Home run
: śr lip 29, 2026 9:31 pm
Wbrew pozorom życie Ariela nie kręciło się tylko wokół nauki i gry w baseball. Czasami zdarzały się wyjątki, gdy koledzy z drużyny wyciągali go nad jezioro Ontario, aby spędzić trochę czasu na zabawie. Chwila wytchnienia przed nadchodzącym sezonem oraz zbliżającym się rokiem na uczelni wydawała się kuszącą, dlatego nie zastanawiając się ani chwili dłużej przystał na ich propozycję. Dawno nie miał okazji brać udziału w tego typu wydarzeniach, a wypadało od czasu do czasu wyjść z domu i socjalizować się z innymi ludźmi. Na wspólnej grupce ustalili kto co zabiera, kto kogo zgarnia po drodze oraz jakie miejsce zdecydują wybrać się tym razem. Unikali raczej tych najczęściej odwiedzanych plaż, aby zaznać trochę spokoju przed ciekawskimi spojrzeniami obcych ludzi. Każdy student chciał się wyszaleć bez czucia na sobie oceniających spojrzeń.
Powinien spodziewać się tego, że do wyprawy dołączy również jego fatalne zauroczenie, z którego zdawali sobie sprawę najbliżsi koledzy. W końcu musiał komuś opowiedzieć o spalonej, pierwszej i prawdopodobnie ostatniej randce z Tomashem. Nie wyszła ona tak jak planował. Tak mocno zjadł go stres, że nie potrafił wykrztusić z siebie bardziej sensownego zdania, przez co wyszła koszmarnie niezręcznie. Nikt przy zdrowych zmysłach po czymś takim nie byłby w stanie spojrzeć drugiej osobie w oczy. Zaprzepaścił swoją szansę, a krasz pozostanie tylko i wyłącznie kraszem.
Pogoda dopisywałam słońce prażyło w pełnej krasie, a sam Ariel dziękował sobie za to, że pamiętał o czapce z daszkiem. I wodzie. Dziś w jego menu była tylko i wyłącznie woda. Może jedno piwo bezalkoholowe. Nic więcej, w końcu podjął się jazdy samochodem.
Towarzystwo się rozgadało i rozpierzchło w małe grupki. Velasquez trzymał się blisko kolegów, jednocześnie obserwując kątem oka Tomasha. Było mu głupio na samo wspomnienie ich ostatniej rozmowy, a kpiące uwagi ludzi dookoła niczego nie ułatwiały. Każdy próbował go namówić do tego, aby spróbował raz jeszcze. Przecież krótka wymiana zdań jeszcze nikogo nie zabiła, a może nieco oczyściłaby atmosferę między nimi. Ariel miał z tym problem. Ta nieśmiała część jego charakteru przejęła nad nim kontrolę, pozwalając mu tylko na krótkie spojrzenia. Najbardziej obawiał się tego, że zostanie na tym przyłapany, przez co wyjdzie na jakiegoś psychola. Udało mu się odwrócić uwagę na tyle, że temat jego beznadziejnego zauroczenia zniknął z rozmowy.
Godziny mijały, a słonce ani trochę nie odpuszczała. Koszulka zaczynała kleić mu się nieprzyjemnie do pleców. Nie miał zamiaru wchodzić do jeziora, żeby się schodzić. Kolegów raczej odprowadzał spojrzeniem pełnym politowania. Kto wiedział co kryło się na dnie? Plaża nie wyglądała do najczęściej odwiedzanych a ludzie bywali różni i mogli wrzucać do wody najróżniejsze rzeczy. Ograniczył się do spaceru.
Zauważając nieopodal samotnie stojącego Tomasha nie wiedział co powinien zrobić. Zawrócić? Udawać, że wcale go nie widział i bez słowa wyminąć? Każdy z pomysłów wydawał mu się równie beznadziejny. Nie powinien zachowywać się w tak żałosny sposób, gdzie to jego winą była sytuacja między nimi. Po prostu przejdzie obok. Uśmiechnie się nieśmiało. Tak. Dokładnie tak.
— Ale dziś duszno — zagadnął, czując się jak ostatni przegryw, bo temat pogody wydawał mu się najmniej atrakcyjnym ze wszystkich. Mógł powiedzieć cokolwiek innego, a zdecydował się na coś takiego. — Jesteś cały czerwony… — dodał, gdy zauważył wypieki na policzkach chłopaka. Bez chwili zastanowienia ściągnął czapkę z głowy i wcisnął ją na tę Tomasha. — Nie potrzebujesz wody? Mogę ci przynieść — zaoferował, bo nie miał pewności czy ten nie dostanie zaraz jakiegoś udaru słonecznego.
Tomash Nowakovsky
Powinien spodziewać się tego, że do wyprawy dołączy również jego fatalne zauroczenie, z którego zdawali sobie sprawę najbliżsi koledzy. W końcu musiał komuś opowiedzieć o spalonej, pierwszej i prawdopodobnie ostatniej randce z Tomashem. Nie wyszła ona tak jak planował. Tak mocno zjadł go stres, że nie potrafił wykrztusić z siebie bardziej sensownego zdania, przez co wyszła koszmarnie niezręcznie. Nikt przy zdrowych zmysłach po czymś takim nie byłby w stanie spojrzeć drugiej osobie w oczy. Zaprzepaścił swoją szansę, a krasz pozostanie tylko i wyłącznie kraszem.
Pogoda dopisywałam słońce prażyło w pełnej krasie, a sam Ariel dziękował sobie za to, że pamiętał o czapce z daszkiem. I wodzie. Dziś w jego menu była tylko i wyłącznie woda. Może jedno piwo bezalkoholowe. Nic więcej, w końcu podjął się jazdy samochodem.
Towarzystwo się rozgadało i rozpierzchło w małe grupki. Velasquez trzymał się blisko kolegów, jednocześnie obserwując kątem oka Tomasha. Było mu głupio na samo wspomnienie ich ostatniej rozmowy, a kpiące uwagi ludzi dookoła niczego nie ułatwiały. Każdy próbował go namówić do tego, aby spróbował raz jeszcze. Przecież krótka wymiana zdań jeszcze nikogo nie zabiła, a może nieco oczyściłaby atmosferę między nimi. Ariel miał z tym problem. Ta nieśmiała część jego charakteru przejęła nad nim kontrolę, pozwalając mu tylko na krótkie spojrzenia. Najbardziej obawiał się tego, że zostanie na tym przyłapany, przez co wyjdzie na jakiegoś psychola. Udało mu się odwrócić uwagę na tyle, że temat jego beznadziejnego zauroczenia zniknął z rozmowy.
Godziny mijały, a słonce ani trochę nie odpuszczała. Koszulka zaczynała kleić mu się nieprzyjemnie do pleców. Nie miał zamiaru wchodzić do jeziora, żeby się schodzić. Kolegów raczej odprowadzał spojrzeniem pełnym politowania. Kto wiedział co kryło się na dnie? Plaża nie wyglądała do najczęściej odwiedzanych a ludzie bywali różni i mogli wrzucać do wody najróżniejsze rzeczy. Ograniczył się do spaceru.
Zauważając nieopodal samotnie stojącego Tomasha nie wiedział co powinien zrobić. Zawrócić? Udawać, że wcale go nie widział i bez słowa wyminąć? Każdy z pomysłów wydawał mu się równie beznadziejny. Nie powinien zachowywać się w tak żałosny sposób, gdzie to jego winą była sytuacja między nimi. Po prostu przejdzie obok. Uśmiechnie się nieśmiało. Tak. Dokładnie tak.
— Ale dziś duszno — zagadnął, czując się jak ostatni przegryw, bo temat pogody wydawał mu się najmniej atrakcyjnym ze wszystkich. Mógł powiedzieć cokolwiek innego, a zdecydował się na coś takiego. — Jesteś cały czerwony… — dodał, gdy zauważył wypieki na policzkach chłopaka. Bez chwili zastanowienia ściągnął czapkę z głowy i wcisnął ją na tę Tomasha. — Nie potrzebujesz wody? Mogę ci przynieść — zaoferował, bo nie miał pewności czy ten nie dostanie zaraz jakiegoś udaru słonecznego.
Tomash Nowakovsky