zaśpiewasz? - no tak, barmankom kazał robić drinki, to wiadomo, że tutaj musiał się zabawić w jakiś
Voice of Toronto.
Cántame algo