Play it right, push your buttons like a console
: wt lip 28, 2026 10:11 pm
Irracjonalność własnych decyzji zaczynała go przerastać. Zaledwie kilka dni temu wsiadł w samochód reagując na zaproszenie, które wysłał mu Benjamin. Miał go odwiedzieć, wstępując po przekąski, które miały umilić im granie. Kieran nie znał się na grach wideo, samemu uciekając raczej do szachów ewentualnie pokera, którego miał opanowanego głównie za sprawą ojca, który kładł na to nacisk. Do tej pory prawnik nie wiedział do czego miałaby mu się przydać ta umiejętność, ale podobno granie w karty pozwalało doszkolić się w rozszyfrowywaniu ludzi na sali sądowej, co umożliwiało wygranie większej ilości spraw. Czaiła się tam logika, do której Burreau jeszcze nie dorósł.
Do domu Thallmana nie dotarł nigdy - tuż po wyjściu ze sklepu, z reklamówką rzeczy, których sam nie jadał, otrzymał od niego wiadomość odwołującą całe spotkanie. Dokładnie pamiętał, jak się wtedy poczuł - był niezadowolony i rozczarowany, chociaż skupił się na pierwszej emocji, drugą spychając gdzieś w głąb siebie. Nie lubił, kiedy marnowano jego czas. Zamiast fatygować się do chłopaka, mógł przypomnieć sobie kolejne pozycje w kodeksie karnym, rozegrać partię szachów lub skupić się na nadal niedokończonym referacie. Wszystko to w samotności i spokojnie, bez spełniania oczekiwać. Ostatecznie wybrał towarzystwo i został za to ukarany, tak zwyczajnie.
Wrócił do domu zły na siebie, że dał się wciągnąć w tę grę. Mógł przewidzieć, że gdzieś krył się haczyk i Benjamin, jak miał w zwyczaju, drwiła z niego rzucając słowa na wiatr. Bawił się od pierwszego spotkania, więc czemu nagle cokolwiek miałoby się zmienić? Tego, czego blondyn nauczył się o ludziach to to, że nie zmieniali się tak szybko tym bardziej, jeśli czuli się dobrze sami ze sobą. Thallman na takiego wyglądał, emanując pewnością siebie i przekonaniem, że świat i ludzie należeli do niego.
Przez kilka kolejnych dni starał się robić wszystko, byleby tylko pozbyć się nieprzyjemnego uczucia, które uciskało jego klatkę piersiową. Czemu na litość wszechświata tak go to ubodło? Ot, zaledwie zmiana mało znaczących planów. Niczego nie stracił poza czasem. Grać nie umiał, na dodatek oszczędził sobie wysłuchiwania przytyków starszego chłopaka. Powinien spojrzeć na to jedynie przez pryzmat pozytywów, wyciągając wnioski na przyszłość.
Nie zrobił tego.
Zaledwie myśl wystarczyła, jedno spojrzenie na nierozpakowane zakupy spoczywające w jego sypialni, by wyszedł z nimi z domu, kierując się do miejsca, do którego wstępu ostatnim razem mu odmówiono.
Co ty wyprawiasz, Burreau?
Uciszył głos w głowie. Co miał do stracenia? Ostatnim razem nie wyszło, nie wyjdzie i tym. Chciał się jedynie utwierdzić w swoim przekonaniu, że dobrze rozczytał Benjamina. Narwany, niesłowny, lekkoduszny. Zaparkował samochód, siedząc w nim chwilę. Irracjonalne decyzje. Nielogiczne działanie. Chaos.
Westchnął, wysiadając z pojazdu i z trzema reklamówkami skierował się do prostego domu. Wiedział, że mieszkały tu co najmniej dwie osoby. Czy rodzice Thallmana też tu byli? Może warto było wcześniej dać znać, że przyjedzie? Ale wtedy mógłby mu napisać, że go nie ma. Ach, zupełnie nie miał doświadczenia w składaniu takich wizyt. Jeśli go nie zastanie, zostawi jedzenie osobie, która otworzy mu drzwi.
Nacisnął dzwonek, czekając. Minuta, dwie, trzy. I kroki, trochę chaotyczne, jakby należące do osoby, która nie spodziewała się dzisiaj nikogo.
-Cześć. To z ostatniego razu, nie zjem tego sam - powiedział do wyraźnie zaskoczonego chłopaka, który pojawił się w otwartych drzwiach, unosząc siatki.
Tu es incorrigible
Do domu Thallmana nie dotarł nigdy - tuż po wyjściu ze sklepu, z reklamówką rzeczy, których sam nie jadał, otrzymał od niego wiadomość odwołującą całe spotkanie. Dokładnie pamiętał, jak się wtedy poczuł - był niezadowolony i rozczarowany, chociaż skupił się na pierwszej emocji, drugą spychając gdzieś w głąb siebie. Nie lubił, kiedy marnowano jego czas. Zamiast fatygować się do chłopaka, mógł przypomnieć sobie kolejne pozycje w kodeksie karnym, rozegrać partię szachów lub skupić się na nadal niedokończonym referacie. Wszystko to w samotności i spokojnie, bez spełniania oczekiwać. Ostatecznie wybrał towarzystwo i został za to ukarany, tak zwyczajnie.
Wrócił do domu zły na siebie, że dał się wciągnąć w tę grę. Mógł przewidzieć, że gdzieś krył się haczyk i Benjamin, jak miał w zwyczaju, drwiła z niego rzucając słowa na wiatr. Bawił się od pierwszego spotkania, więc czemu nagle cokolwiek miałoby się zmienić? Tego, czego blondyn nauczył się o ludziach to to, że nie zmieniali się tak szybko tym bardziej, jeśli czuli się dobrze sami ze sobą. Thallman na takiego wyglądał, emanując pewnością siebie i przekonaniem, że świat i ludzie należeli do niego.
Przez kilka kolejnych dni starał się robić wszystko, byleby tylko pozbyć się nieprzyjemnego uczucia, które uciskało jego klatkę piersiową. Czemu na litość wszechświata tak go to ubodło? Ot, zaledwie zmiana mało znaczących planów. Niczego nie stracił poza czasem. Grać nie umiał, na dodatek oszczędził sobie wysłuchiwania przytyków starszego chłopaka. Powinien spojrzeć na to jedynie przez pryzmat pozytywów, wyciągając wnioski na przyszłość.
Nie zrobił tego.
Zaledwie myśl wystarczyła, jedno spojrzenie na nierozpakowane zakupy spoczywające w jego sypialni, by wyszedł z nimi z domu, kierując się do miejsca, do którego wstępu ostatnim razem mu odmówiono.
Co ty wyprawiasz, Burreau?
Uciszył głos w głowie. Co miał do stracenia? Ostatnim razem nie wyszło, nie wyjdzie i tym. Chciał się jedynie utwierdzić w swoim przekonaniu, że dobrze rozczytał Benjamina. Narwany, niesłowny, lekkoduszny. Zaparkował samochód, siedząc w nim chwilę. Irracjonalne decyzje. Nielogiczne działanie. Chaos.
Westchnął, wysiadając z pojazdu i z trzema reklamówkami skierował się do prostego domu. Wiedział, że mieszkały tu co najmniej dwie osoby. Czy rodzice Thallmana też tu byli? Może warto było wcześniej dać znać, że przyjedzie? Ale wtedy mógłby mu napisać, że go nie ma. Ach, zupełnie nie miał doświadczenia w składaniu takich wizyt. Jeśli go nie zastanie, zostawi jedzenie osobie, która otworzy mu drzwi.
Nacisnął dzwonek, czekając. Minuta, dwie, trzy. I kroki, trochę chaotyczne, jakby należące do osoby, która nie spodziewała się dzisiaj nikogo.
-Cześć. To z ostatniego razu, nie zjem tego sam - powiedział do wyraźnie zaskoczonego chłopaka, który pojawił się w otwartych drzwiach, unosząc siatki.
Tu es incorrigible