Home run
: śr lip 29, 2026 10:17 pm
autor: Tomash Nowakovsky
Tak dokładnie to nie wiedział, jak to się stało, że został wcielony w szeregi baseballowej drużyny. Może samej drużyny, ale osób, które kręciły się wokół zawodników. Owszem, jedna z jego koleżanek umawiała się z jednym z baseballistów, jednak znajomość ta była dość świeża i Tomash myślał, że nie doprowadzi ona do niczego konkretnego. No i kiedyś umówił się na spotkanie z innym zawodnikiem, który mu się podobał, ale z tego spotkania też nie wynikło nic więcej. Owszem, było drętwo, bo nie mieli zbytnio o czym rozmawiać i Tomashek pospinał się na samą myśl o tym, że jego relacja z Arielem ulegnie zmianie i nie chciał niczego zepsuć. No ale stało się i miał wrażenie, że na tym spotkaniu się to wszystko zakończy, bo przecież tak toczyły się te studenckie relacje – jedne wychodziły inne nie.
No ale stał teraz tutaj, nad jeziorem w otoczeniu w sumie obcych mu ludzi, z którymi trzymał się dlatego, że jego koleżanka się z nimi trzymała. O dziwo wpasował się w grupę. Drużyna nie była bandą osiłków, z którymi kojarzyły mu się wszystkie drużyny sportowe, ale osobami z własnymi, ciekawymi charakterami. Przyłapał się na tym, że naprawdę lubił spędzać z nimi czas, bo gdyby tak nie było, to pewnie właśnie teraz siedziałby w swoim pokoju i czytał książkę albo oglądał serial.
Pogoda dopisała. Było ciepło. Niemal tak bardzo, że Tomash chciał iść za przykładem niektórych odważnych i zanurzyć się w zimnej wodzie jeziora, jednak zaraz po zamoczeniu stopy poczuł, jak coś dziwnego ociera mu się o skórę i uciekł niemal z głośnym piskiem z powrotem w stronę samochodu. Wtedy zrozumiał, że nie było mowy o tym, by wejść do wody, co pewnie i tak było dobrym pomysłem, bo nie wziął ze sobą ręcznika ani kąpielówek.
Przez większą część czasu siedział na kocu i rozmawiał z ludźmi, którzy akurat się wokół niego kręcili. Można powiedzieć, że nie wyobrażał sobie lepszego sposobu na spędzanie takich dni, jak wyjazd ze znajomymi nad wodę. Było niemalże idealnie i jedyne czego im brakowało to pomysłu, żeby rozpalić ognisko. W jednej ręce ściskał butelkę z lemoniadą, a w drugiej kanapkę, którą ktoś przygotował. W sumie każdy zobowiązał się coś ze sobą zabrać, więc on oczywiście zorganizował pierogi, które ludzie podjadali na zimno. Bo na zimno smakowały równie dobrze. Próbował również uczyć chętnych polskiego, jednak wychodziło mu to z różnym skutkiem. Większą cześć czasu spędzał jednak z koleżanką, z którą tutaj przyjechał. Wspólnie rozmawiali, śmiali się i obserwowali innych. Oczy Tomashka często jednak zatrzymywały się na Arielu. Podobał mu się i raczej nie było sposobu, który pozwoliłby mu to ukryć. Bo od czasy ich ostatniego spotkania, tego nieudanego, za każdym razem, gdy go widział albo, gdy ktoś mu o nim mówił, to Nowakovsky czerwienił się jak burak. No może nie aż tak, ale chodził zaróżowiony.
Po jakimś czasie, gdy towarzystwo już nieco się uspokoiło, wszyscy pozbijali się w mniejsze grupki. Do Tomasha i jego koleżanki dołączył jej kawaler i dwójka zakochanych szybko zaczęła wymieniać ze sobą pocałunki, nie zdając sobie sprawy, że Tommy siedzi obok nich. W sumie jego obecność im pewnie wcale nie przeszkadzała, niemniej jednak chłopak postanowił rozprostować nogi i pójść przed siebie. Wziął telefon do ręki i zaczął robić zdjęcia. I tak kręcił się i kręcił, dopóki nie usłyszał znajomego głosu.
–
Całkiem przyjemna – przyznał, odwracając się w stronę Ariela. Chłopak górował nad nim niemal o całą głowę, więc blondyn musiał nieco zadzierać głowę do góry. Już niemal natychmiast poczuł, jak policzki robią mu się czerwone i pewnie spaliłby się ze wstydu, gdyby Ariel nie uznał, że to od słońca. –
Nie no, ale że aż tak? – zapytał, pocierając dłońmi swoje policzki, żeby wyglądało, że to właśnie przez to się czerwieni. No i oczywiście momentalnie zaschło mu w gardle, a to, że na głowie miał czapkę chłopaka wcale nie pomagało. Już prawie zaczęły mu się trząść ręce z tego wszystkiego. –
Ach… no, mój ojciec zawsze powtarzał, że Polacy w wakacje przybierają barwy narodowe, więc jesteśmy albo biali, albo czerwoni… nie może być inaczej – kiwnął głową i dopiero po chwili ogarnął, jak głupio to brzmiało. Naprawdę. Pewnie zrobił się jeszcze bardziej czerwony. Powinien sobie po prostu iść i robić coś innego, ale zamiast tego wsadził telefon do kieszeni spodni i ponownie spojrzał na chłopaka.
–
W sumie to chciałem się przejść, porobić zdjęcia i podziwiać widoki – powiedział, wskazując ręką dalszy obszar jeziora, który wyglądał identycznie jak ten, w którym trwała impreza, więc naprawdę nie wiedział, co innego miałby tam zobaczyć… no ale coś powiedzieć musiał. –
W sumie to, jak nie masz co robić, to możesz iść przejść się ze mną – zaproponował.
Ariel Velazquez
Home run
: wt sie 04, 2026 12:54 am
autor: Tomash Nowakovsky
Życie Tomasha również nie było oparte jedynie na nauce i aktywnościach związanych z pracą, jednak należało przyznać, że uczelnia, praca w YMCA i pomaganie w pierogarni zajmowało mu wyjątkowo sporo czasu, co prowadziło do tego, że niewiele pozostawało go na jakieś przyjemności. Rodzice blondyna nie oczekiwali od niego, że będzie się poświęcać pracy przy lepieniu pierogów przez cały czas, niemniej jednak ich pierogarnia była ciągle rodzinnym biznesem i chcieli, aby nim pozostała. Po części dlatego czuł na sobie lekką presję, by pomagać i być obecnym w kuchni, nawet jeśli miałoby to być tylko przez chwilę. Nie mówiąc już o tym, że spora część pracowników również miała Polskie korzenie, co pozwalało chłopakowi podszkolić się w ojczystym języku.
Rodzice przypominali mu jednak, że bez względu na wszystko, musiał pamiętać też o sobie i odpoczynku. Z tego właśnie powodu naciskali na to, by wybrał się nad jezioro ze swoimi przyjaciółmi. Nie, żeby trzeba go było jakoś specjalnie do tego przekonywać i zachęcać, bo sam wyjazd był pomysłem klepniętym i ustalonych. Nie było wycofywania się, bo nikt nie wiedział, kiedy znowu pojawi się taka możliwość i tak dobra pogoda.
Bo pogoda rzeczywiście była wyśmienita. Słońce grzało w twarze i ciała, powodowało, że wodna kusiła nie tylko swoim kolorem, ale i przyjemnych chłodem. Gdyby nie fakt, że coś otarło się wcześniej o jego stopę, to pewnie już teraz pływałby po tafli. Miał niezwykłą ochotę na to, by popływać i żałował, że tak bardzo bał się zamoczyć. Nie mówiąc już o tym, że zazdrościł tym bardziej odważnym kolegom i koleżankom, dla których dziwne pływające stworzonka nie były straszne.
Prawie ugięły się pod nim kolana, gdy Ariel się nad nim pochylił. Nigdy nie był z tych osób, które miały wymagania co do wysokości facetów, bo zawsze wydawało mu się, że nie przejąłby się, gdyby jego ewentualny partner był niższy od niego. Teraz jednak, gdy Velazquez tak nad nim górował, to zaczął rozumieć tę fascynację. I pewnie z samego tego faktu zrobił się czerwony bardziej niż był.
–
Jestem aż taki czerwony jak pomidor? – zapytał, robiąc wielkie z niedowierzania oczy. Bo owszem, było ciepło i słonecznie, ale myślał, że podczas siedzenia tutaj całkiem nieźle radził sobie z ukrywaniem się przed promieniami słonecznymi. Nie chciał się spalić, niemniej jednak zgadywał, że teraz czeka go paskudna noc. Póki co nie czuł, żeby jego skóra była poparzona, ale z pewnością szybko się to zmieni.
–
Ty już masz dobry kolor, nie musisz nic zmieniać – machnął ręką. Nie potrafił wyobrazić sobie chłopaka w innej postaci niż ta, w której był obecnie. Ariel wyglądał bowiem idealnie i pewnie wyglądałby równie dobrze nawet w zielonym czy żółtym kolorze. I owszem, nawet nie zdał sobie sprawy z tego, jak to zabrzmiało. Był zbyt zestresowany samą obecnością chłopaka, by jeszcze przejmować się tym, co do niego mówił. Nasunął sobie jednak czapkę mocniej na czoło, by ochronić oczy przed Słońcem.
–
Och już daj spokój i chodź – powiedział, łapiąc go delikatnie za nadgarstek i ciągnąc przed siebie. Wiedział, że gdyby tego nie zrobił, to pewnie jeszcze długo staliby w tym samym miejscu i rozmawiali o niczym. A skoro los rzucił im możliwość pobycia we dwójkę i naprawienia ich nieudanego pierwszego, oficjalnego wyjścia, to należało z niej skorzystać. Zrobił kilka kroków do przodu i gdy był już pewny, że ich ciała są w ruchu i idą w tym samym kierunku, to puścił jego nadgarstek. Zrobił to jednak niechętnie, ale nie chciał go ciągnąć tylko chciał dać mu trochę przestrzeni, żeby mieli okazję wspólnie poczuć się swobodniej.
–
W sumie nie mam planów… moi rodzice planują wyjazd na jakieś wyspy, ale mama narzeka na wulkany, że rzekomo wszystkie się nagle zaczęły robić aktywne i wybuchają – wzruszył ramionami, bo chociaż mógł zrozumieć jej lęk przed aktywnymi wulkanami i ewentualnymi problemami z tym związanymi, to wiedział, bo sprawdził, że aktywność wulkaniczna na ziemi jest na stałym i dość niskim poziomie. Więc o ile nie leciało się do Włoch albo na Islandię, to raczej nie trzeba się było niczego obawiać.
–
A ty? Planujesz coś ciekawego? – odbił piłeczkę w jego stronę, bo w sumie też był tego ciekawy.
Ariel Velazquez
Home run
: pn sie 24, 2026 9:08 pm
autor: Tomash Nowakovsky
W sumie to nie wiedział, jak miał się zachować w tej sytuacji przy chłopaku. Ariel był w jego oczach wszystkim, czego mógłby chcieć od chłopaka, zwłaszcza jeśli chodziło o wygląd. Nie chciał wychodzić na płytkiego, niemniej jednak ciężko było udawać, że czyjś wygląd się nie liczył. Być może nie był jeszcze na tyle dojrzały, by pomijać kwestie wizualne i stawiać na piedestale jakieś inne cechy. Niemniej jednak zdążył chłopaka też poznać na tyle, żeby móc uznać go za porządnego i sympatycznego. Był więc przystojny, wysoki i miły, więc zupełnie w typie Tomasha, co po części wydało mu się dziwne, bo nie przypuszczał, że kiedykolwiek pozna kogoś takiego. Jeśli miał być szczery, to zaczynając swoje studia nie zakładał, że pozna tutaj kogokolwiek, kto wzbudziłby jego zainteresowanie. Jeszcze kilka lat temu nie przykładał większej uwagi do romansowania czy też znajdywania osób, z którymi mógłby spróbować stworzyć jakąś relację bliższą niż przyjacielska. Nie żeby tego nie chciał, ale uważał, że na to przyjdzie jeszcze czas. Zaczynając studia był skupiony tylko na nauce, a w liceum nie przykładał większej uwagi do swoich kolegów, którzy nie byli dla niego interesujący. Zresztą on sam nie był na tyle interesujący, by ktoś zwrócił na niego uwagę, więc aby uchronić się przed ewentualnym odrzuceniem, najzwyczajniej w świecie nie angażował się. Zazwyczaj kończył siedząc w swoim pokoju i czytał książki albo grał w gry, wychodząc jedynie z przyjaciółmi, których udało mu się zdobyć. Będąc na studiach niewiele się to zmieniło, poza tym, że teraz wrzucono go w grupę różnych ludzi i ten ciągle zmieniający się kalejdoskop twarzy sprawił, że z jakiegoś powodu zaryzykował i otworzył się.
Nie spodziewał się jednak, że jego obiektem westchnień zostanie baseballista. Sportowcy nigdy nie byli w jego typie, bo z jednej strony wiedział, że nie miał u nich szans, a z drugiej, być może nieco stereotypowo, sądził, że nie będzie mieć z takim typem nic wspólnego. Ariel jednak łączył w sobie nie tylko sportowy vibe, ale również seksowną inteligencję, jako student fizyki jądrowej, o której Tomashek nie wiedział za wiele, ale z radością mógł słuchać.
–
Nie no… pewnie tylko tak się wydaje – powiedział, przykładając dłonie do twarzy. Jego policzki i czoło rzeczywiście były ciepłe. Nie znał się zbyt dobrze na tym, jak słońce oddziałuje na ludzkie ciało, jednak wiedział tyle, że ciało się nagrzewało i że z pewnością czekała go ciężka noc, gdy organizm będzie starał się oddać to nagromadzone ciepło. I trzeba było przyznać, że niczego nie lubił tak bardzo, jak nagrzewanie się w nocy, zwłaszcza w ciągu lata. Nawet w zimie rzadko zakopywał się pod kołdrami. Nie lubił się pocić. Wizja chłodnego prysznica, który z pewnością weźmie, gdy tylko wróci do domu, była niesamowicie kusząca.
Spodobało mu się, że Ariel określił go mianem uroczego pomidora. Słowa te wywołały w jego brzuchy dziwne uczucie uścisku, które nie okazało się nieprzyjemne. Uśmiechnął się prowadząc chłopaka dalej przed siebie. Na moment zapomniał, po co tak właściwie szli w tym kierunku i dopiero gdy jego dłoń zacisnęła się na telefonie, a on spojrzał w dół i przypomniał sobie, że chciał porobić zdjęcia.
–
Och… nie wziąłem ze sobą wody – powiedział, marszcząc się lekko, bo właśnie w tej chwili przypomniał sobie, że rzeczywiście nie miał jej przy sobie. A przecież był pewny, że zabierał ze sobą butelkę zanim tutaj przyszedł. I wtedy go uderzyło, że musiał go upuścić w tym samym momencie, w którym jego dłoń zaciskała się na nadgarstku Ariela. Szczerze to nie przeszkadzało mu to. Jeśli miałby wybierać, to pewnie i tak wolałby trzymać chłopaka, niż butelkę wody.
Uśmiechnął się na jego komentarz. O ile obce mu były tematy związane z odmiennością koloru skóry, bo sam obdarzony był wyjątkowo jasnym odcieniem, to nie mógł uchronić się przed komentarzami związanymi z tym, skąd pochodził. Bo chociaż on sam urodził się w Toronto, to jego rodzice pochodzili z Polski i zajęło im dość sporo czasu na to, by się tutaj odnaleźć i zaaklimatyzować. On pojawił się tu na gotowe i w sumie sam uważał się za Kanadyjczyka z lekkim słowiańskim posmakiem i polskim akcentem, przeplatanym przypadkowymi polskimi przekleństwami. Dzieciaki czasami śmiały się z tego, skąd pochodził i z jego nieco kanciastego akcentu i twardo wymawianego R. Z wiekiem jednak docinki ustały, na szczęście. Oczywiście w dzieciństwie do Tomashka nie docierał prawdziwy wymiar tych docinek i tego, co ze sobą niosły. Nie wiedział bowiem, czym były uprzedzenia i ksenofobia, dopóki nie skończył kilkunastu lat, jednak już wtedy te wymierzane w jego stronę ucichły i nie musiał się już nimi przejmować. Czasami jednak odzywały się w nim wspomnienia, który dziwnie i nieprzyjemnie drapały ranę schowaną gdzieś głęboko.
–
Tak, ale też chcieliśmy pozwiedzać… poza tym mój ojciec ma bzika na punkcie gladiatorów i Pompei… wiedziałeś, że Koloseum miało wysuwany dach, który rozkładano podczas walk gladiatorów, gdy Słońce świeciło zbyt mocno? – zagaił. Nie wiedział, czy Ariel będzie podzielać zainteresowania starszego Novakowskiego, niemniej jednak nie szkodziło zapytać. Kiedyś też czytał, że podobno faceci myślą o starożytnym Rzymie dość często, więc istniała szansa, że było to jedno z zainteresowań jego rozmówcy.
–
A wiesz, że zawsze chciałem się nauczyć hiszpańskiego? – powiedział, chociaż skąd on miałby to wiedzieć? W szkole Tomashek wybrał francuski, który polubił na tyle, by nieco podłapać i zapamiętać. Uważał jednak, że skoro już zna polski, to nie musiał uczyć się innych języków.
–
A skąd tak właściwie pochodzisz? – zapytał.
Ariel Velazquez
Home run
: pn sie 31, 2026 6:00 pm
autor: Tomash Nowakovsky
Tomashkowi również brakowało doświadczenia, jeśli chodziło o romansowanie. Rzadko chodził na randki, bo ciężko było mu poznać kogoś, z kim chciałby się spotkać. Miał konto na Tinderze i czasami matchował się z jakimiś chłopakami, jednak rzadko prowadziło to do realnych spotkań. Nie wiedział, dlaczego tak było, ale miał kilka teorii na ten temat. Jedną z nich było to, że w sumie większość z tych osób po prostu nie chciało się spotykać, a chcieli jedynie popisać z kimś. Takie wrażenia odnosił głownie dlatego, że sam też tak robił. Na Tinderze pojawiał się bowiem tylko wtedy, gdy zaczynał się nudzić oraz nabierał ochoty na rozmawianie z kimś. Później, gdy ta potrzeba kontaktu mijała, po prostu znikał i nie pojawiał się na swoim profilu przez długi czas. Było to okrutne, wiedział o tym, jednak wiedział również, że w taki sposób zachowuje się spora część innych osób. Nie żeby to tłumaczyło jego postępowanie.
Jeśli chodziło o spotkania z rzeczywistymi ludźmi, to było to jeszcze trudniejsze, zwłaszcza dla osób, które spotykały się z przedstawicielami swojej własnej płci. Bycie gejem nie było bowiem łatwe i nie każdy to akceptował. I chociaż Tomash miał wspierających rodziców i znajomych, to świat wcale nie musiał reagować na niego tak samo. Dlatego też zachowywał się tak, jak chciał, ale nie podrywał obcych chłopaków i nie pytał, czy chcą iść z nim na randkę, żeby nie oberwać w zęby od kogoś, kto źle by na to zareagował.
–
Ach, nie no… zaraz będziemy wracać – powiedział, nie dlatego, że rzeczywiście wkrótce mieli wrócić do reszty znajomych, ale dlatego, że nie chciał, żeby Ariel od niego odszedł, bo miał dziwne wrażenie, że gdyby to zrobił, to cała ta chwila zmieniłaby się o sto osiemdziesiąt stopni i zrobiłoby się niekomfortowo. No a tego przecież nie chciał. Musiał więc chwycić tego byka za rogi i zignorować wszelkie inne problemy, które się pojawiły, jak chociażby pragnienie. Wydawało mu się również, że była to niewielka cena, jaką miał zapłacić za możliwość spędzenia czasu z Arielem. Co w sumie myślał, że już się nie wydarzy, biorąc pod uwagę to, jak skończyło się ich wspólne wyjście.
–
A w sumie to nie pamiętam… ale na pewno była to zasługa jakichś dźwigni i niewolników – kiwnął głową. Nie pochwalał wykorzystania niewolników, no ale nie miał wielkiego wpływu na to, co działo się tak wiele wieków temu. Żałował teraz, że nie przyłożył większej uwagi do tego, co przeczytał, bo w sumie nagle wszystkie informacje na te temat wypadły mu z głowy. Starał się sobie coś teraz przypomnieć, ale nie potrafił nic znaleźć. –
Pamiętam jeszcze, że Rzymianie wynaleźli jakiś cement, który sam łata pęknięcia, ale też nie pamiętam, czym różni się on od tego, który mamy teraz i dlaczego nie korzystamy z tego ich… pewnie dlatego, że jest drogi czy coś – wzruszył ramionami, uśmiechając się. Zazwyczaj właśnie tak to wyglądało, że zamieniało się dobrej jakości rzeczy na współczesne odpowiedniki, właśnie dlatego, że były one zbyt drogie.
–
Twoi rodzice też lubią fizykę? Bo w sumie chyba zwykli ludzie nie planują wycieczek do Czarnobyla – zaśmiał się. On sam pewnie nie chciałby tam jechać. Nie dlatego, że bał się promieniowania czy coś, ale dlatego, że aż tak bardzo go to nie ciekawiło. Nie było tam też ładnie, więc nie miałby absolutnie żadnych powodów, by się tam wybierać poza ewentualnym towarzyszeniem komuś, kto bardzo chciałby taką wycieczkę przeżyć. Jedyne, co mógłby zobaczyć to zmutowane stokrotki, których zdjęcia widział w Internecie.
–
Kiedy czytałem o tym, że w Czarnobylu żaby zmieniły kolor na czarny żeby ochronić się przed promieniowaniem – powiedział. Jego głowa pełna była takich randomowych ciekawostek, które mu wpadały i zagnieżdżały się gdzieś głęboko w odmętach jego umysły, by odkopał je w przypadkowych momentach. Lubił biologię, więc to, że promieniowanie gamma wpływało na ekspresję genów odpowiedzialnych za pigmentację płaziej skóry wydało mu się ciekawe.
–
Nauczysz mnie przeklinać? Wydaje mi się, że to powinna być pierwsza rzecz, jakiej uczą się ludzie na lekcjach języka obcego – zaśmiał się, bo taka była prawda. On sam, gdy ktoś prosił go, by nauczył go czegoś po polsku, to uczył właśnie przekleństw. Na szczęście polskie przekleństwa nie były trudne, więc dość szybko wchodziły obcym do głowy.
–
W Kanadzie, moi rodzice urodzili się i wychowali w Polsce… ale w domu mówimy po polsku – wyjaśnił. On sam czasami również łatwiej porozumiewał się po polsku niż po angielsku.
Zatrzymał się. Miejsce, w którym się teraz znaleźli wydało mu się odpowiednie do zrobienia zdjęcia. Było tu ładnie i obaj znajdowali się teraz w odpowiedniej odległości od swoich znajomych, by tamci nie wchodzili w drogę i nie przeszkadzali. W sumie, jakby nie zwracało się na nich uwagi, to można byłoby uznać, że nad tym jeziorem był tylko z Arielem. Wizja ta w sumie bardzo mu się spodobała. Uniósł swój telefon i zrobił zdjęcie wodzie, w której teraz odbijało się Słońce. Później przełączył kamerę na tę znajdującą się z przodu telefonu i zrobił zdjęcie sobie i stojącemu obok chłopakowi.
–
Jesteś taki wielki, że nie mieścisz się w kadrze – powiedział, pokazując zdjęcie Arielowi, na którym można było zobaczyć, że chłopakowi ucięło połowę czoła.
Ariel Velazquez
Home run
: wt wrz 15, 2026 9:16 am
autor: Tomash Nowakovsky
Szukanie partnera było formą sztuki. Nie dlatego, że było to zajęcie piękne, ale dlatego, że było trudne i wymagało uzewnętrznienia się. W końcu sztuka była czymś, co nie tylko wydostawało emocje osoby oglądającej, ale również pokazywało emocje artysty, no i czy szukanie partnera było podobne i trzeba było pozwolić swoim emocjom na znalezienie ujścia. Tomash, jak można się domyślać był kiepski w pokazywaniu swoich uczuć. Był dziwny… nigdy nie wiedział, jak powinien się zachowywać, czego w sumie dał pokaz, gdy spotkał się z Arielem oficjalnie po raz pierwszy. No i możliwe, że właśnie dlatego ta cała randka nie wyszła, bo Tomashek nie potrafił się otworzyć i był zbyt spięty i zestresowany tym, żeby zachowywać się normalnie. No ale chyba właśnie o to chodziło, że należało się zachowywać tak, jakim się było. Przed ich pierwszym spotkaniem, za bardzo się denerwował tym, żeby pokazać się z jak najlepszej strony. Miał bowiem wrażenie, że właśnie takiego chciałby zobaczyć go Ariel i że jego prawdziwa strona mogłaby odstraszyć chłopaka. Blondyn wiedział, że gdy się nakręcał, co zdarzało mu się zdecydowanie zbyt często, potrafił przytłaczać i wysysać energię z innych osób. Był tak. Kiedyś matka powiedziała mu, że potrafił przyduszać swoją energią. Nie żeby robił to specjalnie, ale tak po prostu wychodziło.
Nic mu jednak nie podpowiadało, że powinien próbować się opanowywać. No ale ciągle był jeszcze młody i jego charakter się kształtował. Kiedyś bowiem wyczytał o badaniach, które mówiły, że ludzki mózg rozwijał się do trzydziestego roku życia, co podważało poprzednią hipotezę mówiącą, że działo się to przed ukończeniem dwudziestu pięciu lat. Miał więc jeszcze kilka lat na to, by dowiedzieć się kim i jakim był człowiekiem. Trochę to było straszne, myśleć, że z jakiegoś powodu nie było się świadomym, kim tak właściwie się było. W sensie chodziło się jak taka nieuformowana jeszcze bryła gliny, z której dopiero lepiono naczynie i to, kim się miało ono stać zależało od wielu czynników. I chociaż Tommy lubił myśleć o sobie, jako o przyjemnym chłopaku, to w sumie mógł wyrosnąć na prawdziwego bandziora. Jego matka w końcu zawsze mu mówiła, że kiedyś przyprawi ją o zawał serca i czy istniał jakikolwiek lepszy sposób o przyprawianie matki o zawał niż zostanie kryminalistą i trafienie do więzienia? On nie znał takiego.
– Dobrze, tato, napiję się czegoś – powiedział, uśmiechając się pod nosem. Śmieszne, bo gdyby jego matka lub ojciec powtarzali mu, że powinien się napić, to pewnie puściłby to mimo uszy i szybko się zirytował, ale teraz, gdy mówił mu to Ariel, to podobało mu się. Nie wiedział, dlaczego tak było. No ale prawda była taka, że Ariel podobał mu się tak bardzo, że gdyby powiedział Tomciowi, żeby ten udawał psa, to Nowakovsky zapytałby, o jaką rasę mu konkretnie chodzi. Chciał mu się przypodobać i zrobić na nim jak najlepsze wrażenie. I nie chodziło tylko o to, że brunet był przystojny, wysoki i ładnie się uśmiechał, ale dlatego, że był miły i blondyn czuł się przy nim wyjątkowo komfortowo. Bo na uczelni kręcili się różni chłopcy i nie każdy roztaczał wokół siebie aurę dobroduszności i spokoju. Blondyn miał więc dość długą listę rzeczy, które jego wybranek powinien spełniać i okazywało się, że Ariel spełniał je wszystkie.
– Hmmm… zgaduję, że z pomocą niewolników wszystko jest możliwe – zaśmiał się, niemniej jednak musiał się zgodzić z tym, że starożytni wymyślili wiele wynalazków i usprawnień, które stosujemy do dzisiaj. Nie mówiąc już o tych, których z jakichś powodów się już nie używało. I w sumie jeszcze do nie tak dawna uważał, że ludzie którzy żyli dawniej nie dorastali do pięt tym, którzy żyją obecnie, ale myślenie takie wydało mu się teraz bardzo ignoranckie. W końcu tworzyli oni wspaniałe rzeczy z tego, co mieli do dyspozycji i sam fakt, że istniały pozostałości tych wszystkich budowli wskazywało na to, że to co robili było najwyższej jakości. Ludzkie budynki potrafiły rozpadać się zaledwie po kilku latach. Tomashek wiedział to chociażby z własnego przykładu, bo jego dom rodzinny co chwila wymagał jakich napraw czy remontów, a takie Koloseum trwało sobie przez tak wiele wieków. Oczywiście nie twierdził, że było ono w najlepszym stanie, ale ciągle istniało i było odwiedzane. – Piramidy? Chyba nigdy o tym nie myślałem – skłamał, bo wiedział o teoriach na temat tego, w jaki sposób powstały te budowle. Skłamał jednak dlatego, żeby Ariel mógł mu o tym powiedzieć. – A ty wiesz? – zapytał, patrząc z dołu na jego twarz. Lubił go słuchać i pewnie przyjąłby każdą odpowiedź, która wypłynęłaby z jego ust, o ile nie mówiła o roli kosmitów. Miał już dość tych pseudo-historyków i archeologów, którzy uważali, że za większością z starożytnych budowli stoją kosmici, jakby nie docierało do nich, że dawne cywilizacje były mądre i technologicznie zaawansowane na tyle, na ile pozwalały im warunki i możliwości, którymi dysponowali.
– Moi rodzice jedyną pasję, jaką zdają się mieć to ta do lepienia pierogów – zaśmiał się. – Ale nie ma tragedii… nawet lubię pierogi – przyznał. Nigdy nie wstydził się tego, że jego rodzice założyli biznes lepienia pierogów, bo był całkiem dumny ze swojej polskiej strony, nawet jeśli w dzieciństwie inne dzieciaki nieco się z niego nabijały, jakby nie docierało do nich, że posiadanie centralno-europejskiego posmaku było czymś, czym powinno się chwalić. Uważał również, że nie było nic gorszego niż upieranie się i przyjmowanie tylko jednej strony. Jego rodzice starali się bardzo dokładnie o to, by Tomash poznał polską kulturę i język. Wiele razy też odwiedzali Polskę, więc była ona dość istotnym elementem tego, kim blondyn był.
– A Ty wróciłbyś tam? W sensie jakbyś był na ich miejscu? Domyślam się, że na krótszą metę promieniowanie tam jest dość bezpieczne, ale skoro powoduje to mutacje u roślin i zwierząt, to chyba mieszkanie w tym miejscu nie jest rozsądne – stwierdził, zastanawiając się nad tym, bo w sumie nawet nie zdawał sobie sprawy z tego, że pod elektrownią mieszkają ludzie. On sam pewnie by się na to nie zdecydował, jeśli miałby jakiś wybór. Wątpił również, by jego rodzice zdecydowaliby się na coś takiego, ale ludzie mają różne doświadczenia i przekonania, którymi się kierują. Nie mówiąc o tym, że czasami po prostu nie mają oni innego wyboru, jak wrócić do swojego dawnego domu.
– Pen-de-jo – przeliterował, sprawdzając jak słowo to siedzi mu na języku. Smakowało ono rozkosznie, ale wynikało to bardziej z tego, że Tomash po prostu lubił przeklinać i mówić brzydkie słowa, jeśli tylko miał ku temu okazję. A domyślał się, że tego konkretnego słowa mógł użyć w przypadku wielu ludzi.
– Bycie trzyjęzycznym to już wyższy skill… ja w szkole uczyłem się jeszcze włoskiego, ale niewiele z tego pamiętam, bo nie był on obowiązkowy, więc się nie przykładałem… teraz trochę żałuję, bo jednak warto znać języki obce… Moja babcia powiedziała kiedyś, że ksiądz w kościele powiedział, że jeśli znało się jakiś język obcy to tak, jakby miało się jedno dodatkowe życie do wykorzystania. Jakby się nad tym zastanowić, to w sumie ma to sens, jakby chciało się gdzieś uciec i zacząć życie od zera – zaśmiał się, ale tak właśnie było. On sam nigdy nie miał większych ambicji, by uczyć się języków obcych. Polski i angielski (i francuski) znał tylko dlatego, że używało się tego języka na co dzień. W innych wypadkach pewnie przyswajanie nie byłoby takie łatwe i przyjemne.
– Wyślę, wyślę – uśmiechnął się, bo znaczyło to tylko tyle, że dzięki temu mogli kontynuować rozmowę również przez Internet, gdy nie widzieli się twarzą w twarz. Była to w sumie przyjemna wizja. Spojrzał na ekran telefonu i na ich wspólne zdjęcie, które się wyświetlało. Usiadł również na trawie. Zielone i sztywne źdźbła kuły go w odsłonięte nogi. Wyciągnął się przyjemnie, pozwalając by uczucie objęło go, bo było to coś, czego nie można było doświadczyć na co dzień. Toronto było ogromnym miastem – jedną z większych metropolii na świecie i rzadko można było doświadczyć miejsca, gdzie natura sprawowała swoje dominium. Nie żeby był jakimś wielkim miłośnikiem natury, ale musiał przyznać, że było mu całkiem miło.