Tak dokładnie to nie wiedział, jak to się stało, że został wcielony w szeregi baseballowej drużyny. Może samej drużyny, ale osób, które kręciły się wokół zawodników. Owszem, jedna z jego koleżanek umawiała się z jednym z baseballistów, jednak znajomość ta była dość świeża i Tomash myślał, że nie doprowadzi ona do niczego konkretnego. No i kiedyś umówił się na spotkanie z innym zawodnikiem, który mu się podobał, ale z tego spotkania też nie wynikło nic więcej. Owszem, było drętwo, bo nie mieli zbytnio o czym rozmawiać i Tomashek pospinał się na samą myśl o tym, że jego relacja z Arielem ulegnie zmianie i nie chciał niczego zepsuć. No ale stało się i miał wrażenie, że na tym spotkaniu się to wszystko zakończy, bo przecież tak toczyły się te studenckie relacje – jedne wychodziły inne nie.
No ale stał teraz tutaj, nad jeziorem w otoczeniu w sumie obcych mu ludzi, z którymi trzymał się dlatego, że jego koleżanka się z nimi trzymała. O dziwo wpasował się w grupę. Drużyna nie była bandą osiłków, z którymi kojarzyły mu się wszystkie drużyny sportowe, ale osobami z własnymi, ciekawymi charakterami. Przyłapał się na tym, że naprawdę lubił spędzać z nimi czas, bo gdyby tak nie było, to pewnie właśnie teraz siedziałby w swoim pokoju i czytał książkę albo oglądał serial.
Pogoda dopisała. Było ciepło. Niemal tak bardzo, że Tomash chciał iść za przykładem niektórych odważnych i zanurzyć się w zimnej wodzie jeziora, jednak zaraz po zamoczeniu stopy poczuł, jak coś dziwnego ociera mu się o skórę i uciekł niemal z głośnym piskiem z powrotem w stronę samochodu. Wtedy zrozumiał, że nie było mowy o tym, by wejść do wody, co pewnie i tak było dobrym pomysłem, bo nie wziął ze sobą ręcznika ani kąpielówek.
Przez większą część czasu siedział na kocu i rozmawiał z ludźmi, którzy akurat się wokół niego kręcili. Można powiedzieć, że nie wyobrażał sobie lepszego sposobu na spędzanie takich dni, jak wyjazd ze znajomymi nad wodę. Było niemalże idealnie i jedyne czego im brakowało to pomysłu, żeby rozpalić ognisko. W jednej ręce ściskał butelkę z lemoniadą, a w drugiej kanapkę, którą ktoś przygotował. W sumie każdy zobowiązał się coś ze sobą zabrać, więc on oczywiście zorganizował pierogi, które ludzie podjadali na zimno. Bo na zimno smakowały równie dobrze. Próbował również uczyć chętnych polskiego, jednak wychodziło mu to z różnym skutkiem. Większą cześć czasu spędzał jednak z koleżanką, z którą tutaj przyjechał. Wspólnie rozmawiali, śmiali się i obserwowali innych. Oczy Tomashka często jednak zatrzymywały się na Arielu. Podobał mu się i raczej nie było sposobu, który pozwoliłby mu to ukryć. Bo od czasy ich ostatniego spotkania, tego nieudanego, za każdym razem, gdy go widział albo, gdy ktoś mu o nim mówił, to Nowakovsky czerwienił się jak burak. No może nie aż tak, ale chodził zaróżowiony.
Po jakimś czasie, gdy towarzystwo już nieco się uspokoiło, wszyscy pozbijali się w mniejsze grupki. Do Tomasha i jego koleżanki dołączył jej kawaler i dwójka zakochanych szybko zaczęła wymieniać ze sobą pocałunki, nie zdając sobie sprawy, że Tommy siedzi obok nich. W sumie jego obecność im pewnie wcale nie przeszkadzała, niemniej jednak chłopak postanowił rozprostować nogi i pójść przed siebie. Wziął telefon do ręki i zaczął robić zdjęcia. I tak kręcił się i kręcił, dopóki nie usłyszał znajomego głosu.
–
Całkiem przyjemna – przyznał, odwracając się w stronę Ariela. Chłopak górował nad nim niemal o całą głowę, więc blondyn musiał nieco zadzierać głowę do góry. Już niemal natychmiast poczuł, jak policzki robią mu się czerwone i pewnie spaliłby się ze wstydu, gdyby Ariel nie uznał, że to od słońca. –
Nie no, ale że aż tak? – zapytał, pocierając dłońmi swoje policzki, żeby wyglądało, że to właśnie przez to się czerwieni. No i oczywiście momentalnie zaschło mu w gardle, a to, że na głowie miał czapkę chłopaka wcale nie pomagało. Już prawie zaczęły mu się trząść ręce z tego wszystkiego. –
Ach… no, mój ojciec zawsze powtarzał, że Polacy w wakacje przybierają barwy narodowe, więc jesteśmy albo biali, albo czerwoni… nie może być inaczej – kiwnął głową i dopiero po chwili ogarnął, jak głupio to brzmiało. Naprawdę. Pewnie zrobił się jeszcze bardziej czerwony. Powinien sobie po prostu iść i robić coś innego, ale zamiast tego wsadził telefon do kieszeni spodni i ponownie spojrzał na chłopaka.
–
W sumie to chciałem się przejść, porobić zdjęcia i podziwiać widoki – powiedział, wskazując ręką dalszy obszar jeziora, który wyglądał identycznie jak ten, w którym trwała impreza, więc naprawdę nie wiedział, co innego miałby tam zobaczyć… no ale coś powiedzieć musiał. –
W sumie to, jak nie masz co robić, to możesz iść przejść się ze mną – zaproponował.
Ariel Velazquez