ODPOWIEDZ
24 y/o
DEBIUTUJĄCY SKRYBA
175 cm
student prawa, stażysta Vishwakar, Bradford & Grant Llp
Awatar użytkownika
a Canadian is somebody who knows how to make love in a canoe
nieobecnośćnie
wątki 18+tak
zaimki
typ narracjinarracja trzecioosobowa
czas narracjiczas przeszły
postać
autor

Irracjonalność własnych decyzji zaczynała go przerastać. Zaledwie kilka dni temu wsiadł w samochód reagując na zaproszenie, które wysłał mu Benjamin. Miał go odwiedzieć, wstępując po przekąski, które miały umilić im granie. Kieran nie znał się na grach wideo, samemu uciekając raczej do szachów ewentualnie pokera, którego miał opanowanego głównie za sprawą ojca, który kładł na to nacisk. Do tej pory prawnik nie wiedział do czego miałaby mu się przydać ta umiejętność, ale podobno granie w karty pozwalało doszkolić się w rozszyfrowywaniu ludzi na sali sądowej, co umożliwiało wygranie większej ilości spraw. Czaiła się tam logika, do której Burreau jeszcze nie dorósł.
Do domu Thallmana nie dotarł nigdy - tuż po wyjściu ze sklepu, z reklamówką rzeczy, których sam nie jadał, otrzymał od niego wiadomość odwołującą całe spotkanie. Dokładnie pamiętał, jak się wtedy poczuł - był niezadowolony i rozczarowany, chociaż skupił się na pierwszej emocji, drugą spychając gdzieś w głąb siebie. Nie lubił, kiedy marnowano jego czas. Zamiast fatygować się do chłopaka, mógł przypomnieć sobie kolejne pozycje w kodeksie karnym, rozegrać partię szachów lub skupić się na nadal niedokończonym referacie. Wszystko to w samotności i spokojnie, bez spełniania oczekiwać. Ostatecznie wybrał towarzystwo i został za to ukarany, tak zwyczajnie.
Wrócił do domu zły na siebie, że dał się wciągnąć w tę grę. Mógł przewidzieć, że gdzieś krył się haczyk i Benjamin, jak miał w zwyczaju, drwiła z niego rzucając słowa na wiatr. Bawił się od pierwszego spotkania, więc czemu nagle cokolwiek miałoby się zmienić? Tego, czego blondyn nauczył się o ludziach to to, że nie zmieniali się tak szybko tym bardziej, jeśli czuli się dobrze sami ze sobą. Thallman na takiego wyglądał, emanując pewnością siebie i przekonaniem, że świat i ludzie należeli do niego.
Przez kilka kolejnych dni starał się robić wszystko, byleby tylko pozbyć się nieprzyjemnego uczucia, które uciskało jego klatkę piersiową. Czemu na litość wszechświata tak go to ubodło? Ot, zaledwie zmiana mało znaczących planów. Niczego nie stracił poza czasem. Grać nie umiał, na dodatek oszczędził sobie wysłuchiwania przytyków starszego chłopaka. Powinien spojrzeć na to jedynie przez pryzmat pozytywów, wyciągając wnioski na przyszłość.
Nie zrobił tego.
Zaledwie myśl wystarczyła, jedno spojrzenie na nierozpakowane zakupy spoczywające w jego sypialni, by wyszedł z nimi z domu, kierując się do miejsca, do którego wstępu ostatnim razem mu odmówiono.
Co ty wyprawiasz, Burreau?
Uciszył głos w głowie. Co miał do stracenia? Ostatnim razem nie wyszło, nie wyjdzie i tym. Chciał się jedynie utwierdzić w swoim przekonaniu, że dobrze rozczytał Benjamina. Narwany, niesłowny, lekkoduszny. Zaparkował samochód, siedząc w nim chwilę. Irracjonalne decyzje. Nielogiczne działanie. Chaos.
Westchnął, wysiadając z pojazdu i z trzema reklamówkami skierował się do prostego domu. Wiedział, że mieszkały tu co najmniej dwie osoby. Czy rodzice Thallmana też tu byli? Może warto było wcześniej dać znać, że przyjedzie? Ale wtedy mógłby mu napisać, że go nie ma. Ach, zupełnie nie miał doświadczenia w składaniu takich wizyt. Jeśli go nie zastanie, zostawi jedzenie osobie, która otworzy mu drzwi.
Nacisnął dzwonek, czekając. Minuta, dwie, trzy. I kroki, trochę chaotyczne, jakby należące do osoby, która nie spodziewała się dzisiaj nikogo.
-Cześć. To z ostatniego razu, nie zjem tego sam - powiedział do wyraźnie zaskoczonego chłopaka, który pojawił się w otwartych drzwiach, unosząc siatki.

Tu es incorrigible
25 y/o
For good luck!
184 cm
gitarzysta i wokalista w zespole The P!x3ls
Awatar użytkownika
shooting star, straight through the heart.
nieobecnośćnie
wątki 18+tak
zaimkiona/jej
typ narracjitrzecioosobowy
czas narracjiprzeszły
postać
autor

Obrazek
Spoiler
you hid there last time
you know we're gonna find you


Dobra, może nie powinien wtedy tak po prostu zakończyć planów z jednej minuty na drugą, ale były sprawy ważne i ważniejsze. Kieran był dla niego w pewnym sensie ważny, ale Dean był częścią życia Benjamina odkąd pamiętał, więc gdy dowiedział się, że przyjaciel miał tarapaty i musiał się wygadać, no to nie było nawet sekundy zastanowienia ze strony Thallmana. Był w domu przyjaciela dosłownie w sekundę. No dobra, może w dwadzieścia sekund, bo musiał przebiec przez ogródek, żeby się u niego znaleźć. Można było mówić o nim wszystko, ale nie to, że nie był lojalny. Bo był w cholerę lojalny, a gdyby księciunio pozwolił mu się bliżej poznać, to sam przekonałby się o tym na własnej skórze.

No ale anyways, kilka dni minęło i zdecydował się odezwać do blondasa, żeby wpadł do niego na te gierki. Już zdążył sobie poukładać w głowie, że może działał w stosunku do Kierana zbyt intensywnie, więc zdecydował wrzucić na luz. Był zbyt zdesperowany, a poza tym jak przeleciał Felixa, to jakoś cała ta seksualna frustracja mu przeszła. Kto by pomyślał, że seks mógł rozwiązać tyle problemów, huh? Faceci to byli jednak w chuj prostymi stworzeniami, lol.

Teraz tylko musiał czekać, by przekonać się, czy Burreau faktycznie przyjedzie, ale w międzyczasie odpalił sobie gierki na telewizorze w pokoju, którymi szybko sie jednak znudził pykając w nie sam, więc otworzył padzik na bok. Nie sprzątał zbytnio, niech wie, z czym będzie musiał się zmierzyć. Słuchał sobie muzyczki, brzdąkając na elektrycznej gitarce, zanim usłyszał tylko, jak Albert drze sie na niego, że ktoś do niego przyszedł i ma ruszyć dupe i iść otworzyć. - Już idę! - wrzasnął. No co on mógł za to, że nie usłyszał pukania do drzwi? Rzucił gitarę na łóżko i wyszedł na zewnątrz. Zobaczył tylko brata i burzę brązowych włosów wchodzących z nim do pokoju. To musiała być ta, której nienawidził. Noted.

Wzruszył ramionami i zbiegł na dół, rzucając się do drzwi, by po chwili wyprostować się i uśmiechnąć. - O, cześć paniczu - prychnął pod nosem, odsuwając się dwa kroki i kłaniając Kieranowi, starając się nie wybuchnąć śmiechem. - Nie musiałeś, mam jedzenie w domu. Chyba. A jak nie, to bym coś zamówił. - Chwycił od niego siatki, poczekał, aż wszedł do środka, i zamknął za nim drzwi. - Nie jest tak duży jak twoja forteca, więc raczej się nie zgubisz - rzucił, idąc w kierunku schodów i czekając, aż blondas za nim podąży. Po chwili weszli do jego pokoju. Położył siatki na biurku, chwycił gitarę, odłożył ją na bok i ściszył muzykę do takiego stopnia, że dalej grała gdzieś w tle, chociaż on już na tym volume jej nie słyszał. To było bardziej dla Burreau. - I jak tam, Burreau? Wybaczysz mi to karygodne zachowanie sprzed kilku dni? - uniósł brew, rzucając się na łóżko i opierając o ścianę. Chwycił drugiego pada i podał go swojemu znajomemu. Znajomemu? No chyba tak, nie? - Wolisz jakąś bijatykę, przygodówkę? - spojrzał na niego. No co? Dzisiaj postara się być najbardziej wyluzowaną wersją siebie. Taką, jaką był dla kumpli, bo przecież tym chciał być Kieran, co nie? Tylko kolegą.


Burreau
24 y/o
DEBIUTUJĄCY SKRYBA
175 cm
student prawa, stażysta Vishwakar, Bradford & Grant Llp
Awatar użytkownika
a Canadian is somebody who knows how to make love in a canoe
nieobecnośćnie
wątki 18+tak
zaimki
typ narracjinarracja trzecioosobowa
czas narracjiczas przeszły
postać
autor

Czuł się wyjątkowo niekomfortowo stojąc pod drzwiami domu Benjamina. Zupełnie, jakby tu nie pasował, nie mając prawa zakłócać jego porządku. Wychodził ze strefy własnego komfortu i jeśli tylko przyznawanoby za to nagrody, z całą pewnością właśnie jedną by zgarnął, wpychając swoje życie socjalne na znacznie wyższy poziom. Nigdy nie zdarzyło mu się ot tak przyjść do kogoś w odwiedziny, tym bardziej jeśli ten ktoś działał mu na nerwy, a tego Thallmanowi nie można było odmówić. Wpychał się buciorami w przestrzeń Kierana, panosząc się i nijak nie mając zamiaru się z niej ruszać. To sprawiało, że młody prawnik nie wiedział, jak ostatecznie powinien zaklasyfikować muzyka. Jednego dnia zdawało mu się, że nie miał go czym zaskoczyć, a drugiego pokazywał, że Kieran ostatecznie się myli, musząc zaczynać cały proces od nowa. I na co mu to wszystko było? Dostawał bólu głowy, tracił skupienie tak potrzebne zwłaszcza na salach wykładowych i koniec końców nie znalazł odpowiedzi na wiele nurtujących go pytań.
Westchnął. Miał jeszcze czas na zmianę zdania. Wystarczyło się odwrócić na pięcie, zostawiając reklamówki pod drzwiami. Mogły być pretekstem i nikt nie patrzyłby na niego dziwnie, gdyby schował się w samochodzie zaparkowanym na ulicy. Przyjechał, żeby dostarczyć prowiant, nic więcej.
Rozważania przerwał mu dźwięk otwieranych drzwi. Zmarnował swoją szansę, analizując za i przeciw zbyt długo - Benjamin okazał się szybszy, ostatecznie zatrzymując Burreau. Kieran zlustrował jego twarz, jak miał w zwyczaju robić zawsze kiedy się widzieli, chcąc dostrzec na niej jakiekolwiek zmiany. Szukał czegoś, chociaż sam nie był świadomy czego dokładnie.
-Daruj sobie ironizowanie - powiedział, lekko marszcząc brwi na jego powitanie. Uczepił się tego słowa tak, jak podejrzewał. W jego świecie zapewne nieczęsto je słyszał, za to u Kierana było normą, na którą nie zwracał uwagi, przynajmniej do momentu, aż Thallman nie zaczął się tak do niego zwracać. - Naprawdę sądzisz, że zjadłbym to sam? Nie miewam często gości, a jeśli już, jadają trochę inaczej - odpowiedział, wchodząc za nim do domu. Na pierwszy rzut było tu nad wyraz przytulnie, tak swojsko i po prostu domowo. Zupełnie inaczej, niż u niego, gdzie chłód sal idealnie współgrał z wykwintnym wystrojem. Tu było widać rękę domowników, w posiadłości Burreau dłoń drogiego dekoratora wnętrz.
-Przytulnie tutaj, podoba mi się. Musi być miło wracać do takiego domu - rzucił, chłonąc wzrokiem wszystko, co tylko mu się nawinęło. Od prostego wystroju, po zdjęcia przedstawiające członków rodziny. Atmosfera, która była mu obca, a w której czuł się wyjątkowo nie na miejscu.
Przesunął spojrzeniem po sypialni Benjamina, tak różnej i wyraźnie kontrastującej z tą Kierana. Panował lekki chaos i musiał się powstrzymać, żeby zaraz nie zacząć zbierać rzeczy, które jego zdaniem powinny leżeć gdzie indziej niż na podłodze lub przypadkowo rzucone na półki. To była przestrzeń muzyka, nie miał prawa ingerować w nią w najmniejszym calu.
-Podobno nasze sypialnie odzwierciedlają po trosze nasze usposobienie. To by się nawet zgadzało - jesteś chaotyczny i żywiołowy, nawet narwany - rzucił, ostatecznie przenosząc wzrok na chłopaka półleżącego na swoim łóżku. Czy on miał do niego dołączyć? Rozejrzał się w poszukiwaniu krzesła, na którym mógłby usiąść. Niestety, było zawalone rzeczami, a ruszanie ich było co najmniej niestosowne. Dlatego ostatecznie przysiadł na skraju materaca, biorąc od niego pada. - Pozwolę sobie skorzystać z artykułu jedenastego Karty Praw i Swobód, i nie odpowiem na to pytanie - odparł, przyglądając się niewielkiemu przedmiotowi w swojej ręce. Nie miał doświadczenia w takich grach, nie wiedział nawet do czego służą poszczególne przyciski. Tak, wiedział, że konsole istniały, ale nie było mu dane na nich grać, chociaż Ethan w dzieciństwie go do tego namawiał. Może gdyby było im dane spędzić ze sobą trochę więcej czasu, miałby sposobność.
-Um… - wyrwało mu się. Skąd miał wiedzieć co było lepsze? - Nie znam się na tym, nie umiem grać w gry video. Co jest lepsze? Chociaż bijatyki wydają się jednak dość brutalne. Może jakieś logiczne? - przygryzł lekko dolna wargę i uniósł wzrok lokując go na twarzy Benjamina. Czuł się co najmniej skonfundowany znajdując się w środowisku, na temat którego wiedzy w żaden sposób nie przyswoił. Tej instrukcji nie było w żadnych książkach. - Zdam się na ciebie, dobrze? Ale będziesz musiał mi powiedzieć, jak się to obsługuje.

teacher
25 y/o
For good luck!
184 cm
gitarzysta i wokalista w zespole The P!x3ls
Awatar użytkownika
shooting star, straight through the heart.
nieobecnośćnie
wątki 18+tak
zaimkiona/jej
typ narracjitrzecioosobowy
czas narracjiprzeszły
postać
autor

Trochę stresował się tym, że miał gościć u siebie Kierana. Nie dlatego, że wstydził się domu, bo Albert naprawdę postarał się, żeby mieli wszystko, czego potrzebowali. Ich dom był raczej przytulny. Bał się jedynie, że Burreau pomyśli, że żyli na jakimś gorszym poziomie, zwłaszcza że sam mieszkał w cholernym muzeum. No ale teraz już go zaprosił. Nie było kolejnego odwoływania ani niczego w tym stylu, więc musiał po prostu zobaczyć, jak to wszystko się potoczy. - Ale jakie ironizowanie? Przecież tak się do ciebie zwracają… - zrobił wymowną pauzę, zanim dodał, - Paniczu. - Parsknął pod nosem, a po chwili dotarło do niego, że nakupował przysmaków dla cholera wie ilu ludzi. No ale nie narzekał. - Inaczej, czyli jak? Organicznie, bez laktozy, bez glutenu? - prychnął, bo niby co Burreau miał przez to na myśli? Kiedy jednak zmierzali w stronę pokoju Benjamina i usłyszał, jak Kieran komentował jego dom, mówiąc, że było w nim przytulnie, na jego ustach bezwiednie pojawił się uśmiech. Zrobiło mu się cholernie miło, dlatego obrócił głowę przez ramię i rzucił - Dzięki, Kieran. - Hm, dziwnie zabrzmiało zwracanie się do niego faktycznie po imieniu, ale no zaskoczył go. Poczuł, że blondyn mówił naprawdę szczerze i prosto z serca, a to… zrobiło na nim wrażenie.

Thallman tylko zerknął na Kierana komentującego jego pokój, który był dosłownym przeciwieństwem tego, jak wyglądał pokój Burreau. Niczym yin i yang, byli tak cholernie różni, a zarazem coś jednak przyciągało ich do siebie? To znaczy, nie mógł mówić za Kierana. Przecież za każdym razem, gdy coś szło nie po jego myśli, wyglądał jak srający kot na puszczy, ale skoro tutaj przyjechał, musiało to coś znaczyć. Chyba jednak lubił jego towarzystwo, co nie? Chyba. Nie był już niczego pewien, ale ciekawiło go, jak ten wieczór im minie, zwłascze, że przecież pożarli się ostatnio, gdy ten był pijany, ups. A poza tym... zwłaszcza, że zamierzał zgrywać zupełnie niezainteresowanego jego osobą. Goodfuckingluck, Benji. Było to kłamstwem, rzecz jasna, ale miał już dosyć słuchania, jaki to zły nie był. - No, w porównaniu do twojego tutaj przynajmniej można wyczuć, że ktoś żyje - parsknął pod nosem, chwytając znoszoną skarpetkę z krawędzi łóżka i rzucając ją do kosza na śmieci. Yass, score! No patrzcie, koszykarz się marnował, lol.

Było mu trochę głupio, że tak go olał ostatnim razem, dlatego chciał zacząć właśnie od tego tematu, ale odpowiedź Burreau sprawiła, że kopara dosłownie mu opadła. No tak, czego innego mógł się po nim spodziewać, no nie? - Żartujesz sobie ze mnie, prawda? - przewrócił oczami, przyglądając się chłopakowi, który siedział jak jakaś sierota czekająca na zmiłowanie boskie i trzymał tego biednego pada, jakby miał go zaraz poparzyć. - Burreau, wiesz, że cię nie ugryzę? Możesz się obok mnie położyć, będzie ci wygodniej. - Prychnął pod nosem z niedowierzaniem. - Albo w sumie najpierw podaj tutaj jakieś przekąski, żeby coś leżało między nami. Wtedy nie będziesz rzucał we mnie żadnymi oskarżeniami w środku gry - zaśmiał się cicho. Kiedy przekąski znalazły się już pomiędzy nimi, otworzył opakowanie żelków i wsunął jednego do ust, powoli go przeżuwając. - Hmm, żadnych logicznych raczej nie mam. Mogę kupić na następny raz - zmarszczył brwi, przysuwając się bliżej niego. Włączył Mortal Kombat i wybrał tryb, w którym mieli walczyć przeciwko sobie. - Dobra, każda kombinacja przycisków daje twojej postaci różne abilities. Na przykład, spójrz tutaj - powiedział, naciskając krzyżyk. - Tutaj po prostu skacze, no nie? - Zaczął pokazywać mu kolejne funkcje. - Im szybciej będziesz naciskał różne przyciski, tym częściej i sprawniej uda ci się wykonać jakieś ciekawsze uderzenia - uśmiechnął się do niego. - Zobacz. - Przysunął się jeszcze bliżej i położył dłoń na jego dłoni, naciskając własnym palcem na jego, przez co postać Kierana wykonała jakiś rzadziej spotykany ruch. - Widzisz? Coś w tym stylu - uśmiechnął się, zerkając na niego odrobinę zbyt długo. Po chwili odchrząknął i odsunął się z powrotem pod ścianę, opierając o nią plecami. - Mam ci jeszcze coś wytłumaczyć czy myślisz, że dasz sobie radę?

Burreau
24 y/o
DEBIUTUJĄCY SKRYBA
175 cm
student prawa, stażysta Vishwakar, Bradford & Grant Llp
Awatar użytkownika
a Canadian is somebody who knows how to make love in a canoe
nieobecnośćnie
wątki 18+tak
zaimki
typ narracjinarracja trzecioosobowa
czas narracjiczas przeszły
postać
autor

Pomimo chłodnego i bezemocjonalnego wychowania oraz życia w przesadnym dla wielu luksusie, Kieran nigdy nie oceniał innych przez pryzmat statusu materialnego. Takie podejście w dużej mierze zawdzięczał Alice, bowiem to właśnie kobieta wpajała mu, że wartością innych ludzi nie jest ilość pieniędzy znajdująca się na ich koncie, a to co sobą reprezentowali. Dlatego teraz, kiedy znalazł się u Benjamina, nie analizował przesadnie, o dziwo, tego ile kosztowała dana rzecz. Nie miało to większego znaczenia, a uwagę chłopaka zaabsorbowała raczej atmosfera, której próżno było szukać u niego. Było tu tak miło i przytulnie, że momentalnie przed oczami stanęła mu niania, do której pasowałoby to otoczenie. Tak wyobrażał sobie jej dom, kiedy mu o nim opowiadała.
-Tak zwraca się do mnie Inez, ewentualnie ogrodnik, chociaż im też mówiłem, żeby sobie darowali, bo to niepotrzebne. Poza tym ty nie jesteś moją służbą, Benjamin - odpowiedział, przenosząc wzrok na gospodarza. Tak, ten dom pasował również do niego - był żywiołowy, trochę chaotyczny, ale stanowił spójność, którą Burreau zaczynał dostrzegać również w muzyku. Im dłużej z nim przebywał, tym poznawał go bardziej, nieprzerwanie analizując jego gesty, słowa i postawę. Ciężka praca, ale prawnik potrafił być nad wyraz uparty. - Poniekąd tak, ewentualnie zwyczajnie zdrowiej. Bo nie powiesz mi, że chipsy czy naszpikowane chemią żelki oraz ciastka są korzystne dla zdrowia- odpowiedział. Nie widział niczego złego w lekkim jedzeniu, z którego ucieszyłby się każdy dietetyk i lekarz. Sam nie jadał ciężko, prawdę powiedziawszy ogólnie dziwnie jadał i tylko Inez była w stanie go aktualnie przekonać do spożywania bardziej treściwych posiłków.
Uśmiechnął się lekko, kiedy Benjamin zwrócił się do niego po imieniu. To było miłe za każdym razem, kiedy tak robił, nie drwiąc wtedy. Ton jego głosu zmieniał się natychiast i było w nim coś, co można by określić jako delikatną nutkę, zgoła odmienną od ironii oraz zaczepki, kiedy używał innego określenia. Podobało mu się to, chociaż jeszcze do końca nie wiedział dlaczego.
-Z pewnością ktoś żyje. Powiedziałbym nawet, że pełnią życia i chaotycznie. Niczym tornado - odpowiedział, uważnie śledząc wszystko, co znajdowało się w pokoju. Każda rzecz mogła powiedzieć mu o Thallmanie więcej. Widział stertę ubrań, która mogła świadczyć o braku wpojonej organizacji. Widział stertę płyt winylowych, która odzwierciedlała jego artystyczną duszę. Mnóstwo plakatów, które tłumaczyły, co jeszcze mogło być pasją chłopaka. zawalone biurko, które robiło za kolejną przestrzeń do składowania rzeczy, z pewnością niepamiętające, kiedy ostatnio ktoś się przy nim uczył. Tak, zdecydowanie ten pokój w niczym nie przypominał pokoju Kierana.
-Z naszej dwójki, Benjamin, ty jesteś bardziej skory do żartów. Nie wiem, co chciałbyś tutaj usłyszeć - powiedział i poczuł się wyjątkowo niekomfortowo. W normalnych okolicznościach z innymi osobami, wyjaśniłby całą sytuację nawet się nią nie przejmując, ale przy Thallmanie normalność była chaosem, a chaosowi towarzyszyły emocje, które prawnik nadal starał się rozszyfrować. Gdzieś w okolicach serca czaiło się rozczarowanie pomieszane z dezorientacją na własne reakcje.
Zmierzył wzrokiem wolną przestrzeń pomiędzy oknem oraz Benjaminem, jakby analizując, czy faktycznie powinien. Niby dostał pozwolenie, więc nie było mowy o zaburzeniu przestrzeni osobistej.
-Jeśli zaczniesz mnie gryźć, po prostu pozwę cię o molestowanie, a uprzedzam, że prawo kanadyjskie potrafi być pod tu niebywale bezwzględne - odpowiedział, wstając. Ściągnął z siebie marynarkę, którą ostatecznie powiesił na wolnym haku znajdującym się na drzwiach, tym samym zostając w samym podkoszulku.
Wziął jedną z reklamówek, w której znajdowały się żelki, chipsy, jakieś ciasteczka oraz cztery puszki przepełnionego cukrem napoju i położył przy Thallmanie, który wyglądał na wyjątkowo rozluźnionego. Przez chwilę mierzył wzrokiem jego sylwetkę, ostatecznie zajmując miejsce przy oknie, wyciągając przed siebie nogi i zachowując bezpieczny dystans pomiędzy nimi. W głowie nadal miał widmo dotyku, kiedy lunatykując wpakował się chłopakowi do łóżka i widmo to było nad wyraz niebezpieczne, usilnie próbując przypomnieć mu, że bliskość ta była m i ł a.

Na następny raz.

Zdanie to, chociaż wypowiedziane tak swobodnie sprawiło, że Kieran lekko się uśmiechnął, mimowolnie pozwalając zaczepić się przeświadczeniu, że Benjamin chciał kolejnego spotkania. Chciał jego towarzystwa, a myśl ta sprawiła, że po ciele chłopaka rozeszło się przyjemne ciepło.
Słuchał uważnie wszystkiego, co miał do powiedzenia, tłumacząc poszczególne przyciski. Przyłapał się na tym, że o wiele bardziej skupiał się na przyjemnej barwie jego głosu oraz tonacji, która przeplatana była ożywieniem, niż na samej instrukcji, przez co zgubił się już niemal w połowie. Nie miał czasu, by się do tego przyznać ponieważ Benjamin, który nijak nie miał zamiaru zachowywać przyzwoitych granic, przysunął się bliżej i Kieran poczuł delikatny dotyk jego dłoni na własnej. Niewinny gest, który miał być jedynie praktyczną demonstracją guzików, a zamiast tego sprawił, w połączeniu ze spojrzeniem kolegi, serce Burreau zabiło niemiarowo, gubiąc rytm. Spiął się lekko, nie cofając tym razem ręki; nie odwracał wzroku, napawając się błyszczącymi plamkami w tęczówkach muzyka. Pozwolił, by delikatny dreszcz przebiegł jego ciało, wprawiając myśli w chaotyczną gonitwę. Chłonął tych kilka sekund, podczas których nozdrza wypełniały się zapachem jego perfum, a ciało napawało się bijącym od niego ciepłem.
-Myślę, że… że najlepiej będzie zobaczyć w praktyce - powiedział cicho rad, że Thallman się odsunął. Poczuł bowiem zalążek dziwnej paniki, która się w nim rodziła. - Mogę wybrać bohatera? który będzie dobry na początek. Najlepiej nie skomplikowany - spytał, by powiedzieć cokolwiek, bo cisza mogła być w tym momencie wyjątkowo niebezpieczna.

Look what you're doing to me
25 y/o
For good luck!
184 cm
gitarzysta i wokalista w zespole The P!x3ls
Awatar użytkownika
shooting star, straight through the heart.
nieobecnośćnie
wątki 18+tak
zaimkiona/jej
typ narracjitrzecioosobowy
czas narracjiprzeszły
postać
autor

p a n i c z

Szybko zawrócił mu w głowie. Nie należał do osób, na które Benjamin zwróciłby uwagę w klubie, na koncercie, gdzieś na jakiejś domówce. Zazwyczaj ciągnęło go do zupełnie innego rodzaju mężczyzn lub kobiet. Teraz jednak? Cieszył się, że miał możliwość poznawania go z zupełnie innej strony. Nie rozumiał, dlaczego aż tak ciągnęło go do tego, by go widzieć. Słuchać. Irytował go, to fakt, ale ta irytacja rozpływała się gdzieś w tle wraz z szybszym biciem serca. Z każdym Benjaminem. Z każdym razem, gdy Kieran wypowiadał coś w złości po francusku albo wtedy, gdy przez sen wtulał się w niego, mówiąc w tamtym języku tak, jakby starał się powiedzieć komuś coś bardzo ważnego. Zadziwiał go. Benji chciał go poznawać. Chciał go słuchać, bo pomimo tych cholernie wkurwiających wymówek, tłumaczeń i oskarżeń, którymi groził mu Burreau, to cholera. Jego głos stawał się jednym z najbardziej uzależniających dźwięków, których chciał słuchać tak długo, jak tylko będzie miał możliwość. Thallman nie miał pewności, czy było to zwykłe zainteresowanie, czy już z a u r o c z e n i e, ale musiał powoli się o tym przekonać.

Nawet teraz, witając go w drzwiach, a chwilę później zmierzając w kierunku swojej sypialni, miał ochotę się z nim przedrzeźniać. Sprawiać, żeby ten mówił jeszcze więcej. Czy robił to specjalnie? Możliwe, że tak, ale zauważył, że im bardziej podjudzał Kierana, tym bardziej ten się otwierał, a Benjamin każde kolejne słowo, każdą uwagę zapisywał sobie w głowie, zostawiając mentalną notatkę. Uśmiechnął się na wspomnienie o Inez. Bardzo ją polubił, nawet jeśli widział ją tylko przez moment, gdy weszła do pokoju Burreau ze śniadaniem, a potem wtedy, gdy żegnał się z nią, wychodząc z domu królewicza. - Lubię Inez - mruknął tylko, zerkając na blondyna. A w kwestii żywieniowej? Benjamin nie był ślepy. Widział, że blondyn był szczupłej postury, a poza tym przecież nie chciał jeść babeczki, wtedy w kawiarni. Wiedział tylko, że będzie musiał zwracać na to większą uwagę. Bardziej szczegółową. Ale kto wie? Może to była ta dieta, którą posługiwali się bogaci ludzie, hm? - Tak, a napój gazowany to śmierć w puszce - dodał z nadzieją, że Kieran nie przestanie mu odpowiadać.

Podrapał się po głowie, przyglądając się chłopakowi, który rozglądał się po jego pokoju. - Słuchaj, i tak trochę ogarnąłem, było gorzej - parsknął śmiechem. A przez ogarnięcie oczywiście miał na myśli wepchnięcie wielu ciuchów do szafy po drugiej stronie pokoju, na którą zerknął z nadzieją, że Burreau nie podkusi się, żeby szukać fauna z Narnii XD. No ale nieważne. Już sobie wygodnie leżał na łóżeczku. - Ale lubię twoją powagę, uziemia mnie - uśmiechnął się pod nosem. Przyglądał się Kieranowi, który analitycznie podchodził do kwestii usiedzenia swojego zgrabnego kuperka obok niego. Serio wyglądało to tak, jakby zastanawiał się, czy powinien. Jezu, potrafił momentami sprawić, że człowiek czuł się, jakby co najmniej walił na kilometr. Ugh. Benjamin uniósł ręce ku górze w geście samoobrony. - Skończ z tym molestowaniem, Burreau, bo serio zacznę myśleć, że masz jakąś chorą fantazję. Nie mam zamiaru cię gryźć, ani całować, ani dotykać, ani przytulać. Happy?- Przewrócił oczami, choć przez moment przypomniało mu się, jak blondyn wtulał się w niego ostatnim razem, gdy się widzieli. Eh. Przyglądał się, jak Kieran ściągał marynarkę, jak zostawał w samym podkoszulku i cholera jasna. Bardzo mu się podobał. Gdyby Benjamin mógł chociaż w namiastce pokazać Kieranowi, jak na niego działał... ale musiał się zachowywać, no nie?

KUMPLE.
TYLKO KUMPLE.

Poczuł chwilowy ścisk w żołądku i suchość w gardle, gdy przez moment jego oczy zatrzymały się na jasnych tęczówkach blondyna, kiedy trzymał swoją dłoń na jego. Był to niewinny gest, nie miał zamiaru nic robić. Chciał szanować jego przestrzeń, ale cholera… jego wzrok chwilowo zjechał po twarzy Kierana, zatrzymując się na jego ustach, zanim stwierdził, że najlepszą metodą na to wszystko będzie najzwyczajniejsze wycofanie się. - Mhm, tak - odkaszlnął, opierając się o ścianę. Jeszcze w tym samym czasie przysunął bliżej siebie opakowanie żelek i wsunął sobie jedną do buzi, żeby jakoś trochę się rozkojarzyć kwaskowatością rozprowadzającą się w jego ustach i na języku.

Kurwa, uroczy jest.

Pomyślał, znowu przeklinając na siebie w głowie, ale tylko zerknął na ekran, kliknął menu główne i możliwość wyboru postaci. Przejechał wzrokiem po różnych opcjach i uśmiechnął się do siebie, widząc idealną opcję dla Burreau. - Dobra, weź Liu Kanga - rzucił, klikając kilka razy padem, zanim zerknął na Kierana z rozbawionym uśmiechem. - Jest szybki, ma jakieś fireballsy, kopie ludzi z półobrotu i chyba najbardziej przypomina mi kogoś, kto wierzy w dyscyplinę, honor i takie tam pierdololo, coś dla ciebie. - Sam przewinął postacie dalej, aż zatrzymał się na Johnnym Cage’u i od razu parsknął pod nosem. - A ja biorę jego, bo jest przystojny i robi z walki przedtsawienie. Czyli basically ja, tylko ma więcej hajsu i gorsze włosy. - Oparł się wygodniej o ścianę, obracając pada w dłoniach. - Wydaje mi się, że Liu będzie w miarę prosty i łatwo będzie ci wychwycić jego umiejętności - uśmiechnął się, naciskając start gry. Licznik zaczął schodzić.

Trzy.
Dwa.
Jeden.

- Przygotuj się, Burreau, bo nie dam ci forów - parsknął, przesuwając swoją postać bliżej jego i uderzając ją. Po chwili jednak po prostu zaczął nią skakać, czekając na ruch Kierana. Chciał, żeby dobrze się bawił i nie stresował, więc był skłonny dać mu się pokonać. Może raz.
What an honourable man, eh?


Kieran
24 y/o
DEBIUTUJĄCY SKRYBA
175 cm
student prawa, stażysta Vishwakar, Bradford & Grant Llp
Awatar użytkownika
a Canadian is somebody who knows how to make love in a canoe
nieobecnośćnie
wątki 18+tak
zaimki
typ narracjinarracja trzecioosobowa
czas narracjiczas przeszły
postać
autor

Zdawał sobie sprawę, że towarzystwo Benjamina zaczęło mu odpowiadać. Jak inaczej mógłby wyjaśnić fakt, że tu był, odwiedzając go w domu i godząc się na wspólne granie, tym samym poświęcając Thallmanowi czas, który w normalnych okolicznościach spożytkowałby na naukę lub hobby, które skrywał przed wzrokiem niepowołanych osób. Wiedział, że gdyby chodziło o kogoś innego, napisałby, zgodnie z prawdą, że ma zupełnie inne plany i już teraz siedziałby w samochodzie, udając się do miejsca, o którym wiedział tylko on oraz osoba, która mu je wynajmowała, a której płacił za dochowanie sekretu. Z wszystkiego wybrał właśnie muzyka, pomimo niejasności, do których doszło ostatnim razem, a które nie zostały wyjaśnione. Tylko czy w tym chaosie było coś jeszcze do dodania? Kieran nie wiedział czym wtedy tak bardzo zdenerwował kolegę i chociaż analizował, chociaż wspominał sekunda po sekundzie, nie potrafił jasno podać przyczyny. Może właśnie ten brak odpowiedzi wpłynął na spontaniczność, która kazała mu znaleźć się w domu osoby, która przyprawiała go o ból głowy, tym samym będąc tą, która potrafiła ten ból uleczyć.
Paradoks.
Miał wrażenie, że było ich coraz więcej. Sprzeczności, które pojawiały się jedynie w ujęciu osoby Thallmana. To przy nim prawnik uczył się zwracać na nie uwagę, porównując. I chociaż był obiektem Kieran poświęcał mu znacznie więcej uwagi, niż komukolwiek od czasów Ethana.
-Inez też cię polubiła. Kazała mi cię pozdrowić i zaprosić na kolację, tylko musisz mi powiedzieć, jakie danie jest twoim ulubionym, a ona je dla ciebie zrobi - odpowiedział, przypominając sobie to, co powiedziała gosposia, zanim Kieran ostatecznie wyszedł z domu. Widział, że Benjamin zrobił wrażenie na kobiecie, ponieważ odkąd miała przyjemność go poznać, wspominała o nim średnio codziennie, wypytując Burreau o szczegóły, których on sam nie znał.
Powinien? Znali się już jakiś czas. Czy nie powinno być normalnym, że wiedział, o czym najbardziej marzy chłopaka? Czy nie powinien znać jego ulubionego koloru i wiedzieć, ile łyżek cukru sypie do herbaty? Na jakim etapie znajomości ludzie potrafili z pewnością w głowie odpowiedzieć na wszystkie pytania dotyczące drugiej osoby? Czy normalnym było, że zapyta go o to wprost?
-Benjamin, chyba nie masz zamiaru tego kwestionować? Napoje gazowane są mało sprzyjające organizmowi. Ilość cukru tam mogłaby rozwinąć cukrzycę u normalnego człowieka - westchnął, kierując się za chłopakiem do jego sypialni. Bezwiednie lustrował jego plecy, zarys ramion, całą sylwetkę, jakby chciał zapamiętać ten widok. Coś w jego chodzie go fascynowało i nie pozwalało oderwać wzroku, chłonąc, by później przelać na płótno.
Czy będzie miał mu to za złe?
-Może z czasem te powaga wpłynie również na twoje umiejętności organizacyjne - westchnął. Nie liczył, że Benjamin się zmieni. Jakie miał prawo, by w ogóle tego wymaga. Dodatkowo coś w środku szeptało mu, że nawet by tego nie chciał. To, jaki był muzyk, po prostu do niego pasowało, odzwierciedlając oddziaływania wyższego mężczyzny na Kierana. To go fascynowało, w pewien sposób przyciągało.

Uspokój się.


Westchnął. Nieznany grunt sprawiał, że jego myśli poczynały sobie jeszcze śmielej, niemal przestając toczyć walkę z emocjami, które zaczynały panoszyć się bardziej. Nieodpowiednia kombinacja.
-Żadna moja fantazja nie dotyczy tych rzeczy, więc daruj sobie, bo już ci mówiłem, że to podchodzi pod oszczerstwa i pomówienia. Tak i nie łam tej obietnicy, dobrze? Nie mam czasu na wypisywanie pozwów - skomentował, lokując się obok. Coś krzyczało, że to był błąd. Coś próbowało dać mu do zrozumienia, że dystans był zbyt mały. Niewinna czerwona lampka w głowie emanowała mocnym światłem, które zignorował. Połowa niego walczył, druga zaś chciała tej bliskości, ciepła i emocji, które się z tym wiązały.

Ta połowa chciała czuć.


Kiedy z tak bliska śledził oczy Benjamina, czuła. Została nakarmiona niczym głodna bestia, która nadal nie była syta, ale zaspokojona chociaż na chwilę. Pragnęła więcej, ale umysł walczył.

Po prostu się odsuń, to nic trudnego.


Trwał jednak w miejscu, ruszając się dopiero, kiedy Benjamin zwiększył dystans, za co dziękował mu w duchu. Co to wszystko znaczyło? Potrząsnął lekko głową, skupiając się na słowach Thallmana.
-Nadal utrzymuję, że ta gra jest brutalna - skrzywił się lekko, ale to był jedyny komentarz, zanim wybrał poleconą postać. - Jeśli specjalnie dałeś mi kogoś skomplikowanego, porozmawiamy inaczej. Wbrew wszystkiemu umiem być niebezpieczny - odpowiedział. Miał znajomości na komisariacie, w kancelariach prawnych oraz szeroko pojętej społeczności elitarnej. Kontakty mógł z łatwością wykorzystać, chociaż absurdalne byłoby robienie tego na kimś, kto pokonał go w grze wideo. Thallman jednak nie musiał o tym wiedzieć i chociaż raz to Kieran mógł mieć przewagę.
Chwilę później zaczęli grać. Burreau szybko zorientował się, że nie ma pojęcia o co dokładnie chodzi w tych kombinacjach i ogólnym naciskaniu poszczególnych przycisków, przez co działał dość chaotycznie. Nic dziwnego, że Benjamin z taką łatwością był w stanie go pokonać. Nie raz, nie dwa, a aż pięć razy.
-Nom de Dieu, ce jeu est une vraie arnaque! - wyrzucił z siebie, przeczesując dłonią włosy, tym samym wprowadzając na swoją głowę chaos. To zdawało się nie mieć większego znaczenia, bo w planach miał wygrać. Chociaz raz. Nie podejrzewał, że wkręci się aż tak, a jednak z każdą kolejną minutą, każdym kolejnym uderzeniem, ekscytował się niemal tak, jakby stanowiło to dla niego chleb powszedni.
Wychylił się bardziej do przodu, przygryzając w skupieniu dolną wargę. Brutalnie traktował pada palcami starając się zrobić jakąś naprawdę dobrą kombinację. W końcu mu się udało i patrzył, jak postać Benjamina została wysłana w powietrze, by z impetem spać na ziemię, a na ekranie pojawiło się piękne K.O. na rzecz prawnika.

-Ha! Widzisz, udało mi się! - uśmiechnął się szeroko, spoglądając na Thallmana. - Bon sang, j'ai réussi! - dodał po francusku i przechylił się w bok tak, by ramieniem trącić ramię kolegi. Kto by pomyślał, że jedna gra, jedno zwycięstwo dostarczy mu tylko przeżyć i emocji! Przez ten jeden moment, Burreau zdawał się zupełnie zapomnieć, że był synem swoich rodziców wychowywanym w zupełnie inny sposób i pozwolił sobie stać się zwyczajnym chłopakiem, który nigdy nie miał tak naprawdę szans, by czerpać z dzieciństwa garściami, specjalizując się z rówieśnikami.
-Nie dałeś mi wygrać, prawda? - spytał po chwili, ponownie stając się bardziej poważny. Wpatrzył się w chłopaka, jakby doszukiwał się na jego twarzy oznak, że po prostu się nad nim zlitował. - Jeśli tak, to będzie wyjątkowo niemiłe. Wolę wygrać sam z siebie - odsunął się od niego, pozwalając sobie sięgnąć po czekoladowe ciasteczka, których połowa już dawno znalazła się w brzuchy Thallmana. - Co następne? Jakieś wyścigi? podobno ludzie je lubią - zerknął na niego urzeczony, jak pięknie wyglądał jego profil.

I started to like u
ODPOWIEDZ

Wróć do „#9”